Wyszukiwanie : .Szukaj w blogu.

2. Szukaj w blogu - zbiórczo

Najlepsza książka o The Beatles. Czy John kochał Paula ?

 

 

W grudniowym poście (tutaj) napisałem o dwóch książkach, które idealnie nadawały się na gwiazdkowy prezent dla czytelników mojego bloga i fanów The Beatles. Pierwszą z nich opisuję w dzisiejszym wpisie. Drugą – tę o Yoko Ono – zacząłem czytać wczoraj wieczorem i już po kilkunastu stronach wiem, że jest znakomita. Jej autorem jest David Sheff, którego bliżej poznacie w nadchodzącym poście „WRZESIEŃ 1980”. To właśnie wtedy ten młody wówczas dziennikarz rozpoczął słynny wywiad z Johnem dla „Playboya”. David rozmawiał z Johnem i Yoko przez trzy miesiące, a ich znajomość przerodziła się w przyjaźń, która przetrwała do dziś. Owocem ich licznych wspólnych przedsięwzięć jest właśnie ta książka. Ale dzisiaj skupiamy się na tej pierwszej pozycji, którą polecałem Wam w grudniu 2025 roku.W grudniowym poście (tutaj) napisałem o dwóch książkach, idealnie pasujących na Gwiazdkowy Prezent dla Czytelników mego bloga czy ogólnie fanów The Beatles. 
  Pierwszą zamierzam opisać w dzisiejszym poście, drugą, tę o Yoko Ono zacząłem wczoraj czytać i wiem już, po kilkunastu stronach, że to jest książka znakomita. Autorstwa Davida Sheffa, którego poznacie w poście WRZESIEŃ 1980, kiedy to ten młody wtedy dziennikarz rozpocznie wywiad z Johnem dla czasopisma 'Playboy'.  David będzie rozmawiał z Johnem i Yoko przez trzy miesiące, ostatecznie jego wtedy rozpoczęta przyjaźń z Yoko przetrwała do dzisiaj, czego owocem, między innymi, bo wspólnych przedsięwzięć David i Yoko mieli mnóstwo, jest właśnie książka o Yoko Ono.  Ale dzisiaj  publikuję post o tej  pierwszej z dwóch polecanych przeze mnie w grudniu 2025.
 


Czy John kochał Paula? Zostawiam taki tytuł, choć chciałem początkowo by brzmiał: Czy John był zakochany w Paulu?  To pytanie nie jest próbą szukania taniej sensacji ani chwytliwym nagłówkiem mającym nabijać „kliki”. To fundamentalne pytanie o naturę najbardziej wpływowego duetu w historii muzyki, które Ian Leslie stawia w swojej rewelacyjnej  - dal mnie - książce "John & Paul: A Love Story in Songs".  
Jako ktoś, kto przy tworzeniu bloga o Fab Four przestudiował niemal wszystko – od fundamentalnych biografii P. Normana, I. MacDonalda, K. Badhama, M. Lewisohna, P. Doggertta czy Huntera  Davisa (pierwszego autora oficjalnej biografii zespołu)), przez gigantyczne archiwum Lewisohna i Beatles Bible, aż po oficjalne portale Apple Records, The Beatles, poszczególnych członków zespołu i setki (w tym członków rodzin i przyjaciół Beatlesów) innych  i wnikliwe analizy krytyków rozbijających każdą strukturę muzyczną na czynniki pierwsze – myślałem, że źródło wiedzy o nich już dawno wyschło. Leslie udowodnił mi, jak bardzo się myliłem. Ja się przekonacie do takiego wniosku doszedłem nie tylko ja... 
 
 
Więcej TUTAJ 

 

Wracamy do taśm DECCA: Przesłuchanie The Beatles w Decca: Bezcenna lekcja porażki

 

 


 


Dzisiaj chyba ostatni już, pełny, kompletny post o słynnych taśmach Decca, pierwszym studyjnym przesłuchaniu przyszłych Fab Four, choć w tym przypadku Fab Three, bo jeszcze z Wielką Trójką grał Peter Best. Post ten miałem opublikować na początku bieżącego roku,równo ponad 64 lat od tego wydarzenia, ale co jakiś czas tekst był edytowany. Dlaczego znowu wracam do tego ?  Otóż, pamiętam jak wiele lat temu w kuluarach wielkiego biznesu, także wśród znajomych jako ciekawy fakt poruszany w rozmowach przy piwie, mówiło się o trzech największych pomyłkach, które zmieniły bieg historii. Dziś pewnie listę tę można by wydłużyć w nieskończoność, ale przygotowując dla Was kolejny, jeszcze bardziej dopracowany materiał o słynnym przesłuchaniu przyszłych Beatlesów dla Decca Records, przypomniałem sobie właśnie o tych trzech „wielkich pudłach”.

Zanim przejdziemy do meritum (tutaj znajdziecie dwa linki do moich poprzednich wpisów o tym wydarzeniu: [1 , 2), przypomnijmy sobie te momenty, w których potężni gracze powiedzieli „nie” fortunie:

  1. Błąd giganta IBM: Oddanie pola (oraz kontraktu) zewnętrznej firmie na napisanie systemu operacyjnego dla ich nowych komputerów. Tak narodził się potwór o nazwie Microsoft. Bill Gates, prowadzący wtedy małą, niemal garażową firemkę, napisał na zamówienie BASIC-a, dostał potężny zastrzyk tlenu i otwarte zaproszenie do świata Wielkiego Biznesu, z którego już nigdy nie wyszedł.

  2. Polityka Apple vs. IBM: Apple popełniło błąd zamykając swoją architekturę i zabraniając klonowania swoich maszyn. IBM zrobił odwrotnie – udostępnił standard, co wywołało w latach 70. i 80. gigantyczny boom na komputery „kompatybilne z IBM”. To na tym masowym rynku zarabiało się miliony, podczas gdy Apple, mimo posiadania lepszego sprzętu, zostało w swojej niszowej złotej klatce.

  3. Historyczne „NIE” dla Liverpoolu: Odrzucenie przez Decca Records nieznanego nikomu zespołu z Liverpoolu. Przez tę jedną decyzję koło nosa przeszły im miliardy dolarów i nieśmiertelna sława. Co ciekawe, firma wyciągnęła lekcję z tej bolesnej porażki – drugi raz nie popełnili już tego błędu, podpisując kontrakt z The Rolling Stones.

A jak wyglądały kulisy tej trzeciej, muzycznej pomyłki? Zapraszam do lektury, znowu tekst pióra Colina Fleminga, cytowanego już na moim blogu. Colin to amerykański pisarz i dziennikarz  muzyczny, specjalizujący się w klasyce rocka, w tym The Beatles. Cały tekst nie jest dokładnie kopią tekstu Fleminga, ale został przez mnie prze edytowany oraz uzupełniony dodatkowymi wstawkami. Tekst ilustruję clipami wszystkich piosenek z tej sesji. Miłej lektury.

Poniżej filmik AI w jakiś sposób obrazujący tamte wydarzenie. 

 



 
W życiu naszym jako odbiorcy muzyki bywają chwile, gdy życzyłby sobie, aby konkretne nagranie okazało się „Graalem na widoku”. To znaczy: albumem, sesją lub koncertem, który jest łatwo dostępny i może okazać się skarbem kunsztu artystycznego, który większość ludzi jakimś cudem przeoczyła lub nie doceniła.

The Beatles mają kilka nagrań typu „Graal na widoku”, ale jest jedno szczególne, do którego nawet wieloletni fan Beatlesów skłonny jest wracać raz po raz, mając nadzieję, że uderzy go ono w sposób, w jaki prawdopodobnie nie uderzyło wcześniej. Tym nagraniem jest słynna – lub niesławna – taśma z przesłuchania, którą zespół zarejestrował dla Decca Records w pierwszy dzień 1962 roku, ostatniego roku Beatlesów przed zdobyciem sławy. Czytając ich historię, można odnieść wrażenie, że ci czterej mężczyźni wiele wycierpieli i włożyli ogromny wysiłek, zanim nastąpił przełom, ale mówimy tu tylko o kilku latach – trudno nazwać to odyseją w poszukiwaniu sukcesu, jakiej doświadczył choćby Van Gogh, którego przełom nastąpił dopiero po tym, jak przeniósł płótno i pędzel na inny poziom astralny. 

                                                                            Hello, Little Girl

Jednak w społeczeństwie, w którym ludzie często poddają się bardzo szybko – jeśli w ogóle kiedykolwiek naprawdę zaczęli – chyba że dostaną to, co ich zdaniem im się należy, próba zdobycia kontraktu płytowego przez Beatlesów może rezonować jako gigantyczna walka. Nie możemy dać się zwieść przez obniżające się standardy dotyczące wytrwałości. Beatlesi mieli po swojej stronie wiele czynników w początkowych fazach, ale w kwestii profesjonalnego startu nic nie było ważniejsze niż wyczucie czasu.

Money, That's What I Want
 
Czy Beatlesi byliby kiedykolwiek kimś, gdyby byli jedynym zespołem gitarowym w Wielkiej Brytanii, nawet gdyby mieli gotowy swój najlepszy materiał? Beatlesom pomogła fala zespołów gotowych do boju wraz z nimi. Były tam grupy o wszelkich upodobaniach i umiejętnościach. Prawdziwa „beatowa armia” była na miejscu, a bycie zespołem w tych znacznych szeregach oznaczało, że istniała wielka szansa na otrzymanie swojej szansy. To, co z nią zrobiłeś, zależało od wielu czynników – talentu, pisania piosenek, wizji, szczęścia, wsparcia. Beatlesi mieli wszystkie pięć, choć przypuszczalnie pierwsze trzy by wystarczyły.
 
Till There Was You

Taśma Decca jest zazwyczaj jednym z pierwszych niewydanych nagrań Beatlesów, które fani prawdopodobnie usłyszą lub nabędą. Są one kamieniem węgielnym kompletnej kolekcji Beatlesów i niezbędne do zrozumienia, w jakim miejscu znajdował się zespół w kluczowym okresie swojego wzrostu. Gdyby Beatlesi nie zrobili dużej części tego, co zrobili w 1962 roku – zaczynając od przesłuchania w Decca – i nie podjęli pewnych decyzji oraz korekt po drodze, to reszta tego, co uważamy za nieuchronnie „beatlesowskie”, nie wydarzyłaby się. A przynajmniej nie tak, jak się wydarzyła. 

The Sheik of Araby
 
1 stycznia 1962 roku Paul McCartney był basistą Beatlesów od pół roku, przejmując tę funkcję po tym, jak Stuart Sutcliffe został w Niemczech po ostatniej rezydencji zespołu na Reeperbahn. Pete Best jest perkusistą. Brian Epstein jest menedżerem. W połowie grudnia poprzedniego roku człowiek od A&R w Decca, Mike Smith, uczestniczył w koncercie Beatlesów w Cavern. Ich nadzieją było, że zaoferuje im kontrakt płytowy na podstawie ich występu, ale Smith nie był do końca przekonany. To nie wróżyło dobrze Beatlesom – dawanie ognia w Cavern było ich domeną, miejscem, gdzie czuli się swobodnie, mieli wsparcie i którego akustyka pomagała ukryć to, co lepiej było zostawić ukryte. Beatlesi byli aktem energetycznym. Przeniesienie energii, którą zespół ma na scenie, na porównywalną energię w studiu zajmuje trochę czasu, a Beatlesi jeszcze jej nie mieli.

 

To Know Her Is to Love Her 

Kwartet został zaproszony do studiów Decca w Londynie w Nowy Rok, gdzie mieli zostać sprawdzeni, a władze miały zobaczyć, jak sprawy stoją. Tłocząc się w furgonetce Neila Aspinalla w ten ważny, śnieżny zimowy poranek – podczas gdy Epstein podróżował pociągiem, bo nie zamierzał gnieść się z ciałami i instrumentami – grupa ledwo dotarła z Liverpoolu na czas na spotkanie o 11:00 rano. Mimo to, można o nich powiedzieć więcej niż o Smithie, który spóźnił się po nocy robienia tego, co większość ludzi robi w Sylwestra. Gorzej było, gdy Smith powiedział grupie, że ich sprzęt nie spełnia standardów i polecił im użyć sprzętu Decca.  
Zanim Decca powiadomiła Epsteina o terminie przesłuchania jego zespołu to w międzyczasie Decca przeprowadziła przesłuchanie Briana Poole'a i Tremeloes z Londynu.
Smith skonsultował się z Dickiem Rowe, przedstawicielem Decca ds. A&R, i ostatecznie zdecydowano, że podpisanie kontraktu z lokalnym zespołem zapewni niższe koszty podróży. Jak wiemy Beatlesi odpadli, a Brian Poole i Tremeloes zostali.
 
Dick Rowe (na zdjęciu): Powiedziałem Mike'owi, że będzie musiał wybrać między nimi. To od niego zależało – The Beatles czy Brian Poole i Tremeloes. Powiedział: »Oba są dobre, ale jeden to lokalny zespół, a drugi pochodzi z Liverpoolu«. Zdecydowaliśmy, że lepiej będzie wybrać lokalny zespół. Łatwiej będzie nam z nimi współpracować i utrzymywać bliższy kontakt, ponieważ przyjechali z Dagenham.
 
 

Take Good Care of My Baby
  •  więcej: czytaj post z bloga o The Beatles (tutaj)

Historia The Beatles
History of  THE BEATLES

 





 

Rewelacyjny serial - Biuro Szpiegów (Le Bureau des Légendes)

 

 

Francuskie seriale zawsze gwarantowały wysoką jakość, ten który polecam Wam w tym poście jest po prostu znakomity, choć jestem dopiero pod koniec drugiego sezonu a pozostałe z pięciu mogą już nie trzymać tak wysokiego poziomu. Niemniej tych kilkanaście odcinków dwóch pierwszych sezonów całkowicie mnie w ciągu ostatnich dwóch tygodni pochłonęły. Dwóch tygodni, bo niestety nie oglądam serialu codziennie, choć każdy odcinek kończy się tak, że trudno nie włączyć następnego. Tytułowe Biuro Szpiegów to Generalna Dyrekcja Bezpieczeństwa Zewnętrznego (Direction générale de la Sécurite)czyli francuski wywiad, odpowiednik amerykańskiej CIA. Szpiedzy różnych państw, skomplikowane romanse, akcja przeskakuje z terenu Francji do Iranu, Syrii, dokładnie pokazane techniki wywiadowcze, terenowe, cyfrowe - mógłbym wymieniać i wymieniać. Znakomita obsada, naprawdę, szczególnie gra Mathiesu Kassovitza. Oszczędna, minimalna, hm... szpiegowska? :) Do serialu podchodziłem ostrożnie, choć opinie o nim były więcej niż zachęcające. Obsada francuskich aktorów, bez znanych mi  twarzy (niestety, kino francuskie znałem dobrze za czasów Delona i Belmondo) nastrajała mnie pod dwóch pierwszych odcinkach średnio, bez euforii, ale jak akcja nabrała tempa (choć tak naprawdę rwała do przodu od pierwszych ujęć) to już całkowicie w serial "wsiąkłem".
 
 Początkowo uważałem jego dość wolne tempo, wnikliwą charakterystykę postaci, mnogość wątków za wadę, ale myliłem się. W tym serialu jest wszystko na swoim miejscu. Z klasycznego, najczęściej rozgrywającego się w pomieszczeniach kryminału serial tam gdzie trzeba zmienia się w prawdziwe kino akcji, choć w takim porządnym stylu, całkowicie innego od tych hitów amerykańskich gdzie bohater zmiata wszystkich wrogów po drodze samemu będąc nietykalnym. Wrażenie na widzu musi robić staranność ukazywania szczegółów technik komputerowych, a w okresie naszej sfery z Pegasusem szczególnie na nas w Polsce. Serial także bardzo obiektywnie pokazuje bezwzględność tej pracy, brak skrupułów, oszukiwanie, prowadzenie podwójnych gier, wewnętrzne rozgrywki, nieufność graniczącą czasem z paranoją, cóż, wszystko w słusznej niby sprawie. Polecam! Serial sprzed kilku lat, swego czasu emitowany na Canal +, ja miałem to szczęście, że przyjaciel zachował go w swoich archiwach, choć dopiero teraz mi go zaoferował.  Możliwe, że jest u nas do kupienia komplet na DVD, jeśli nie to zapewne przez różne zagraniczne księgarnie wysyłkowe.
 


 
 Trailery: Angielski i francuski
 
 


Mathieu Kassovitz

*****


INCAPABLE — A Quiet, Brutal Ballad Exposing Trump’s Moral and Leadership Failure - genialne dzieło AI.



Wszyscy żyjemy tym coś się dzieje teraz w USA. Wcześniej opowiedział o tym Bruce, tym razem ... ? Wideo zostało opublikowane 16 grudnia 2025 roku na kanale "The Resistance" (ten kanał specjalizuje się w publikowaniu treści politycznych, często wykorzystując nowoczesne narzędzia cyfrowe do tworzenia przekazu.). Wszystko wskazuje na to, że utwór "INCAPABLE" nie został nagrany przez żywego artystę w tradycyjnym studiu, lecz jest produktem zaawansowanej sztucznej inteligencji (AI), prawdopodobnie wygenerowanym na zlecenie twórców kanału "The Resistance". Żyjemy w czasach, w których protest songi nie muszą już powstawać w garażach. Ktoś wziął bardzo mocny, zaangażowany tekst (możliwe, że napisany przez człowieka) i "nakarmił" nim model AI, który wygenerował głos brzmiący jak rasowy, rockowy wokalista. To dlatego np Shazam go nie zna – ten głos "nie istnieje" w fizycznym świecie, został stworzony na potrzeby tego jednego utworu. To trochę przerażające, a trochę fascynujące – zupełnie jakby Bruce Springsteen miał cyfrowego sobowtóra, który śpiewa to, czego inni boją się powiedzieć głośno. 

He shakes a lot of hands but never lifts a soul Promises the world, leaves a cratered hole Every word's a hustle, every vow’s for sale A gilded tongue that's never told a truthful tale

Can't spell sacrifice without asking "what's in it for me" Mistakes domination for strength, calls cruelty victory

He's incapable of truth, incapable of care Incapable of standing when the moment cries "be fair" Incapable of leading, barely capable of lies A hollow suit of noise with deadness in his eyes

No vision, no plan Just a fragile ego pretending to be a man He confuses strength with shouting, love with owning things Builds his world on insults, broken vows and sting

Can't raise a child, can't raise the bar Can't heal a wound, can only pick the scar

This assessment isn't hate, it's clarity Ruthless and clean No soul can be mended that refuses to be seen History won't debate it, time will seal the fable Some men are flawed... this one's incapable

 

 


Podaje mnóstwo dłoni, ale nigdy nie unosi duszy Obiecuje cały świat, zostawia dziurę jak po kraterze Każde słowo to szwindel, każda przysięga jest na sprzedaż Pozłacany język, który nigdy nie opowiedział prawdziwej historii

Nie potrafi przeliterować "poświęcenia" bez pytania "co ja z tego będę miał" Myli dominację z siłą, a okrucieństwo nazywa zwycięstwem

Jest niezdolny do prawdy, niezdolny do troski Niezdolny, by stanąć prosto, gdy chwila krzyczy: "bądź sprawiedliwy" Niezdolny do przewodzenia, ledwo zdolny do kłamstw Pusty garnitur pełen hałasu, z martwotą w oczach

Bez wizji, bez planu Tylko kruche ego udające mężczyznę Myli siłę z krzykiem, miłość z posiadaniem rzeczy Buduje swój świat na obelgach, złamanych obietnicach i żądle

Nie potrafi wychować dziecka, nie potrafi podnieść poprzeczki Nie potrafi uleczyć rany, potrafi tylko rozdrapywać bliznę

Ta ocena to nie nienawiść, to klarowność Bezwzględna i czysta Żadna dusza, która nie chce być dostrzeżona, nie może zostać naprawiona Historia nie będzie o tym debatować, czas przypieczętuje tę legendę Niektórzy ludzie są wadliwi... ten jest niezdolny

 

 

 

 

 

Bruce Springsteen - Street of Minneapolis

 

R.I.P. Alex Pretti & Renee Good

Jeśli ktoś mógłby zabrać wyraźny i słyszalny w całej Ameryce głos na temat tego co Donald Trump i jego MAGA funduje krajowi to musiałby być to Boss. I zrobił to w pięknym numerze, nawiązujący tytułem do swego oscarowego hitu z filmu "Philadelphia". Poza piosenką bonusowy clip "Minnesota Anthem" opublikowany przez Marca Skjervema, członka Zarządu Uniwersytetu w Minnesocie.


Through the winter's ice and cold
Down Nicollet Avenue
A city aflame fought fire and ice
‘Neath an occupier's boots
King Trump's private army from the DHS
Guns belted to their coats
Came to Minneapolis to enforce the law
Or so their story goes

Against smoke and rubber bullets
In the dawn's early light
Citizens stood for justice
Their voices ringing through the night
And there were bloody footprints
Where mercy should have stood
And two dead left to die on snow-filled streets
Alex Pretti and Renee Good

Oh our Minneapolis, I hear your voice
Singing through the bloody mist
We'll take our stand for this land
And the stranger in our midst
Here in our home they killed and roamed
In the winter of '26
We'll remember the names of those who died
On the streets of Minneapolis


Trump's federal thugs beat up on
His face and his chest
Then we heard the gunshots
And Alex Pretti lay in the snow, dead

Their claim was self defense, sir
Just don't believe your eyes
It's our blood and bones
And these whistles and phones
Against Miller and Noem's dirty lies

Oh our Minneapolis, I hear your voice
Crying through the bloody mist
We'll remember the names of those who died
On the streets of Minneapolis

Now they say they're here to uphold the law
But they trample on our rights
If your skin is black or brown my friend
You can be questioned or deported on sight

In chants of ICE out now
Our city's heart and soul persists
Through broken glass and bloody tears
On the streets of Minneapolis

Oh our Minneapolis, I hear your voice
Singing through the bloody mist
Here in our home they killed and roamed
In the winter of '26
We'll take our stand for this land
And the stranger in our midst
We'll remember the names of those who died
On the streets of Minneapolis
We'll remember the names of those who died
On the streets of Minneapolis



.



EPiC: Elvis Presley in Concert – Magia, której nie poczujesz w telewizorze







Ostatnio w niedzielę wybrałem się do kina na coś wyjątkowego. Jako wielki fan The Beatles (to wiecie!) zawsze pamiętam o słowach Johna Lennona: „Przed Elvisem nie było nic”. I choć nie jestem elvisomaniakiem”, to seans „Elvis: That’s The Way It Is” (lub jego nowej, zremasterowanej wersji koncertowej) uświadomił mi jedno: ikona to mało powiedziane.

Tytuł: EPiC: Elvis Presley in Concert 
Gatunek: Film dokumentalny / Koncertowy
Reżyseria: Baz Luhrmann (współpraca z EPE)  
Produkcja: Elvis Presley Enterprises (EPE)
Wytwórnia: Sony Music Vision, Authentic Studios; dystrybucja Neon (USA) i Universal
Czas trwania: 95 min
Premiera: 27 lutego 2026 (pierwsze pokazy w USA: 8 stycznia 2026 w Graceland (urodziny Elvisa)

To, co uderza od pierwszej minuty, to oszałamiająca jakość obrazu. Widzieć Elvisa na ogromnym kinowym ekranie, w odrestaurowanej cyfrowo jakości, to zupełnie inne doświadczenie niż oglądanie go na małym ekranie TV. Każdy cekin na jego słynnych kombinezonach, każda kropla potu i każde spojrzenie są niemal namacalne. Obraz jest tak ostry, że ma się wrażenie uczestniczenia w tamtych wydarzeniach z 1970 roku w Las Vegas.

I tu dochodzimy do najciekawszego wniosku. Będę z Wami szczery – same piosenki, które Elvis wtedy wykonywał, bywają... przeciętne. To często typowy, estradowy repertuar tamtych lat. Gdyby puścić to w radiu, można by wzruszyć ramionami. Ale w kinie? W kinie te utwory stają się tylko tłem dla Jego charyzmy. Elvis na scenie to czysty magnetyzm. Mimo tego całego blichtru, całowania fanek w pierwszym rzędzie i niemal religijnego uwielbienia tłumu, z wywiadów i fragmentów zza kulis wyłania się obraz człowieka... skromnego. To fascynujące, jak potrafił połączyć bycie „Bogiem estrady” z ogromną dawką zwyczajnego, ludzkiego ciepła.

Dla mnie, jako fana Fab Four, największą frajdą były momenty „między wierszami”. Z ogromną satysfakcją odnotowałem, że Elvis w czasie prób i rozgrzewek chętnie sięgał po klasykę z Liverpoolu!  Usłyszycie jego wersje „Yesterday” oraz „Something” (George Harrison byłby dumny - Elvis śpiewając ten song mówi z namysłem: "wymowne słowa"!).
W jednym z utworów Elvis genialnie wplótł w końcówkę refren z „Get Back” wraz z tą charakterystyczną solówką. To dowód na to, że mimo własnej wielkości, Król doskonale wiedział, co dzieje się na muzycznym Olimpie i doceniał młodszych kolegów z Anglii. Fab Four nie istnieli, nie miał więc kompleksów i obaw przed tym, by wziąć się za ich repertuar. Tak przy okazji, to szkoda, że nie zabrzmiały w filmie "My Way".
W telewizji ten film mógłby nużyć. W kinie – hipnotyzuje. Jeśli chcecie zrozumieć, na czym polegał fenomen człowieka, który zmienił muzykę na zawsze, idźcie na to dla samej charyzmy Elvisa. To nie jest koncert życzeń z największymi hitami (których paradoksalnie jest tu mało), to studium wielkiego artysty, który wypełnia sobą każdą sekundę seansu. Werdykt: Nawet jeśli nie macie w domu ołtarzyka Presleya, idźcie to zobaczyć. Dla jakości obrazu, dla tych beatlesowskich akcentów i dla tej niezwykłej lekcji pokory, która płynie od człowieka, przed którym klękał cały świat.

Refleksja po filmie i po ostatnio opublikowanym na blogu o The Beatles poście o powrocie Johna do studia nagraniowego. Elvis,  Gość, który zmienił świat, sam świata nie widział. Siedział w tym swoim „Złotym Więzieniu” (Graceland), otoczony ludźmi, którzy żyli z jego portfela, a nie z serca. Ta jego skromność, o której wspomniałeś w kontekście filmu, była chyba jego przekleństwem – był zbyt dobrym człowiekiem, by postawić się diabolicznemu Parkerowi. Te cekiny i spocone czoło w Vegas to była maska, pod którą krył się facet marzący o tym, by po prostu wyjechać, zobaczyć Europę, być wolnym. A skończyło się na tabletkach i samotności. John.  Z nim historia jest inna, ale równie gorzka. Nie zdążył nacieszyć się tym, jak bardzo świat go kochał „po Beatlesach”. Kiedy świat wariował na punkcie bootlegów, antologii i odkrywania ich historii na nowo, John siedział w Dakocie. Izolowany - może i z własnego wyboru, ale przede wszystkim przez Yoko. Dowodzą o tym choćby wspomnienia Micka Jaggera. Mick wielokrotnie mówił, że John był wtedy nieosiągalny. Ta „izolacja”, bez względu na to, czy była wyborem Johna, czy murem postawionym przez Yoko, odebrała mu te lata, w których mógłby z boku, z filiżanką herbaty, spojrzeć na to, co zrobił z Paulem, Georgem i Ringo. Zginął w momencie, gdy dopiero co wystawił głowę z tego zamknięcia, gdy chciał znów „zacząć od nowa”. Co łączyło Elvisa i Johna, choć ten ostatni, wspominał, że nie chciałby skończyć jak King.  Obaj byli w samym środku cyklonu. I obaj, paradoksalnie, przez tę wielkość byli najbardziej samotnymi ludźmi na świecie, choć może się wydawać, że wychowywanie Seana przez 5 lat w "zaciszu domowym" było dla Johna rajem. Oczywiście  po Beatlemanii John bardziej korzystał z życia niż Elvis ( nie myślę tutaj o Straconym Weekendzie ex-Beatlesa czy setkach panienek spod bramy pod Graceland zaliczanych przez Elvisa), jeździł po świecie, Japonia, Afryka, jachty, wycieczki, niemniej mógł korzystać z życia choćby tak jakk pozostała trójka Beatlesów, ale to już temat na inny post i nie na tym blogu. 
  Idźcie do kina.  




Paul McCartney - "No Other Baby". Macca i David Gilmour.

 

 


 



Post zapożyczony z blogu o Fab Four. Na tym mamy sporo postów na temat Pink Floydów, więc i w całości ten.  
 
Dzisiaj piosenka, na którą wpadłem przypadkowo na kanale Youtube. To znaczy, nie szukałem clipów Sir Paula, clip podsunął mi sam portal. No i już sam początkowy i nabijający rytm całego utworu riff gitarowy bardzo mnie urzekł. Potem obejrzałem kolejny z wersją live. Paul, David Gilmour z Pink Floyd (bonusowo Ian Paice na bębnach z Deep Purple)! Musiałem napisać ten post do serii OSOBNO

Singiel: No Other Baby / Brown Eyed Handsome Man 
Wydany: 24 maja 1999 r.,
Album: Run Devil Run
Kompozycja: Dickie Bishop, Bob Watson 

Nagrana: Abbey Road Studios, luty/marzec 1999.
Wydany: 4 października 1999 (album)
Producent: Chris Thomas, Paul McCartney
Wytwórnia: Parlophone / EMI
Długość: 4:18



 

Obsada (skład sesyjny i koncertowy):
PAUL: wokal, gitara basowa (Hofner)
David Gilmour: gitara prowadząca, chórki 
Mick Green: gitara rytmiczna  
Ian Paice: perkusja 
Pete Wingfield: instrumenty klawiszowe

 

 

Tzw. special-single, Paul wypuścił go głównie z myślą o szafach grających (juke-boxach) i kolekcjonerach.) Co ciekawe, został wydany na 7-calowym winylu (mała płytka), co w 1999 roku było już rzadkością i ukłonem w stronę lat 50. Istnieją też wersje na CD, które zawierały dodatkowe utwory (tzw. B-sides), jak Brown Eyed Handsome Man i Fabulous.
 


 
Choć brzmi jak autorski utwór Paula, "No Other Baby" to cover piosenki z 1957 roku,  którą oryginalnie wykonywał Dickie Bishop (jeden z jej twórców) z zespołem Sidekicks. Kolejną wersję nagrała grupa skifflowa The Vipers Skiffle Group w 1958 a produkował ją... George Martin. W latach następnych nagrywał ją Bobby Helms (1959),  Paul and Paula (1964) oraz Chad & Jeremy and Four Jacks and a Jill w 1965.  Paul zapamiętał ją z czasów swojej młodości w Liverpoolu - Marc Lewisohn w „The Complete Beatles Chronicle” napisał, że piosenkę regularnie wykonywali The Quarrymen w latach 1958-1959 jednak nie zachowało się żadne jej nagranie. Odrestaurowana pieczołowicie kopia klubu powstała tuż obok miejsca oryginalnego - ten sam adres: Mathew Street 10.
Tak więc piosenka "grała" Paulowi w głowie przez dekady.  
PAUL: Nie mam pojęcia, jak to się stało, że to tak bardzo osadziła mi się w pamięci... Nigdy nie miałem płyty, nadal nie mam... To dziwny utwór. Wiedziałem tylko, że uwielbiam tę piosenkę z końcówki lat 50. Wyciągnąłem ją więc „z kapelusza” i zapytałem chłopaków: „Zna to ktoś?”. Odpowiedzieli, że nie. Naprawdę nie mieli pojęcia. Ja sam ledwo go znałem. Ale po prostu go pamiętałem – pamiętałem zwrotki. To prosta piosenka. Zawsze chciałem ją nagrać. Właściwie to grywaliśmy ją podczas prób dźwięku [soundchecków] w trakcie tras koncertowych. Niedawno dowiedziałem się, że nagrała to angielska grupa, taki zespół skifflowy. To było u nas jeszcze przed erą rock 'n' rolla. Nazywali się The Vipers. To była jedna z naszych ulubionych grup skifflowych. Co zabawne, rozmawiałem parę dni temu przez telefon z George’em Martinem i wspomniałem mu o „No Other Baby”. Zapytałem: „Wiesz może, czyj to numer?”. Odpowiedział: „Wątpię, żebyśmy go robili”. Od tamtej pory dowiedziałem się już, że to byli The Vipers. I nagle, podczas rozmowy z George’em, olśniło mnie: „Czekaj chwilę, George, przecież Ty nagrywałeś The Vipers!”. Odparł: „Tak, zgadza się”. Powiedziałem: „No więc ta piosenka nazywa się 'No Other Baby', kojarzysz jak szła?”. On na to: „Nie chcę żadnej innej...”, a potem: „O tak, teraz pamiętam!”. Wyszło więc na to, o czym rozmawialiśmy – koło się zamknęło. George faktycznie nagrał oryginał.
 
McCartney nagrał  ją w 1987 roku podczas sesji zdjęciowej "Choba B CCCP"; całe nagranie nie ujrzało jak dotąd oficjalnie światła dziennego, ale jego fragment pojawia się w składance, która wyciekła do sieci w kwietniu 2010 roku, prawdopodobnie z kaset będących spuścizną byłego technicznego Wings, Trevora Jonesa, wystawionych na aukcji Christie’s w 1998 roku. Drugi raz Paul postanowił wrócić z okazji  sesji do albumu "Run Devil Run"

 

To nie był zwykły album z coverami. Paul nagrał go niedługo po śmierci Lindy (zmarła 17 kwietnia 1998. Szukał ukojenia w muzyce, która go ukształtowała – w surowym rock'n'rollu. W "No Other Baby" słychać tę tęsknotę i ból; Paul śpiewa ją z taką emocją, jakby każde słowo o "braku innej ukochanej" było skierowane bezpośrednio do zmarłej żony. 

Teledysk do "No Other Baby" to małe arcydzieło klimatu. Jest czarno-biały, surowy i niezwykle melancholijny. Paul siedzi w małej łodzi, wiosłując przez spokojne, niemal martwe wody. Ten obraz idealnie oddaje tekst piosenki – samotność, szukanie drogi po stracie kogoś bliskiego i to poczucie, że „nie ma innej baby” (no other baby). Wideoklip wyreżyserował Gareth Francis, a zdjęcia są tak skontrastowane, że każda zmarszczka na twarzy Paula opowiada o jego bagażu doświadczeń. To jeden z tych klipów, które ogląda się w ciszy, z ciarkami na plecach. 

 

 

Ciekawostką jest fakt, że najbardziej poruszająca wersja "No Other Baby" pochodzi z koncertu dla organizacji PETA (18 września 1999 r.). Choć koncert wydano na DVD, krążące w sieci nagranie z unikalnym wstępem i zakończeniem ('...woo hoo... "No Other Baby...") pochodzi z rzadkich bootlegów i pokazuje Paula w najbardziej autentycznym, nieoszlifowanym wydaniu. To był bardzo ważny występ dla Paula. Odbył się w Paramount Studios w Hollywood. PETA (organizacja walcząca o prawa zwierząt) była niezwykle bliska sercu Lindy, więc ten koncert był w całości dedykowany jej pamięci. To wyjaśnia, dlaczego "No Other Baby" brzmi tam tak przejmująco – Paul śpiewał to dla niej, w jej sprawie, otoczony przyjaciółmi. 


Kilka miesięcy później Paul zagrał w tym samym składzie co podałem wyżej w legendarnym klubie Cavern. Tzn. w jego replice, gdyż prawdziwy klub  został zburzony w 1973 roku. Odrestaurowana pieczołowicie kopia klubu powstała tuż obok miejsca oryginalnego - ten sam, adres Mathew Street 10. Autor bloga odwiedził go w 2025. Wracając do koncertu Sir Paula, to odbył się on 14 grudnia 1999. Był on transmitowany na żywo w internecie, co w 1999 roku było naprawdę ogromnym wydarzeniem technologicznym (podobno zanotowano wtedy rekordową liczbę wejść, ok. 3 miliony!). Później wydano to na DVD pt. "Live at the Cavern Club". Poniżej nasza tytułowa z postu piosenka z 
tego właśnie koncertu. 

 
DAVID GILMOUR:
Byłem w The Who, byłem w The Beatles i byłem w Pink Floyd. Przebij to!  (David zagrał z The Who podczas legendarnego koncertu Live Aid, 13 lipca 1985 roku na stadionie Wembley)
.

Wspominając udział Davida Gilmoura w tym poście, a przypomnę, że Pink Floyd to mój zespół numer 2  to warto zatrzymać się przy roli Davida w tym projekcie. Dla lidera (tak, dla mnie to on a nie Roger Waters był tym głównym liderem)  Pink Floyd granie u boku McCartneya było czymś znacznie większym niż tylko kolejną sesją nagraniową. Gilmour od lat powtarza, że The Beatles byli dla niego "cudem", który nauczył go wszystkiego: od gry na gitarze, przez bas, aż po poczucie rytmu. 
    W jednym z wywiadów dla magazynu Mojo wyznał szczerze: "Naprawdę żałuję, że nie byłem członkiem The Beatles". Dzięki projektowi Run Devil Run i wspólnemu występowi w Cavern Club, David mógł poczuć się dokładnie tak, jak o tym marzył. Wspominając ten wieczór w Liverpoolu, powiedział:  "To było niezapomniane przeżycie. Przez tę jedną noc mogłem poczuć się jak członek The Beatles. To była czysta magia." Gilmour, który sam jest tytanem gitary, nie szczędzi Paulowi komplementów, nazywając go muzykiem kompletnym. Podziwia fakt, że McCartney z taką samą biegłością porusza się między basem, gitarą, pianinem i perkusją. Co ciekawe, mimo ogromnego uwielbienia dla Czwórki z Liverpoolu, David przyznał, że dokument Get Back był dla niego... trudny do oglądania. Był zdziwiony, że Paul pozwolił pokazać światu te wszystkie tarcia i trudne momenty wewnątrz zespołu.
 
Wspomniałem wyżej Rogera, drugiego lidera PF więc dodam, że jego relacje czy powiązania z Fab Four są typowo "watersowskie". Wspomniał, że "Beatlesi nauczyli nas, że możemy  być artystami".  
    Po usłyszeniu albumu "Sgt. Peppper" Waters przyznał kiedyś, że gdy usłyszał ten album, poczuł, że zasady gry się zmieniły:  Nauczyłem się od Johna Lennona, Paula McCartneya i George'a Harrisona, że można pisać o własnym życiu i o tym, co się czuje... Bardziej niż ktokolwiek inny, dali mi pozwolenie na bycie artystą."  Roger nie byłby sobą, gdyby nie wbił szpileczki. Często powtarza, że o ile Beatlesi byli królami piosenek, o tyle Pink Floyd podniosło pop do rangi sztuki konceptualnej. Twierdził nawet, że po "Sgt. Pepperze" to właśnie Pink Floyd przejęło pałeczkę liderów innowacji.  
    Z całej czwórki to Lennon był dla Watersa najważniejszy. Cenił jego bezkompromisowość. Kiedy Lennon został zamordowany, Waters był zdruzgotany. W wywiadach wspominał: Beatlesi byli dla nas wszystkich ogromnie ważni, ale Lennon był tym, który mówił prawdę... Beatlesi byli pierwszymi, którzy pokazali, że nie musisz być częścią show-biznesu, żeby odnieść sukces. Możesz po prostu tworzyć muzykę, która jest ważna.

 


Paul McCartney - Brown Eyed Handsome Man (Later with Jools Holland Nov '99) - strona B singla 

(na gitarze oczywiście podpora Pink Floyd)

 

 
 
But I don't want no other baby but you 'Cause no other baby can thrill me like you do
Got a little woman Lives across the hall I got a little woman She lives across the hall And most every evening She's asking me to call
But I don't want no other baby but you No I don't want no other baby but you 'Cause no other baby can thrill me like you do
But lots of other woman Say be daddy do Yeah lots of other woman Say be daddy do But I tell them I don't want no other baby but you
She said yeah She said yeah yeah yeah
Come on baby I wanna make love to you too
I said I don't want no other baby but you No I don't want no other baby but you 'Cause no other baby can thrill me like you do

 

 



Historia The Beatles
History of  THE BEATLES