Wyszukiwanie : .Szukaj w blogu.

2. Szukaj w blogu - zbiórczo

WYWIADY Z THE BEATLES. Po śmierci Briana Epsteina


University College, Bangor, Walia, 27 sierpnia 1967 roku. Beatlesi spędzają czas w Północnej Walii na wykładach Maharishi Mahesh Yogiego. Wyjechali tam 25-go sierpnia (czytaj o tym: tutaj), nie spodziewając się zupełnie tego co się wydarzy. Dwa dni później dociera do nich smutna informacja o śmierci Briana Epsteina. Pod budynkiem miejskiego University czekają na nich zgromadzeni już dziennikarze. Wychodzi do nich trójka Beatlesów ale rozmawiają z przedstawicielami mediów tylko John i George. Ringo niewiele się odzywa (niedawno został po raz drugi ojcem). Paul się wcześniej wymknął i jest w tym czasie już w drodze powrotnej do Londynu.


 JOHN: Nie wiem co powiedzieć. Dopiero co o tym usłyszeliśmy, ciężko jest o tym myśleć, co dopiero mówić. Bo on był... Był takim ciepłym facetem, to straszne.
Pytanie: Jakie są teraz wasze plany? JOHN: Wiesz, nie mamy teraz żadnych. Dopiero się o tym dowiedzieliśmy.
RINGO: Tak dokładnie, tyle nowych rzeczy spadło na nas...
P: John, gdzie bylibyście dzisiaj bez pana Epsteina?
JOHN: (z respektem) Nie wiemy.
P: Wyjeżdżacie dzisiaj wieczorem do Londynu?
JOHN: "Taa, ktoś nas tam odwiezie. Tak.
P: Usłyszeliście o tym dzisiaj w popołudnie niedzielę, Paul zdaje się już wyjechał?
JOHN: Tak.
P: Nie macie żadnych planów na dzień jutrzejszy?
JOHN: Nie, pojedziemy, zorientujemy się tam na miejscu.
GEORGE: ... będziemy planować na gorąco tam na miejscu.
P: Rozumiem, że pan Epstein miał być tutaj jutro?
JOHN: Tak. P: Kiedy dokładnie miał przyjechać?
 GEORGE: Jutro, w poniedziałek, to wszystko co wiemy.
P: Rozmawialiście z nim o tym duchowym ruchu odnowy?  
GEORGE: Cóż, o tyle na ile nauczyliśmy się o spirytualizmie i tych różnych rzeczach, staraliśmy się mu to przekazać. Był tym wszystkim zainteresowany w takim samym stopniu jak my, jak powinien być każdy. Chciał wiedzieć tyle samo o życiu co my.
JOHN i RINGO: Nie
GEORGE: Ja rozmawiałem z nim w środę wieczorem, tuż przed naszym pierwszym spotkaniem z Maharishim. Był w świetnym humorze. 
P: Kiedy wam powiedział, że także chciałby zostać wtajemniczony?
GEORGE:  Kiedy przyjechaliśmy tutaj w piątek mieliśmy telefon, z którego dowiedzieliśmy się, że Brian przyjedzie tutaj za nami, że będzie w poniedziałek. 
P: Czy zamierzacie jeszcze powrócić tutaj, do Bangor?
GEORGE: Prawdopodobnie nie będziemy mieli teraz czasu na to, gdyż Maharishi będzie tutaj tylko do czwartku a my mamy sporo do zrobienia w Londynie. Ale pewnie spotkamy się z nim innym razem.
P: Wierzę, że Maharishi rozmawiał z wami tego popołudnia. Czy mógłbym spytać jakiego typu rady wam udzielił?
JOHN: Powiedział nam,...., żeby nie pozwolić zbyt mocno przytłoczyć się smutkiem. I jak wspominać Briana, ponieważ nasze myśli o nim będą mu towarzyszyć gdziekolwiek jest.
P: Czy on kiedykolwiek poznał pana Epsteina?"
JOHN: Nie, ale nie mógł się doczekać poznania go.
P: W jaki sposób chcielibyście uczcić pana Epsteina?
JOHN: Cóż, nie wiemy po prostu co powiedzieć. Kochaliśmy go, był jednym z nas. 
GEORGE: Nie da się oddać komuś hołdu w słowach.
JOHN: Medytacje, nawet w tak krótkim czasie, dały nas siłę przetrzymania czegoś. Brian przechodzi teraz do kolejnej fazy ale jego duch jest wciąż tutaj i zawsze będzie.  Wszyscy czujemy wielki smutek ale kontrolujemy go. Jak tylko wpadam w żal, myślę coś miłego związane z nim... ale nie możesz ukryć bólu. 




 ____________________________

 

Czyta także: Brian Epstein







Muzyczny blog * Historia The Beatles * Music Blog 
 Polski blog o najwspanialszym zespole w historii muzyki.
 HISTORY THE BEATLES





72. MTW: WISHBONE ASH: "Persephone"

Album: "There's The Rub", 1974
Kompozycja: Wishbone Ash
Producent: Bill Szymczyk
Wytwórnia: MCA
Długość: 7:02

Obsada:
     Martin Turner – wokal, gitara basowa
    Andy Powell – chórki, gitary
    Laurie Wisefield – chórki, gitary
    Steve Upton – perkusja


Podstawowy, najsłynniejszy skład zespołu. 1974.A.Powell, L.Wisefield, M.Turner i S.Upton

Piękna, ballada rockowa, znak czasów pierwszej połowy lat 70-tych, kiedy w dobie glam rocka, ogromnej popularności zespołów takich jak T.Rex, Slade czy nawet Bay City Rollers, inne, takie właśnie jak Wishbone Ash kształtowały klasycznego rocka gitarowego, zmieniając jednak krótkie, dotychczasowe piosenki w długie rockowe suity, wspierające się wirtuozerią w solach instrumentalnych (gitarowe, klawiszowe). Brytyjski zespół rockowy z bardzo bogatym i ciekawym dorobkiem. Dzisiaj raczej niedoceniany, choć tak naprawdę zespół nigdy nie zdobył oszałamiającego sukcesu a ich największym komercyjnym sukcesem było Top-10 swojego trzeciego albumu 'Argus' na brytyjskich listach przebojów i 44 miejsce w Ameryce  czwartego albumu 'Wishbone Four' (z tego albumu pochodzi 'Everybody's Needs A Friend'. Album 'There's The Rub', z dzisiaj prezentowaną przepiękną 'Persefoną' to tylko koniec 1-szej setki w USA ale już 16 w Zjednoczonym Królestwie. Zespół nie odnotował przebojowych singli choć je wydawał regularnie. Moim zdaniem błędem było, że wymienione wyżej dwie piosenki nie zostały wydane na singlach np. w wersji krótszej. Singiel nie pomieściłby 7-mio minutowego utworu a czasy maksisingli dopiero miały nadejść. Piosenki wydawane na małych płytkach, które w założeniu miały promować albumy były... zwyczajnie słabe. Myśl producencka nie wybiegała jeszcze w kierunku obróbek oryginalnego materiału do krótszych, rzadziej dłuższych wersji oryginalnego materiału muzycznego.

'Persephone' jest chyba najbardziej znanym utworem zespołu. Na pewno u nas w Polsce, gdyż trafia czasem gdzieś tam w dolne okolice w miarę miarodajnego (pisałem już o tym kiedyś) Topu Wszech Czasów Programu Trzeciego. Nie może tam trafić 'Everybody's Needs A Friend', mimo że próbowałem dziennikarzy tego programu zainteresować tym utworem, by chociaż chcieli dać mu szansę w poczekalni. Bez rezultatu. Wydaje mi się, że wielu z nas po prostu nie zna tego utworu. Ale zachwycać się nad songiem 'Każdy potrzebuje przyjaciela'  będę w innym miejscu tego topu a teraz kilka słów o 'Persefonie'. Utwór od zawsze ze mną. Pierwszy raz oczywiście o zespole dowiedziałem się słuchając ich 'Czwórki' i hitu 'Everybody...'. Po około roku Piotr Kaczkowski puszczał w swoich audycjach już 'Persephone', która ze mną pozostała. Jej nieobecność na poprzednim topie to po prostu moja nieuwaga, zapomnienie o istnieniu tej piosenki, za co biję się teraz w piersi.

Utwór wspaniały, zbudowany na atrakcyjnych, zgrabnych ale nieprzesadnie wirtuozerskich  solach gitarowych, także na atrakcyjnej melodii wiodącej  i ciepły, wciągającym wokalu Turnera, który napisał go podobno sam, ale na płycie wymieniono po koleżeńsku całą czwórkę zespołu jako autorów całego materiału muzycznego płyty a więc i tego songu. To miłe, choć drogi muzyków po jakimś czasie się rozeszły. Martin Turner koncertuje po świecie ze swoim zespołem, podobnie jak w przypadku ELO Jeffa Lynne'a, nazwanego: Martin Turner's Wishbone Ash. No cóż, "Money, money, money....", jak śpiewała ABBA.
W 2005 roku na wydanej składance największych przebojów zespołu utwór zaznaczono na okładce tytułowej. W składance tej, o zgrozo, pominięto 'Everybody Needs A Friend'.  
W clipach zespół na żywo. Oryginalnie z wokalem Martina oraz w rocznicowym koncercie z 2013 gdy partię wokalną śpiewa Andy Powell.




There's a light that shines on Persephone,
Always a fire in her eyes,
And the last time that I went to her
I could tell things weren't right.

I just don't care to see your years go wasting,
There's no longer magic in your eyes.

In your time, you could outshine everybody else around,
But your off-stage ways might be a bore -
You take a bow, you take a fall.


I came to be here in the footlights,
To live with you through every song,
And your face displays a peaceful field.
I can't believe the curtain has to fall.

Now I know your years were never wasted,
Tonight I saw the magic in your eyes.








RAFA!!! WIELKIE SZLEMY ZA NAMI.

Wielki Nadal!

 ____________


 
W zasadzie nie ma o czym pisać, bo najważniejsze rzeczy zawarłem w tytule. Rafa numere 1 na świecie i nr 1 w tegorocznych otwartych mistrzostwach Stanów Zjednoczonych. W finale szybko w trzech setach rozprawił się z Kevinem Andersonem. W kobiecym finale Sloane Stephens rozgromiła faworyzowaną - także przeze mnie Madison Keys. Finał męskiego debla bez Kubota. Polsko-brazylijska para poległa wcześnie w turnieju, tak więc zero ważnego śladu Polaków w turnieju. Rafa!!!



 Cztery tegoroczne Wielkie Szlemy w ręce weteranów, po dwa dla największych ikon tenisa i sportu. Australian Open i Wimbledon dla Rogera Federera, Roland Garros i US Open dla Rafaela Nadala. A jeszcze rok temu, z braku ciekawszych tematów, dziennikarze pisali rozprawy na temat: Czy Federer i Nadal są jeszcze w stanie wygrać jakikolwiek turniej Wielkiego Szlema. 







******

RAFA!!! US OPEN BEZ SPEKTAKULARNEGO FINAŁU.

Stało się. Niestety nie obejrzymy kolejnego klasyka z Rogerem i Rafą w rolach głównych. Wycofanie się z turnieju Andy'ego Murray'a sprawiło, że obaj gracze mogli się już spotkać w półfinale. Niezależnie od nieobecności  wielu graczy z czołowej dziesiątki rankingu ATP (Wawrinka, Djokovic, Nishikori, Raonic oraz wspomniany Murray) wszyscy i tak czekaliby na mecz Hiszpana ze Szwajcarem. Niestety, w półfinale Maestro ze Szwajcarii uległ w 4 setach Argentyńczykowi Juanowi Martinowi Del Potro. Delpo w czasie ostatniego meczu obu graczy pokonał Szwcajcara właśnie w US Open, zdobywając tam swój jedyny skalp Wielkiego Szlema. Czy teraz ma szanse na drugi. Musiałby w półfinale - to znowu przedwczesny finał - pokonać Hiszpana Nadala, co wydaje mi się niemożliwe. Oglądałem mecz Rafy z Rosjaninem Andriejem Rublovem, młodym graczem, przed którym (jeśli zbuduje trochę masy) niezła przyszłość. Rosjanin grał nieźle ale Hiszpan prezentował kosmiczny poziom. Trzeba zapomnieć o tym, że Rafa jest graczem tylko jednej nawierzchni (ma tytuły na każdej). To w jaki sposób gra teraz w amerykańskim turnieju jest po prostu niewiarygodne. Hiszpan gra nadal siłowo, bazując na swojej najmocniejszej broni, nieprawdopodobnej rotacji jakiej nadaje uderzanym piłkom. Tzw. świdrom. Wszyscy wiedzą o tym, ale niewielu udaje się znaleźć na to lekarstwo. Ale to nie wszystko. Nadal gra przy tym niesamowicie mądrze. 

Zadziwia rozsądkiem, przy jednocześnie swojej słynnej waleczności o każdą piłkę, każdy punkt. Podobnie jak koty nie lubią wody, Rafa nienawidzi przegrywać jakiejkolwiek wymiany. Przed turniejem Hiszpan sugerował, że Roger jego zdaniem ma przewagę nad nim na twardej nawierzchni, ale widząc wczoraj jak Hiszpan gra nie byłem już tak tego pewien. Który wygrałby mecz,  Hiszpan czy Szwajcar ? Tego już się niestety nie dowiemy, ale chyba po meczu z Rublovem stawiałbym na Hiszpana, choć to znowu teoretyzowanie. Rogerowi podobno mecz z Del Potro nie wyszedł (niestety, ze względu na późną porę transmisji, nad ranem w czwartek, na obaj na zdjęciach), ale równie dobrze mogło być tak, że Szwajcar pokazałby swój geniusz... Eh, teoretyzowanie. Rafa w każdym razie umocni się na pozycji numeru 1 bez względu na wynik jego rywalizacji z Del Potro.

 Drugi półfinał to drugi Hiszpan, Pablo Carrena Busta oraz ku memu zaskoczeniu Kevin Anderson z Południowej Afryki (choć mieszkający na stałe w Stanach, jeden z najbardziej wykształconych graczy ATP Tour, także najwyższych). Hm... moje typy. Absolutnie Rafael Nadal, chyba że Argentyńczykowi wyjdzie mecz życia, w co niestety nie wierzę. Pamiętajmy, że Delpo wrócił po ponad 1.5 rocznej absencji od tenisa z powodu kontuzji nadgarstka. Dlatego wciąż jego bronią numer 1 jest forhand, ale Rafa o tym wie i z pewnością wykorzysta słabszy backhand rywala. Czemu nie Roger, trudno powiedzieć ? Tak więc w drugim półfinale stawiam na Andersona. Finał nie zapowiada się ciekawie. Ktokolwiek nie wygra z obu par, różnica obu graczy w meczu finałowym będzie wyraźna. Ze szkodą dla widowiska. 

Tegoroczni półfinaliści US Open. Rafa, Delpo, Carreno Busta i Anderson.


DENIS SHAPOVALOV - PRZYPUSZCZALNIE PRZYSZŁY NR 1 ATP TOUR



Jeszcze nigdy, lub od bardzo dawna, żaden młody tenisista, "zawodnik z przyszłością" zdaniem wielu komentatorów, nie rokował wg. mnie takich dużych nadziei na stanie się w tak całkiem niedalekiej przyszłości numerem 1 i to takim prawdziwym, nie chwilowym. Kimś na miarę graczy z 1-szej czwórki (Wielkiej Czwórki, czyli od lat na topie: Rafa, Roger, Andy i Novak), kogoś kto dominuje przez pewien dłuższy kres a nie np. bycie na krótko numerem 1 poprzez uzbieranie punktów i bez spektakularnych sukcesów. Jak np. teraz Karolina Pliskova czy kilka lat wcześniej zaskakująco Jelena Jankovic. Roger Federer skomentował to (Jankovic) wtedy krótko, że dziwi go, że numerem 1 jest ktoś, kto nigdy nie wygrał żadnego Wielkiego Szlema. Wracając do wątku, graczem którego mam na myśli jest 18 letni Kanadyjczyk Denis Shapovalow. Wczoraj zakończył starty w US Open na 1/16 finału, a więc wśród najlepszych 32 graczy, przegrywając z hiszpańskim przeciętniakiem, Pablo Carreno Bustą w 3 tie-breakach (obaj na zdjęciu). Tylko przez brak doświadczenia. Piękny, agresywny, pomysłowy tenis. I duży arsenał uderzeń, rewelacyjny forhand i nie gorszy backhand. I siła ale i czasem wyważenie, pomysł, choć oczywiście na razie Denis - 18 lat! - więcej uwagi poświęca ustawicznemu atakowi i prowadzeniu gry. Trzymam za niego kciuki aby się nie spalił, ale on ma już za sobą sukcesy juniorskie (juniorski Szlemy) i wydaje się, że jest dobrze ułożonym młodym facetem. I z pewnością w przyszłości wielką gwiazdą.


A tegoroczny US Open? Bez Djokovica (kontuzja, afera dopingowa?), Murray'a, Wawrinki, Raonica, Nishikoriego, stąd oczywiście w 1/4 finału obecność tak zaskakujących graczy jak wspomnianego wcześniej Carreno Busta czy Argentyńczyka Schwartzmana. Nawet Querrey'a czy Andersona. Tenisowych średniaków. Może trochę wyżej. W półfinale prawie na pewno Nadal i Federer, bo nie sądzę by Rublov czy Del Potro ich powstrzymali. Szkoda, że Andy Murray nie zrezygnował z udziału w turnieju dzień wcześniej, przed losowaniem. Wtedy Hiszpan i Szwajcar znaleźliby się w dwóch różnych połówkach drabinki i mogliby spotkać się dopiero w finale, a tak przeciwnikiem któregoś z nich będzie przypuszczalnie Sam Querrey (ew. Kevin Anderson).  Cóż, mecz dwóch ikon tenisa i obecnie najlepszych graczy to najważniejsze wydarzenie tego turnieju. Stawiam na bardzo zacięty mecz i chyba na Rogera.
Ćwierćfinały:
R. Nadal - A. Rublov
R. Federer - J.M. Del Potro
P.Carreno Busta - D.Schwartzman
A. Querrey - K. Anderson


74. MTW: DAVID GILMOUR - "There's No Way Out of Here"





Singiel, 1978
Strona B: Deafinitely
Album: David Gilmour
Kompozycja: Ken Baker
Długość: 5:08
Producent: David Gilmour
Piosenkę i post dedykuję mojemu Przyjacielowi: CZARNEMU.

 




Obsada: 
   David Gilmour — wokal, gitary, instrumenty klawiszowe,  
                                   harmonijka
   Rick Wills — gitara basowa, chórki (znany z Foreigner)
   Willie Wilson — perkusja, instrumenty perkusyjne
Carlena Williams – chórki
Debbie Doss – chórki
Shirley Roden – chórki 

 
Piękny utwór, klimat ukochanych Pink Floydów, ulubiony głos spośród Floydów, ulubiona, niepowatrzalna w muzyce rockowej gitara plus bardzo pinfloydowskie, darksidemoonowskie chórki (co ciekawe, tak na marginesie, Pink Floyd  nie mają w swojej dyskografii ani jednego utworu z klasycznymi zespołowymi harmoniami czyli  chórkami, w ich przypadku męskimi). Dave Gilmour. 
    Gigantyczny sukces macierzystego zespołu pozwolił mu w 1978 roku nagrać swój pierwszy solowy album. Pink Floydzi stali wtedy pod ścianą. Ostry atak na wszystkich frontach punk rocka (wokalista Sex Pistols, Johnny Rotten występował w koszulce z napisem 'I hate Pink Floyd' - nienawidzę Pink Floyd), ostra krytyka rocka progresywnego, któremu zarzucano monotonność, rutynę, brak rozwoju. No i kto wie, czy nie najważniejszy dla Davida powód nagrania albumu solo; spore problemy wewnątrz zespołu, zwłaszcza między nim a Rogerem Watersem (Waters miał już spory z pozostałą dwójką zespołu a zwłaszcza z Wrightem).  Identyczne odczucia co Dave musiał mieć także wspomniany Rick Wright, 
gdyż prawie w tym samym czasie co album Gilmoura (25 maja 1978) ukazał się jego album "Wet Dream". Waters zanurzony był w tym czasie w swoim mrocznym okresie wymyślania pomnikowego "The Wall".
DAVID GILMOUR o albumie: To był kompromis, mimo pracy w grupie. Wielu ludzi ma tendencję do trzymania się w grupie i mówienia, że żyją dla grupy. I na początku tego potrzebowałeś. Ale później potrzebujesz innych rzeczy... Zaczynasz dostrzegać coś innego, zwracać na coś innego, co nie zawsze pasowało do tego co robiłeś przedtem... Ten album był dla mnie bardzo ważny, pod kątem określenia szacunku do samego siebie. Na początku nie uważałem, żebym miał na tyle duże nazwisko by udźwignęło ciężar solowego albumu. Będąc tak długo w grupie czułem się już trochę klaustrofobiczne. Potrzebowałem wyjść mocno z cienia Pink Floyd... Mimo ogromnych obaw musiałem nagrać coś, pod czym mogłem się podpisać sam, ja, David Gilmour... Popularność Floydów wtedy bardzo ciążyła. Kochano nas i nienawidzono... Był to dość trudny okres w zespole i musiałem spróbować wyjść z cienia Pink Floyd.


Pierwszy album Gilmoura okazał się umiarkowanym ale jednak sukcesem. choć dzisiaj z perspektywy lat i Legendy Pink Floyd można go uznać za raczej niewielki. 17 miejsce w rodzimej Brytanii oraz 29 w Ameryce. W USA Złota Płyta a więc całkiem nieźle, bo artysta raczej nie oczekiwał sukcesów. Podkreślano, że przy całej swej próbie uzyskania różnorodności artystycznej na płycie czuć jednak ducha Pink Floyd, co wcale nie było zarzutem.  "Nad albumem gitarzysty Pink Floyd unosi się duch macierzystego zespołu, bez szkody dla albumu!". 

  Album promował tylko jeden singiel, właśnie "There's No Way Out of Here", obca kompozycja, Kena Bakera, gitarzysty, wokalisty zapomnianego już dzisiaj angielskiego zespołu Unicorn.



David Gilmour i muzycy Unicorn, kompozytor omawianej piosenki Ken Baker i Kevin Smith

Unicorn
 Otóż w 1976 roku Gilmour produkował po raz kolejny album mało znanego angielskiego zespołu Unicorn, "Too Many Crooks", bandu założonego już 1963 roku przed dwóch szkolnych kolegów ze szkoły w Surrey, Kena Bakera (gitara, wokal) oraz Pata Martina (gitara basowa, wokal, na dolnym zdjęciu z Gilmourem). Dave wspomagał także starszych, jakby nie było, od siebie muzyków także na gitarze, stał się menadżerem trasy zespołu po Wielkiej Brytanii.
Płyty Unicornu w wersji winylowej prawie nieosiągalne, można już dzisiaj zdobyć, w wersji zremasterowanej, gdyż ukazały się na CD ale dopiero w 2009 roku (razem z innymi albumami Unicornu, "Blue Pine Trees z 1974 "One More Tomorrow" z 1977, oba także produkcji Davida Gilmoura). Album "Too Many Crooks", z którego pochodzi piękne "There's No Way Out of Here" nagrywany był w londyńskim Olypmic Studio, miksowane zaś w słynnym 'Air Studios' dawnego producenta The Beatles, George'a Martina.
Także inne albumy zespołu były produkowane przez członka Pink Floydów. Kompozycja Kena Bakera i wykonanie jej przez Unicorn musiały się mu  bardzo spodobać bo już nagrał swoją wersję (zresztą bardzo podobną do oryginału) dwa lata później na swoim albumie. 


Pat Martin z Unicornu wspomina: Właściwie to nagraliśmy ją ("There's No Way Out of Here") w nocy, kiedy David nie mógł pojawić się w studiu. Kiedy kilka dni później usłyszał jej taki szorstki, twardy miks. Zadzwonił do mnie stwierdził, że to bardzo dobra piosenka oraz, że to jak dotąd nasze najlepsze wykonanie piosenki na album. Kilka dni później powiedział, że nagra ją kiedyś na swoim pierwszym albumie solowym... Rick (Wills) skopiował w całości moją linię basu w wersji Davida... David prosił Kena (Bakera) by napisał mu kilka tekstów na jego płytę, ale Ken, który potrafi pisać tylko o swoich doświadczeniach, musiał odmówić. Wszyscy uważaliśmy wtedy, że był szalony. David poprosił zamiast tego Roy'a Harpera.




David Gilmour (w środku z pierwszą żoną Ginger, po prawej Willie Wilson i Rick Wills) 
 
 
Ciekawostką jest, że w czasie końcowych sesji do tego albumu, Gilmour wymyślił linię melodyczną, riffy do nowego utworu. Dwaj nagrywający z nim muzycy Rick Wills (w przyszłości przedstawi Davidowi Kate Bush) oraz Willie Wilson odjechali już do domów, więc David odstawił utwór na półkę. Za jakiś czas nagra go już razem z trójką Floydów pod nazwą, "Comfortably Numb" na albumie "The Wall".
Dwójka muzyków, z którą Dave nagrał album nie była mu obca. Pierwszą przed Pink Floydami grupą Gilmoura byli Bullit, w której grali także Wilson i Wills, stąd muzyk zaprosił  ich do kolejnej muzycznej współpracy, tym razem przy swoim pierwszym solowym albumie. Dwójka ta była także w jeszcze jednym zespole z Gilmourem, w Jokers Wild. Jak wiemy, kłopoty Syda Barretta spowodowały poszukiwanie przez Watersa nowego gitarzysty. Gilmour dostrzegł potencjał w popularnych już wtedy Pink Floyd, gdy on wciąż miotał się anonimowo na lokalnych studenckich scenach. Wybór był oczywisty.



W 2004 roku roku amerykański zespół grający ciężkiego rocka nagrał własną wersję piosenki. Powstała całkiem interesująca wersja mimo, że zespół całkowicie pozbył się z oryginalnej wersji refrenu. Oceńcie sami.


I jeszcze jeden cover. Nagrali ją  folkowy muzyk Sam Beam, używający scenicznego nicku Iron & Wine oraz Bed Bridwell, lider bardzo cenionego przez piszącego te słowa zespołu Band of Horses, również grającego spokojnego soft rocka. Umieścili piosenkę na swoim bodajże jedynym jak dotąd  albumie "Sing it To My Mouth", na którym znalazły się tylko covery. W przypadku "There's No Way Out" jako cover zespołu Unicorn.  Wersja bardzo spokojna, bardzo różniąca się od poprzedniej. Przy okazji przygotowywania tego postu trafiłem na ten album i bardzo mi się spodobał. Spokojne wersje przeróżnych piosenek, w tym np. Sade czy J.J. Cale'a bardziej folkowe niż w stylu klasycznych ballad country ballad.






_______________________________
 
There's no way out of here
When you come in
You're in for good
There was no promise made
The part you played
The chance you took
There are no boundaries set The time and yet
You waste it still
So it slips through your hands
Like grains of sand
You watch it go
There's no time to be lost
You'll pay the cost
So get it right
There's no way out of here
When you come in
You're in for good
There never was there an answer
There an answer
Not without listening
Without seeing
There are no answers here
When you look out
You don't see in
There was no promise made
The part you played
The chance you took
There's no way out of here
When you come in
You're in for good
There never was there an answer
There an answer
Not without listening
Without seeing
There's no way out of here
When you come in
You're in for good
There was no promise made
The part you played
The chance you took
There's no way out of here
When you come in
You're in for good
There's no way out of here
When you come in
You're in for good
There are no answers here
When you look out
You don't see in
There's no way out of here
When you come in
You're in for good