Wyszukiwanie : .Szukaj w blogu.

2. Szukaj w blogu - zbiórczo

PAUL: Konstruktywny chaos 1969 (3).

 

 

 

W poprzednim wpisie zostawiliśmy The Beatles w samym środku finansowego cyklonu – gdy Allen Klein przejmował stery, a gigantyczne zyski z Northern Songs nieuchronnie wymykały się z rąk członków zespołu. Dziś kontynuujemy tę opowieść (przypomnę, że zaczęliśmy ją postem „The Beatles w sądzie”, warto wrócić do niego i przeczytać kolejne po nim, zgodnie z rysunkami poniżej), sięgając ponownie do fascynującej biografii  „Paul McCartney: The Life” pióra Philipa Normana. To kolejny fragment historii Beatlesów, w której wielkie uczucia, ambicje i pieniądze splatają się z narastającymi napięciami, a za kulisami wydarzeń, które na zawsze zapisały się w historii muzyki, rozgrywa się coraz bardziej osobisty dramat. Lato i jesień 1969 roku to czas wielkich paradoksów. Podczas gdy pół miliona ludzi na festiwalu Woodstock i na wyspie Isle of Wight świętowało szczytowy moment kontrkultury lat 60., czwórka muzyków, która tę dekadę ukształtowała, była uwięziona w gabinetach prawników i dusznej atmosferze finansowego konfliktu. A jednak – wbrew narastającej niechęci, procesom sądowym i postaci Allena Kleina dzielącej zespół na pół – Paul, John, George i Ringo weszli do studia przy Abbey Road, by nagrać swoje ostatnie wspólne arcydzieło. I ostatnia uwaga. Ostatnie posty ilustruję rysunkami stworzonymi przez AI. Jeśli kogoś to irytuje, to bardzo przepraszam. Nie będę przesadzał, ale czasem AI (ChatGPT) pozwala mi lepiej zobrazować treść postu. Wymienione w poście utwory The Beatles nie oznaczyłem linkami, czytelnicy mego bloga wiedzą, że KAŻDY utwór (także album) Fab Four został opisany tutaj i znajdziecie go w odpowiedniej zakładce górnego menu bloga. Naniesione cytaty są spoza książki Norman.
 

 

   


 
Trzy najbardziej znaczące wydarzenia kultury młodzieżowej lat 60. miały miejsce w trakcie złotego lata ostatniego roku tej dekady – niemal tak, jakby były odpowiedzią na masowe pragnienie wyciśnięcia z każdej pozostałej minuty tak wiele, jak to tylko możliwe.

    5 lipca tłum liczący 250 000 osób oglądał, jak The Rolling Stones oddają hołd swojemu zmarłemu gitarzyście, Brianowi Jonesowi, podczas darmowego koncertu w londyńskim Hyde Parku [na zdjęciu Jagager odczytujący Adonais Percy'ego Bysshe Shelleya]. Pomiędzy 15 a 19 sierpnia 500 000 widzów zalało błotniste pastwisko w pobliżu Woodstock w stanie Nowy Jork, aby zobaczyć program złożony z 32 wykonawców, w tym Joan Baez, Joni Mitchell, Santanę, Jefferson Airplane, The Who i Jimiego Hendrixa. Dwa tygodnie później kolejne pół miliona ludzi zjechało na senne wyspy Isle of Wight u południowych wybrzeży Anglii na kolejny trzydniowy, anglo-amerykański maraton rockowy, którego kulminacją był pierwszy występ Boba Dylana od czasu jego niemal śmiertelnego wypadku motocyklowego w 1966 roku.

 Na każdym z tych wydarzeń obcowanie z elitą współczesnego rocka pod gołym niebem oznaczało skrajny dyskomfort, przeludnienie, fatalne warunki sanitarne, głód i pragnienie, a jednak na wszystkich trzech publiczność pozostała w przeważającej mierze praworządna i w doskonałym humorze. Ten powtarzający się fenomen młodzieży gromadzącej się w ogromnych liczbach, bez przemocy i zamieszek, musiał zrobić wrażenie nawet na jej najzagorzalszych krytykach ze starszego pokolenia.

   Przez jedną złudną chwilę hipisowskie credo miłości i pokoju naprawdę wydawało się stawać siłą zdolną do zmiany świata na lepsze. Niestety, muzycy, którzy zrobili najwięcej, by stworzyć ten nastrój wolności i dobrej woli, byli obecnie zamknięci na niekończących się, pełnych zgorzknienia spotkaniach biznesowych. W porównaniu z Mickiem Jaggerem wywijającym w falbaniastej sukience pod dębami Hyde Parku czy Jimim Hendrixem grającym ironiczną wersję „Star-Spangled Banner” na Woodstock, The Beatles wydawali się wręcz nieco passé. Jednak, jak tak często bywało wcześniej, to właśnie oni stworzyli kwintesencję letnich brzmień, choć późno w sezonie i z nutą chłodnej jesieni, która miała nadejść.

Album Abbey Road, wydany w Wielkiej Brytanii 26 września, zdawał się rozwiewać wszystkie niedawne plotki o ich rychłym rozpadzie. Po rozciągniętym i poszatkowanym Białym Albumie był to powrót do szczytowej formy z czasów Revolver i Sgt. Pepper; jedno-płytowa kolekcja, której każdy utwór był niezastąpionym klejnotem.     Istotnie, był to nowy krok naprzód, ponieważ zawierał dwie piosenki George’a, które dorównywały dokonaniom Johna czy Paula („Here Comes the Sun” i „Something”), a także jedną Ringo („Octopus’s Garden”). Najbardziej krzepiące ze wszystkiego były harmonie wokalne – słodsze i bliższe niż cokolwiek od czasów „This Boy” czy „Here, There and Everywhere”. To, co George śpiewał w jednym ze swoich dwóch zaskakujących majstersztyków, naprawdę wydawało się prawdą: „Here comes the sun... it’s all right” (Nadchodzi słońce... wszystko jest w porządku).
 
 [George wcześniej całkowicie się nie przejął, że zespół wydał singla "The Ballad of John and Yoko" jako John i Paul:  Nie przeszkadzało mi, że nie ma mnie na tej płycie, bo to nie była moja sprawa. Gdyby to była Ballad of John, George and Yoko, wtedy bym na niej zagrał  
Przypomnę, że John odniósł się do nieobecności kolegów. W wywiadzie dla NME w 1969 roku wyjaśniał, że George był za granicą, a Ringo pracował na planie filmowym. Twierdził, że nie było w tym żadnej szczególnej decyzji o pominięciu pozostałych].
 

   Zobowiązanie Paula do dobrego zachowania złożone George’owi Martinowi w imieniu pozostałych zostało dotrzymane daleko ponad oczekiwania Martina. Udało im się zapomnieć o różnicach biznesowych i znowu stali się muzykami, którzy wciąż nie znali lepszego towarzystwa niż oni sami nawzajem. W sali konferencyjnej mogli nieodwracalnie się od siebie oddalać, ale ten ostatni raz razem w studiu nigdy nie wydawali się bardziej zjednoczeni. Przejmujący ton, który pobrzmiewa pod każdym utworem – uśmiechy ukrywające łzy, szlif maskujący ból, pozorny nowy początek, który tak naprawdę jest ślepym zaułkiem – ostatecznie uczyni z Abbey Road najlepiej sprzedający się album The Beatles w historii.
 

 

   Nieuniknienie zdarzały się drobne potknięcia. Część materiału pojawiła się już podczas sesji Get Back, więc niosła ze sobą spuściznę nudy i niecierpliwości wynikającej z bezowocnego dążenia do perfekcji w jednym podejściu. W szczególności „Maxwell’s Silver Hammer” Paula był próbowany tak wiele razy pod bezwzględnym terrorem autora, że John odmówił dalszej pracy nad nim. „Powrót do dawnego sposobu pracy” nie oznaczał też wykluczenia Yoko. 

Wręcz przeciwnie, sesje do Abbey Road obejmowały „bed-in” bezpośrednio na podłodze studia. Przed stawieniem się do pracy John zabrał Yoko na wycieczkę samochodową po szkockich wybrzeżach – jego przywiązanie do nich mocno wyprzedzało to u Paula – w towarzystwie swojego syna Juliana i jej córki Kyoko. Jako fatalny kierowca, wylądował wynajętym samochodem w rowie, poważnie rozcinając sobie twarz i raniąc plecy Yoko do tego stopnia, że chodzenie, a nawet siedzenie wciąż sprawiało jej ból. Zamiast przebywać w studiu bez niej, sprowadził podwójne łóżko z domu towarowego Harrods. Leżała tam, podparta poduszkami, z mikrofonem zamontowanym nad głową, co pozwalało jej dowolnie komentować przebieg prac. Co zdumiewające, rozejm wciąż trwał.

Tym razem żaden z utworów Paula nie miał wybitnowanego na sobie napisu „przebój”. „Oh, Darling” było pastiszem naddramatycznych wokalistów soulowych w stylu Jackie Wilsona („Reet Petite”) – wczesnym przykładem nostalgii za latami 50., która wkrótce miała zdominować brytyjski pop. „Maxwell’s Silver Hammer”, nagrany bez Johna, zaczynał się w dobrze znanym, uroczym, domowym stylu McCartneya, od postaci o imieniu Joan studiującej „patafizykę” – pojęcie, które wyłapał w czasach, gdy obracał się wśród podziemnych intelektualistów w księgarni Indica. Wewnątrz ładnego opakowania seryjny morderca, student medycyny Maxwell Edison, cicho śledził i tłukł swoje niewinne ofiary z radosnym „Bang-Bang!”, aby „ubezpieczyć się, że są martwe”. Danie mu srebrnego młotka miało złagodzić ten czarny humor (tak jak dodanie słowa „Silver” przed „Beatles” wydawało się kiedyś nadawać im więcej blasku). Ale nawet jak na listy przebojów z 1969 roku, kapryśne masowe morderstwo to było zdecydowanie za dużo.

Tak więc singlem z dwiema stronami A, wykrojonym z albumu, stał się utwór Johna „Come Together” – jawny podtekst, który nie niósł już żadnego ryzyka – połączony z „Something” George’a. Jednak zamiast wywołać dalsze napięcia, „Come Together” odrodziło dawną, bezinteresowną interakcję twórczą Lennona i McCartneya w ich najlepszym wydaniu. W oryginalnej wersji Johna Paul zauważył, że pierwsza linijka przypomina nieco „You Can’t Catch Me” Chucka Berry’ego. Aby zapobiec ewentualnemu zarzutowi o plagiat, zasugerował nadanie mu innej aranżacji, którą wyobrażał sobie jako „bagienną” (swampy). Stąd wzięło się jego lunatyczne, ciężkie od basu tempo, przywodzące na myśl tropikalną noc, kumkanie żab i seks pod moskitierą.

Tam, niestety, twórcza interakcja natrafiła na przeszkodę. Chociaż „Come Together” wydawało się stworzone do wspólnej harmonii Lennona i McCartneya na żywo, John zdecydował się na dubbing wokalny zrealizowany wyłącznie przez siebie. Paul wspominał później, że miał nadzieję, iż znowu staną przy jednym mikrofonie, ale był „zbyt skrępowany, by zapytać”. Była to chyba najsmutniejsza miara przepaści, która ich teraz dzieliła.

Druga strona albumu nosiła najsilniejsze znamiona innowacji, a nie pożegnania. Od pewnego czasu George Martin namawiał Johna i Paula, by wznieśli swoją muzykę na wyższy poziom, pisząc symfonie i suity, zamiast tylko trzy- lub czterominutowych zrywów popowych utworów. Teraz, jako rozbudowane finale Abbey Road, zasugerował, by każdy z nich wyciągnął z dna szuflady fragmenty niedokończonych lub nienagranych piosenek, które można by zaaranżować w suitę w stylu klasycznym. „Paul od razu podchwycił ten pomysł” – wspomina Martin. „John na początku sporo narzekał, ale potem zaczął przychodzić i mówić: 'Ech, znalazłem kolejny kawałek do medleya'”.
 
„Kawałki” Johna były bardzo oczywistymi resztkami o tytułach w stylu Sgt. Pepper, z rubasznymi tekstami i wstawkami w dialekcie Scouse, niczym duchy jego dawnego wcielenia z czasów sprzed Yoko. Kawałki Paula, dla kontrastu, tworzyły złożoną mozaikę ujawniającą więcej jego prywatnych uczuć i emocji, niż jego muzyka kiedykolwiek wcześniej pokazywała. Istotnie, całe poczucie bezpieczeństwa, które album tak starannie budował, zostało podkopane w ciągu ostatnich kilku minut, a to za sprawą człowieka, który był kiedyś niezrównanym specjalistą The Beatles od PR.

„You Never Give Me Your Money” było jednoznacznym odniesieniem do obietnic bajecznego bogactwa składanych przez Allena Kleina, które jak dotąd przyniosły jedynie „śmieszny papierek” w postaci umowy menedżerskiej, której podpisywaniu sprzeciwiał się wyłącznie Paul. Przegłosowany i zepchnięty na margines, miał tylko „jedno słodkie marzenie” – by wraz z Lindą być „stąd daleko... nadusić gaz i otrzeć łzę”.

„She Came In Through the Bathroom Window” przypominało o jego chaotycznym kawalerskim życiu tuż przed Lindą, kiedy to jedna z gorliwych groupies naprawdę weszła do posiadłości przy Cavendish tą drogą. „Golden Slumbers” wywodziło się z opracowania „Cradle Song” elżbietańskiego pamflecisty Thomasa Dekkera, której dziewięcioletnia przyrodnia siostra Paula, Ruth, akurat uczyła się grać na pianinie. Namiętna kołysanka od przyszłego ojca zamieniła się w hymnowy chór, który był niesamowicie trafnym wglądem w jego własną przyszłość: „Boy, you’re gonna carry that weight… a long time!” (Chłopcze, będziesz dźwigał ten ciężar... przez długi czas!).

Tutaj przynajmniej należało do niego ostatnie słowo – a właściwie dwa. W „The End” pozostali naprawdę byli tylko „muzykami towarzyszącymi dla Paula”, gdy wygłaszał ich zbiorowe epitafium: „The love you take / is equal to the love you make” (Miłość, którą otrzymujesz, jest równa miłości, którą dajesz). Następnie, gdy album wydawał się zakończony, jakby na zadośćuczynienie za całe to zrzędzenie, pojawiło się „Her Majesty” – fragment jego dawnego, zuchwałego uroku, nazywający brytyjską monarchinię „całkiem miłą dziewczyną”. W rzeczywistości zdecydował o wycięciu tego kawałka, ale inżynierowie dźwięku w studiu po prostu nie odważyli się tego zrobić.

 

   To właśnie w celu promocji Abbey Road The Beatles odbyli swoją ostatnią w historii wspólną sesję zdjęciową – była to melancholijna okazja w nowej wiejskiej posiadłości Johna i Yoko, Tittenhurst Park, 22 sierpnia. Mieli na sobie niemal te same ubrania, co na okładce albumu – z tą różnicą, że John nosił czarny kapelusz z szerokim rondem jak nestor kwakrów – i wydawali się tak nieswoi i zamknięci w sobie, jak czwórka obcych ludzi. Trudno było utożsamić tych chłodnych, obojętnych mężczyzn z chłopakami, którzy razem przetrwali lędźwiowy klub Cavern w Liverpoolu, Hamburg, Beatlemanię i jeszcze bardziej szaloną epokę po Beatlemanii, podtrzymywani śmiechem, pasją, optymizmem i przede wszystkim przyjaźnią, która wydawała się nie do zniszczenia. Miłość, którą stworzyli, była nieskończenie większa niż jakakolwiek, którą mogli otrzymać – i to była najcięższa cena ze wszystkich.

   Paul nigdy nie podpisał umowy menedżerskiej z Allenem Kleinem: większość głosów Johna, George’a i Ringo wystarczyła do przypieczętowania tej nominacji. Zobowiązania kontraktowe wobec spółki The Beatles i Apple oznaczały, że był teraz uwięziony z menedżerem, którego nigdy nie chciał i którego nie znosił. Klein ze swej strony przyjął wyniosłe maniery człowieka realizującego misję znacznie ważniejszą niż drobne konflikty personalne. „[Paul] był związany z Apple na znaczny okres lat” – powiedział wywiadowcy telewizyjnemu w sztywnym, prawniczym języku, jakiego używał publicznie – „więc jego odcięcie się ode mnie nie ma tak naprawdę żadnego wpływu”. Prywatnie jego żelazna wiara w siebie podpowiadała mu, że Paul w końcu i tak przejdzie na jego stronę. Własne umiejętności polityczne Paula tym razem całkowicie go zawiodły. Domyślał się, że George’a nie da się odwieść od popierania Johna w kwestii Kleina. Ale zdroworozsądkowy, sprawiedliwy Ringo wciąż mógł być otwarty na argumenty. Tak więc w lipcu Ringo i jego żona Maureen otrzymali rzadkie zaproszenie na kolację przy Cavendish. Po wykwintnym posiłku ugotowanym przez Lindę Paul ponowił argumentację przeciwko Kleinowi. Jak Ringo wspominał później, czuł się wtedy szantażowany emocjonalnie; ilekroć powiedział coś na korzyść Kleina, Linda zalewała się łzami i mówiła: „Ciebie też dopadli”.

    Po chwilowej odwilży przy Abbey Road Paul był coraz rzadziej widywany w siedzibie Apple przy Savile Row, gdzie kiedyś był codzienną, wszechpotężną obecnością. „Przychodził tylko na zebrania biznesowe, na których absolutnie musiał być” – wspomina Tony Bramwell – „choć wciąż wisiał na telefonie, prosząc mnie o załatwianie różnych rzeczy”.

Co prawda życie niosło teraz inne zainteresowania. 28 sierpnia w Avenue Clinic w St John’s Wood Linda urodziła dziewczynkę. Paul był przy niej przez cały czas porodu; podczas gdy trwały te procedury akuszeryjne, które tak dobrze pamiętał, wpatrywał się uporczywie w grafikę Picassa na ścianie. „Przedstawiała grę na gitarze przy użyciu tylko dwóch palców” – wspominał później – „więc pomyślałem, że spróbuję napisać piosenkę wokół tego samego chwytu”. Patrzył, jak na świat przychodzi jego córka, ważąca sześć funtów i osiem uncji (ok. 2,95 kg), absolutnie doskonała, opisując to później jako „pierwszy raz, kiedy naprawdę widziałem magię dziejącą się na moich oczach”. Otrzymała imię Mary, na cześć matki, którą stracił w wieku 14 lat, ale która tak naprawdę nigdy go nie opuściła.

  W rzeczywistości miał teraz dwie córki, ponieważ zdecydował się zaadoptować córkę Lindy, Heather – tak samo jak jego ojciec zaadoptował Ruth, córkę swojej drugiej żony Angie. Ale w przeciwieństwie do Ruth, biologiczny ojciec Heather, Joseph Melville See, wciąż żył i miał się dobrze w Tucson w Arizonie.

W latach od rozwodu z Lindą See miał niewielki kontakt z Heather i nie wnosił sprzeciwu wobec sprowadzenia jej z Nowego Jorku do Londynu, by zamieszkała z Paulem. A jednak mógł stworzyć wszelkiego rodzaju przeszkody prawne dla planu adopcji, a może nawet całkowicie go udaremnić. Zdecydował się tego nie robić – jak powiedział swojej późniejszej partnerce Beverly Wilk – „ponieważ Heather będzie miała lepsze życie jako McCartney”.

Pomimo rozproszeń związanych z podwójnym ojcostwem, zwalista mara Allena Kleina nie przestawała nawiedzać Paula, a to, co Klein zrobił i nadal robił z Apple, tylko pogłębiało jego poczucie zdrady, odrzucenia i bezsilności. Choć ogromne wydatki i marnotrawstwo firmy zostały ukrócone, przy Savile Row 3 nie było już poczucia pionierstwa ani przełamywania schematów – pozostał tylko strach przed tym, gdzie spadnie kolejny cios. Bezpardonowe zwalnianie przez Kleina ludzi przydatnych na równi z nieprzydatnymi trwało w najlepsze, sięgając w końcu nawet dwóch najbardziej zaufanych współpracowników The Beatles: Neila Aspinalla i Petera Browna (choć obaj zostali natychmiast ułaskawieni przez Johna i George’a). Z ery Paula przetrwały jedynie biuro prasowe oraz „Apple Scruffs” (wierne fanki) kłębiące się na schodach wejściowych, które przeczuwały już, co zrobiono z ich ukochanym zespołem i witały przyjazdy i odjazdy Kleina okrzykami „Mafia!”. Frontowe biuro na parterze zostało przejęte przez Johna i Yoko jako kwatera główna kampanii na rzecz pokoju, zapoczątkowanej przez ich dwa akcje „bed-in”. Mieściła się tam również nowa firma, Bag Productions – nazwana tak ze względu na ich zamiłowanie do noszenia worków na głowach – utworzona do obsługi ich wspólnych przedsięwzięć muzycznych i filmowych. 
Od pracowników Apple oczekiwano pracy dla Bag Productions przy projektach takich jak zbieranie żołędzi, które miały być wysyłane jako symbole pokoju do światowych przywódców, w tym do masowego mordercy z Chin, Mao Zedonga. Biuro prasowe zostało tymczasem wezwane do rozpropagowania Self-Portrait, 20-minutowego filmu przedstawiającego penisa Johna powoli osiągającego częściową erekcję. Spory krok w bok od dziewiczych walijskich sopranistek i orkiestr dętych z Yorkshire.  
Podczas „bed-in” w Montrealu John nagrał swój hymn kampanii „Give Peace a Chance” wraz z Yoko i chórem złożonym z celebrytów i ludzi mediów, którzy akurat się tam znaleźli. Podsunęło mu to pomysł na zespół rockowy składający się nie ze spętanej ze sobą czwórki, jak The Beatles, ani nawet niekoniecznie z muzyków, ale z improwizowanego zespołu o tak licznej lub nielicznej obsadzie, jaka akurat była pod ręką, i który zmieniałby rozmiar i kształt jak ameba.

 

   

Na potrzeby „Give Peace a Chance” wykreował więc nazwę Plastic Ono Band, stawiając Yoko mocno na pierwszym planie i zamawiając cztery igielitowe (z pleksiglasu) wieże pełne sprzętu audio jako jedyne stałe elementy zespołu. Ale chociaż Paul nie był zaangażowany w żaden etap, piosenka wciąż nosiła podpis Lennon-McCartney. John żałował później, że czuł się „wystarczająco winny, by dać McCartneyowi współautorstwo przy moim pierwszym niezależnym singlu zamiast... Yoko, która napisała go ze mną”. Wytwórnia płytowa Apple nadal pozyskiwała i rozwijała nowych artystów, ale przy użyciu skromnych zasobów w porównaniu do tych, które pompował w nią Paul. Ster przejął głównie George, podpisując kontrakt z amerykańską piosenkarką soulową Doris Troy oraz wokalistami Radha Krishna Temple, których ubrany w pomarańczowe szaty, śpiewający i dzwoniący talerzykami orszak był znajomym widokiem na Oxford Street. (W efekcie najnowszym modnym hasłem wśród spiętej i paranoicznej załogi przy Savile Row 3 stało się „Hare Krishna”). Crosby, Stills & Nash przeszli przesłuchanie ze wspaniałą wersją „Blackbird”, ale zostali odrzuceni.


  
    Ostatnią pracą producencką Paula dla Apple był walijski zespół Mal Evansa, The Iveys, przemianowany teraz na Badfinger („Bad Finger Boogie” był wczesnym tytułem „With a Little Help from My Friends”). Podczas przerwy w sesjach do Abbey Road zdecydował, który z kwartetu powinien być głównym wokalistą, i poinstruował ich dokładnie, jak mają wykonać jego piosenkę „Come and Get It”. Utwór był przeznaczony do filmu Ringo The Magic Christian, ale brzmiał jak kpiarski komentarz do Kleina i jego niemal wymuszonych obietnic bogactwa dostępnego na wyciągnięcie ręki: „If you want it, here it is, come and get it, make your mind up fast / Did I hear you say that there must be a catch? / Will you walk away from a fool and his money?” (Jeśli tego chcesz, oto jest, chodź i bierz, decyduj się szybko / Czy dobrze słyszałem, że musi być w tym jakiś haczyk? / Czy odejdziesz od głupca i jego pieniędzy?).

 Ale na razie nie można było odejść od Kleina, pochłoniętego projektem, na który Paul wyraził pełną zgodę. Była to walka o uratowanie Northern Songs przed szponami Associated Television Lew Grade’a, która ciągnęła się już od prawie czterech miesięcy. Sytuacja wyglądała dokładnie tak samo, jak w maju: grupa inwestorów z City posiadała pakiet akcji, którego zarówno The Beatles, jak i Grade potrzebowali do uzyskania pełnej kontroli, ale inwestorzy ci wciąż powściągliwie odmawiali sprzedaży którejkolwiek ze stron. Początkowo to konsorcjum uważało za właściwe, aby Lennon i McCartney posiadali wydawnictwo zarządzające ich katalogiem. Czołowi członkowie byli zabiegani podczas osobistych spotkań z Johnem i Yoko – ale strategia ta spaliła na panewce, gdy John stracił cierpliwość do całego tego przymilania się i oświadczył, że ma „dość bycia rolowanym przez facetów w garniturach siedzących na swoich tłustych tyłkach w City”. Prawdziwym problemem był jednak Klein, którego burzliwe CV zostało niedawno szczegółowo przedstawione przez zespół śledczy Sunday Times Insight. Konsorcjum czuło staroświecką odpowiedzialność za przyszłość Northern Songs i obawiało się, że jeśli The Beatles zdobędą kontrolę, „najtwardszy cwaniak w popowej dżungli” zostanie dyrektorem generalnym.

 Apple pospiesznie oferowało zapewnienia, że Klein nie będzie w żaden sposób zaangażowany w Northern, jeśli oferta The Beatles zakończy się sukcesem. Dokładano też usilnych starań, aby odeprzeć wszystkie niedawne doniesienia o braku jedności i niestabilności przy Savile Row 3. Aby podkreślić świetlaną przyszłość firmy pod wodzą Lennona i McCartneya, obaj zaoferowali przedłużenie swoich zobowiązań kontraktowych jako kompozytorów poza obecną datę wygaśnięcia w 1973 roku. Paul pozował nawet do zdjęcia zrobionego przez Lindę, na którym żartuje z Kleinem, rzekomo po podpisaniu czegoś, co wyglądało na ważny kontrakt, a w rzeczywistości było kolejnym „śmiesznym papierkiem”. Na początku września Klein poczuł, że konsorcjum może znowu przychylać się ku niemu i – trzeba mu to oddać – sprowadził Johna Eastmana..... więcej tutaj. 
 
 

BATALIE SĄDOWE THE BEATLES

 

 



  

Na blogu zamieściłem już serię tekstów o rozpadzie zespołu. Kalendarium Beatlesów po 1970 roku opisuje zresztą dość dokładnie wewnętrzne, „porozwodowe” spory czterech muzyków. Otrzymałem mimo to kilkanaście maili od przyjaznych memu blogowi Czytelników z kolejnymi pytaniami: jak to właściwie było z tym „break-upem” Największego Zespołu w dziejach? Kto kogo pozwał? Dlaczego Paul McCartney wystąpił przeciwko dawnym kolegom? I czy rzeczywiście zrobił to po to, aby uratować spuściznę The Beatles?

GEORGE MARTIN: Gdy odszedł Brian Epstein, zabrakło kogoś, kto potrafiłby ich zjednoczyć od strony biznesowej i życiowej. Pojawienie się Kleina wprowadziło podziały, z których nie było już odwrotu. To, że musieli rozmawiać ze sobą przez prawników i pozywać się nawzajem, było niezwykle smutne, bo w głębi serca wcale tego nie chcieli – zostali zmuszeni przez sytuację finansową i prawną... Wiedzieliśmy, że to koniec. Atmosfera była gęsta, a w tle wisiały już groźby procesów i sporów o pieniądze. Ale kiedy wchodzili do studia, potrafili jeszcze na ten jeden moment stać się dawnymi Beatlesami i stworzyć arcydzieło.  


Spróbujmy więc przybliżyć najważniejsze sądowe wydarzenia w historii Fabsów, które ostatecznie przypieczętowały los legendarnej wielkiej czwórki. Na samym końcu tego postu umieściłem linki do moich czterech wcześniejszych artykułów, w których niezwykle szczegółowo opisałem wielowymiarowy proces rozpadu Największego Zespołu Świata.

Zanim jednak przejdziemy do samych paragrafów, trzeba od razu mocno podkreślić jedną zasadniczą rzecz: ten sądowy dramat nie dotyczył wyłącznie przerostu ambicji, urażonych uczuć czy czysto muzycznych, twórczych sporów w studiu nagraniowym. The Beatles przez lata byli przede wszystkim wielką, absolutnie wyjątkową artystyczną przyjaźnią. Z czasem jednak, niemal niezauważalnie, ta czwórka chłopaków z Liverpoolu stała się zarazem potężnym, sprawnie działającym i skomplikowanym przedsiębiorstwem generującym niewyobrażalne zyski. 

Imperium zwane Apple Corps, gigantyczne i wieloletnie kontrakty płytowe, prawa autorskie do nieśmiertelnych katalogów piosenek, wydawnictwa muzyczne, prawa do filmów, sprzęt nagraniowy, luksusowe nieruchomości i niewyobrażalne wręcz miliony dolarów – wszystko to nagle należało jakoś formalnie i prawnie uporządkować. Główny problem polegał na tym, że czterech Beatlesów w pewnym momencie całkowicie przestało ufać sobie nawzajem w sprawach codziennych. A co najgorsze, w tym gąszczu wzajemnych żali, nie potrafili za nic zgodzić się co do tego, komu właściwie powierzyć sterowanie ich wspólnym, finansowym majątkiem i komu powierzyć klucze do tego finansowego skarbca.


PAUL:  Nie ja zainicjowałem rozpad. To był nasz Johnny. O nie, nie, nie. John pewnego dnia wszedł do pokoju i powiedział: «Opuszczam Beatlesów». I dodał: «To dość ekscytujące, to trochę jak rozwód».

JOHN: Kiedy Paul nas pozwał, poczułem się, jakby ktoś mnie uderzył w twarz. To było jak rozwód, tylko że zamiast jednej żony miałem trzech braci, a jeden z nich właśnie wystąpił przeciwko całej rodzinie... 

Paul był absolutnie przekonany, że najlepszym i najbardziej godnym mężem mężem stanu w tym finansowym chaosie będą Lee oraz John Eastmanowie — odpowiednio ojciec i brat jego żony, Lindy McCartney (widoczni na załączonej fotografii). McCartney widział w nich wykształconych, opanowanych nowojorskich prawników z najwyższej półki, którzy z klasą dbaliby o interesy Fabsów. Jednak pozostała trójka dostrzegała w tym układzie ogromne zagrożenie, obawiając się nepotyzmu oraz stopniowej dominacji Paula nad resztą zespołu. Producent, "ojciec muzyczny" zespołu, czasem nazywany "piątym Beatlesem", George Martin  - po latach - zauważał, że gdyby Paul nie pozwał pozostałych trzech członków zespołu w Sądzie Najwyższym, cały dorobek i prawa do muzyki The Beatles wpadłyby w ręce Allena Kleina. Pozew sądowy – choć brutalny emocjonalnie – był jedynym prawnym sposobem na zamrożenie majątku i „uratowanie” spuścizny zespołu dla nich samych.

GEORGE MARTIN: Patrzenie na to, jak pozywają się w sądzie, było bolesne. Przez tyle lat tworzyli jedność, byli niemal jak jeden organizm. Aż nagle znaleźli się w miejscu, gdzie te same cztery osoby, które trzymały się razem przeciwko całemu światu, zaczęły walczyć przeciwko sobie. To nie była kwestia nienawiści muzycznej – to były pieniądze, egocentryzm i złe doradztwo... To bardzo mnie zdenerwowało — a Paula zdenerwowało jeszcze bardziej, ponieważ ani on, ani ja nie wiedzieliśmy o tym, dopóki sprawa nie została załatwiona. Zrobiono to za naszymi plecami, bo wtedy Allen Klein kierował Johnem... Naprawdę dochodziło między nimi do bójek.

YOKO ONO: Nie sądzę, żebym nawet próbowała ich rozbić... John był absolutnie dewastowany i wściekły, gdy dostał dokumenty sądowe. Dla niego fakt, że Paul podał ich do sądu – swoich własnych braci – był przekroczeniem granicy. John nie rozumiał wtedy prawniczych zawiłości i tego, że Paul walczył w ten sposób z Allenem Kleinem. Dla Johna to był cios prosto w serce: »Paul pozwał mnie do sądu«. Pamiętam ten ogromny żal i poczucie zdrady, które przerodziło się w gwałtowny gniew.

ALLEN KLEIN:  Kiedy wszedłem do Apple Corps w 1969 roku, ich finanse to było jedno wielkie szambo. Tracili tysiące funtów tygodniowo na głupoty, ich konta były puste, a firma tonęła. Przeorganizowałem ich renegocjacje z EMI, wywalczyłem dla nich najwyższe stawki tantiem w historii przemysłu muzycznego. W rok zarobiłem dla nich więcej pieniędzy niż ktokolwiek przedtem. I co dostałem w zamian? Pozew sądowy od Paula McCartneya. 

John, George i Ringo kategorycznie odrzucili więc kandydaturę Eastmanów i z całych sił opowiedzieli się za Allenem Kleinem. Był to niezwykle bezkompromisowy, cwaniacko energiczny i mający opinię bezwzględnego twardziela menedżer z Nowego Jorku, który wyrobił sobie pozycję w branży, reprezentując chociażby interesy The Rolling Stones czy Sama Cooke'a. Lennon był zachwycony bezpośredniością Kleina, uważając go za kogoś, kto wreszcie wywalczy dla nich należne miliony od wielkich wytwórni płytowych. 

W kontekście satyrycznym, warto wspomnieć o słynnej wypowiedzi wyreżyserowanej przez Erica Idle'a w parodii "The Rutles" (którą George Martin i sami Beatlesi uwielbiali): W 1970 roku Dirk pozwał Stiga, Nasty'ego i Barry'ego; Barry pozwał Dirka; Nasty pozwał Barry'ego... a Stig przypadkowo pozwał samego siebie – co idealnie oddawało absurd sytuacji prawnej, w jakiej znaleźli się wówczas muzycy.

ERIC CLAPTON: Wszyscy czuliśmy ten niesamowity ciężar w powietrzu. To było absurdalne – z jednej strony miałeś najbardziej wpływową grupę świata, a z drugiej czwórkę kumpli, którzy nagle nie mogli ze sobą rozmawiać bez armii prawników w pokoju. Zamiast rozmawiać o muzyce, rozmawiano o 'zamrażaniu kont' i 'odbieraniu praw'. Muzyczny świat na chwilę się zatrzymał i poczuliśmy, że pewna epoka bezpowrotnie umarła.

PATTIE BOYD (w swojej biogragii "Wonderful Tonight"): John był zainteresowany zatrudnieniem Allena Kleina, małego, okrągłego i bezwzględnego amerykańskiego księgowego, który z powodzeniem zarządzał Stonesami… Gdy Mick dowiedział się, że Beatlesi mają spotkać się z Kleinem, poczuł, że musi ich przed nim ostrzec, uważając go za niegodnego zaufania… Ostatecznie John, George i Ringo zdecydowali się zatrudnić Allena Kleina, a Paul pozostał przy swoich teściach… Współpraca ostatecznie się rozpadła, co doprowadziło Beatlesów do wniesienia pozwu przeciwko niemu. 

MICK JAGGER: Mówiłem im: »Nie róbcie tego, to największy błąd waszego życia! Ten facet to rekin, wyczyści was do zera!« Ale John był tak oczarowany słowami Kleina, że nikt go nie słuchał. Paul jako jedyny przejrzał na oczy. Kiedy Paul podał ich do sądu, wiedziałem, że robi to, bo nie miał innego wyjścia – musiał odciąć ten nowotwór, zanim Klein zabierze im cały majątek... Kiedy Beatlesi się rozpadli, nie obchodziło mnie to ani trochę.

PAUL: Zapytałem Micka Jaggera, kiedy do nas przyjechał… Powiedział, że wszystko w porządku, jeśli ‘lubisz takie rzeczy’. Tak naprawdę nie odradzał nam go. 

 Jak pokazały kolejne miesiące, ta potężna różnica zdań i postać samego Allena Kleina stały się jednym z absolutnie kluczowych oraz najbardziej zapalnych punktów w całej tej dramatycznej, wieloletniej batalii sądowej. Żeby w pełni zrozumieć ten upór Johna, George’a i Ringo, trzeba pamiętać, że Klein dał im na dzień dobry potężny dowód swojej skuteczności. W 1969 roku wynegocjował dla Beatlesów z gigantem EMI/Capitol rekordowy kontrakt płytowy ze stawką tantiem sięgającą niewyobrażalnych wtedy 25 proc. Z perspektywy Johna pojawił się więc wreszcie ktoś, kto potrafił położyć na łopatki chciwe korporacje i wywalczyć dla nich należną fortunę.

GEORGE: To w większym stopniu sprawa osobista, związana z sytuacją zarządzania w Apple. Bo tak naprawdę to Paul miał pomysł na Apple… Potem zrobiło się naprawdę chaotycznie i musieliśmy coś z tym zrobić. Kiedy zaczęliśmy coś z tym robić, oczywiście Paul nie miał już takiego wpływu na sprawę… bo chciał, żeby prowadzili to Lee Eastman, jego rodzina, a my nie. To jedyny powód; to tylko jego osobisty problem, który będzie musiał przeboleć, bo rzeczywistość jest taka, że został przegłosowany, a my jesteśmy partnerami. Mamy te spółki, w których każdy z nas ma po 25 procent, i jeśli trzeba podjąć decyzję, to jak w każdym innym biznesie czy grupie, głosujecie. I został przegłosowany trzy do jednego i jeśli mu się to nie podoba, to naprawdę szkoda. 
 
ALLEN KLIEN: Według mnie całe to postępowanie zostało wszczęte wyłącznie po to, by mnie skompromitować. To próba wypchnięcia mnie oraz zdobycia tego, czego chcieli Eastmanowie: kontroli nad Apple i Beatlesami... Możecie powiedzieć, że zarabiam dużo pieniędzy albo że jestem skurwysynem, czy cokolwiek innego. Ale nie możecie powiedzieć, że oszukuję moich klientów. 



Choć na zdjęciu wszyscy (bez George'a) Beatlesi i Allen Klein  wydają się być w dobrej komitywie, to znamienne jest ostatnie zdjęcie, kiedy Paul chce pod lupą żartobliwie obejrzeć szczegóły kontraktu, ale Klein zasłania mu dokument dłonią. 20 wrzesień 1969. Jeszcze wszystkim obecnym na zdjęciu wydawało się wtedy, że może będzie jakieś porozumienie. 

21 grudnia 1970 
– Trójka ex-Beatlesów: John Lennon, Richard Starkey (Ringo) oraz George Harrison otrzymują drogą pocztową wezwanie do Kancelarii Sądu Najwyższego w celu wszczęcia procedury rozwiązania zespołu The Beatles. Wnioskodawcą wezwania jest Paul McCartney. Po latach Paul wspominał, że „pozwał, aby ocalić muzykę The Beatles”. Dla opinii publicznej wygląda to jednoznacznie: oto Paul pozywa kolegów i formalnie przypieczętowuje rozpad zespołu. Przez lata to właśnie on będzie najczęściej obarczany winą za zakończenie historii The Beatles. Tymczasem McCartney utrzymywał później, że nie próbował „zabić” grupy — chciał ratować jej dorobek przed przejęciem kontroli przez Allena Kleina (na zdjęciu obok). Co ciekawe, początkowo Paul wcale nie planował ciągać po sądach dawnych kolegów. Kiedy naradzał się z prawnikami, chciał wytoczyć proces bezpośrednio Allenowi Kleinowi. Usłyszał jednak lodowatą odpowiedź: „Nie możesz pozwać Kleina, bo nie jest stroną umowy. Musisz pozwać The Beatles”. To zmusiło go do kroku, który przez lata niszczył jego wizerunek w oczach fanów, choć – jak podkreślał po latach – robił to z pełną świadomością, że ratuje majątek nas wszystkich.




PAUL:
Obwiniano mnie o rozpad The Beatles i wierzcie mi, kupiłem to i przez wiele lat paskudnie się z tym czułem. Ale robiąc to, pozywając dawnych kumpli, wiedziałem, co robię. Gdybym tego wtedy nie zrobił, wszystko by wpadło w ręce Kleina. Nie wydalibyśmy nigdy „Get Back”, tych wspaniałych Antologii. Jedynym sposobem na to, aby nas od tego uwolnić, było właśnie skierowanie sprawy do Sądu. Samodzielne pozwanie Kleina nie wchodziło w grę, on nie uczestniczył wprost w sporze między nami. Nie mogłem pozwolić na to, by wszystko, co stworzyłem przez lata, zniknęło w dymie. Wiedziałem, że jeśli uda mi się to wygrać, wygram to także dla nich. A oni kochali tego gościa Kleina, dla mnie był pieprzonym idiotą. 
 

JOHN: [Paul] po prostu zrobił świetny hype. Ja chciałem to zrobić i powinienem był to zrobić. Pomyślałem sobie: «Cholera, jaki byłem głupi»… Byłem głupi, że tego nie zrobiłem, że nie postąpiłem jak Paul, czyli nie wykorzystałem tego do sprzedaży płyty... Byłem zszokowany i zaniepokojony, że po obietnicach pana McCartneya dotyczących spotkania wszystkich czterech Beatlesów w Londynie w styczniu, pozew został złożony 31 grudnia. Ufam Paulowi i wiem, że nie lekceważyłby swojej obietnicy bez ważnego powodu.

GEORGE: Okropne. Całe pieniądze, które kiedykolwiek zarobiliśmy z płyt Beatlesów, z filmów beatlesowskich czy z jakiegokolwiek źródła, trafiały do tej firmy, Apple, która była okradana przez wszystkich tych słynnych gangsterów. To był bałagan i Paul pozywał nas trzech, ponieważ mieliśmy tego gościa jako menedżera, i to po prostu był chaos.

19 stycznia 1971 –  Rozpoczyna się dziewięciodniowa rozprawa sądowa. Jedynym członkiem The Beatles, który stawia się osobiście na sali sądowej, jest Paul McCartney. 

RINGO: Poszedłem do Paula. Ku mojemu zaniepokojeniu całkowicie stracił nad sobą kontrolę, krzyczał na mnie, wymachiwał mi palcami przed twarzą, mówiąc: «Załatwię cię teraz» i «Zapłacisz za to». Kazał mi założyć płaszcz i wyjść. Więc wyszedłem.... Paul jest największym basistą na świecie, ale zachowywał się jak rozkapryszone dziecko.

LINDA McCARTNEY:  To był najgorszy okres w naszym życiu. Paul płakał, nie mógł wstać z łóżka, zaczął mocno pić. Świat go nienawidził, bo myślał, że to on rozbił zespół. Ale nikt nie rozumiał, że pozew był jedyną opcją. Gdyby Paul nie pozwał ich w Sądzie Najwyższym, Allen Klein przejąłby prawa do wszystkich ich piosenek i zarobków. Paul musiał wziąć na siebie rolę »tego złego«, żeby uratować pieniądze Johna, George'a, Ringo i swoje własne. To była straszna cena psychiczna, jaką zapłacił.

ALLEN KLEIN (próbował w mediach przedstawić Paula jako kogoś niestabilnego i kapryśnego, publicznie odwracając uwagę od swoich własnych działań): Gdyby Paul podał do sądu mnie, rozumiem to – jestem menedżerem, można się ze mną spierać o umowy. Ale to, co zrobił, było niespotykane: pozwał Johna, George’a i Ringo. Pozwał swoich własnych braci! Chłopców, z którymi wychował się na ulicach Liverpoolu. Tylko dlatego, że przegrał demokratyczne głosowanie w zespole i nie chciał przyjęcia mojej oferty. To nie była kwestia biznesu, to było jego wybujałe ego.

Podczas kolejnych sesji ujawniane są rozmaite szczegóły dotyczące relacji wewnątrz zespołu, kłótni wokół Apple, sporów biznesowych oraz napiętej atmosfery z początku 1969 roku — czasu sesji w Twickenham Film Studios, później znanych jako projekt Get Back.

RINGO: Byłem zszokowany i zaniepokojony, że po obietnicach pana McCartneya dotyczących spotkania wszystkich czterech Beatlesów w Londynie w styczniu, pozew został złożony 31 grudnia. Ufam Paulowi i wiem, że nie lekceważyłby swojej obietnicy bez ważnego powodu. Moim zdaniem wszyscy czterej moglibyśmy nawet teraz wspólnie wszystko satysfakcjonująco rozwiązać. 
JOHN: Jeśli Paul próbuje nas rozbić z powodu czegokolwiek, co wydarzyło się przed walką o władzę Klein–Eastman, to jego rozumowanie nie ma dla mnie sensu...  
 
ALLEN KLEIN: Paul zachowuje się jak oporna dziewica. Mówi 'nie', ale myślę, że po prostu chce, żeby go dłużej prosić i przekonywać. W końcu do nas dołączy, kiedy zobaczy, ile pieniędzy dla nich wszystkich zarabiam. 
 
Przypomniano również wydarzenie, gdy Ringo przyjechał do domu Paula, aby porozmawiać o sprawach zespołu, a rozmowa skończyła się wyjątkowo ostro. McCartney miał wtedy wyrzucić zdenerwowanego Starr’a z domu. Trudno się dziwić, że po takich scenach powrót do dawnych, beztroskich czasów z Liverpoolu był już praktycznie niemożliwy.

JOHN: Beatlesi wciąż mogą pozostać razem jako zespół. Paul jest największym basistą na świecie. Jest też bardzo zdeterminowany. Dąży do swojego, dopóki nie osiągnie swojego celu. 

Ciekawostką związaną z rozprawą jest zakład, który Paul wygrał z obsługującymi sąd urzędnikami. Stawką były dwa szylingi. Urzędnicy byli przekonani, że John i Yoko z pewnością pojawią się na sali sądowej, aby publicznie wyrównać z Paulem „stare porachunki”. Lennonowie jednak się nie zjawili.

29 stycznia 1971 –  ten dzień przyniósł kolejne potężne tąpnięcie w trwającej wojnie podjazdowej. W nowojorskim sądzie Allen Klein oficjalnie zostaje uznany winnym bezprawnego zaniechania złożenia wymaganych prawem dokumentów dotyczących federalnego podatku dochodowego. Dla menedżera, który lubił kreować się na nietykalnego finansowego rekina, był to potężny cios wizerunkowy i prawny. Co więcej, okazało się, że to dopiero początek jego gigantycznych problemów z amerykańskim wymiarem sprawiedliwości. Paul McCartney, który od pierwszego dnia głośno i bezkompromisowo ostrzegał kolegów z zespołu przed szemraną reputacją Kleina, musiał na wieść o tym wyroku odczuwać ogromną, cichą satysfakcję i gorzkie poczucie racji.

Wydawałoby się, że dowody na niekompetencję i szemrane interesy menedżera otworzą reszcie muzyków oczy. Nic bardziej mylnego. To wcale nie oznaczało, że John, George i Ringo natychmiast zmienili zdanie, uderzając się w pierś. Szczególnie John Lennon trwał przy Kleinie z uporem godnym lepszej sprawy. Lennon wyjątkowo długo bezgranicznie wierzył, że ten ostry nowojorczyk jest jedynym człowiekiem w branży, który potrafi bezwzględnie stanąć po stronie artysty, mówić prawdę w oczy korporacjom i skutecznie walczyć z bezdusznym wielkim biznesem.

PATTIE BOYD: Atmosfera stała się niezwykle gęsta i mroczna. Do naszego domu nagle przestali przyjeżdżać muzycy, a zaczęli pojawiać się faceci w garniturach z teczkami. George był wykończony i głęboko rozczarowany. On nienawidził biznesowej strony muzyki. Pewnego dnia powiedział mi z rezygnacją: »Przeszliśmy drogę od grania muzyki w skórzanych kurtkach w Hamburgu do siedzenia w skórzanych fotelach u prawników«. Widok papierów sądowych leżących na stole w salonie był po prostu przygnębiający. 

Trzeba pamiętać, co stało za tym ślepym uporem. John miał przecież za sobą świeże, niezwykle bolesne i wręcz traumatyczne doświadczenia związane z utratą kontroli nad firmą Northern Songs, co kosztowało go utratę praw do autorskich piosenek, które napisał dla The Beatles. Szorstkie obietnice Kleina, że odzyska dla niego dawne bogactwo i niezależność, musiały brzmieć dla Lennona niezwykle przekonująco – jak linia ratunkowa rzucona tonącemu, w którą bardzo chciał uwierzyć, nawet gdy wokół zaczynały gromadzić się czarne chmury kolejnych procesów.

10 marca 1971 – brytyjski sąd wreszcie przychyla się do wielokrotnych wniosków McCartneya i mianuje J. D. Spoonera oficjalnym, tymczasowym powiernikiem. Jego zadaniem staje się pilne zarządzanie potężnym, bieżącym majątkiem The Beatles i zabezpieczenie interesów wszystkich stron do czasu, aż muzycy zdołają wypracować jakikolwiek kompromis w sprawie wspólnych finansów. W tym momencie partnerski układ czterech Beatlesów, budowany na koleżeństwie i wspólnych marzeniach z Hamburga, w praktyce przestaje istnieć.

To bez wątpienia jeden z najważniejszych, wręcz symbolicznych momentów całej tej smutnej historii. Od tej dokładnie chwili nie ma już ani jednej, nawet najmniejszej furtki czy realnej szansy, aby The Beatles kiedykolwiek jeszcze funkcjonowali jako jednolity, spójny organizm biznesowy – i to nawet wtedy, gdyby któryś z nich w przypływie nostalgii nagle zapragnął wrócić do wspólnego grania w studiu.

Sytuacja staje się kuriozalna i niezwykle bolesna zarazem: Allen Klein przestaje formalnie reprezentować The Beatles jako skonsolidowaną całość, ale nadal pozostaje na usługach Johna, George’a i Ringo, sterując ich działaniami z tylnego siedzenia. Paul zostaje całkowicie sam po drugiej stronie tej korporacyjnej barykady – odizolowany, w sensie prawnym i biznesowym osamotniony w walce z dawnymi braćmi, podczas gdy reszta zespołu zaciska szeregi przeciwko niemu.

22 stycznia 1973 – W tym samym czasie pętla skomplikowanych zależności prawnych zaciska się bezpośrednio wokół samego Johna Lennona. Artysta zostaje pozwany na astronomiczną jak na owe czasy kwotę miliona dolarów przez dwie potężne spółki wydawnicze, w których zresztą sam nadal posiada udziały: Northern Songs Ltd oraz MacLen Ltd. W oficjalnym pozwie bezogródkowo zarzuca się Lennonowi, że ten – działając za bezpośrednią namową i radą Allena Kleina – rażąco złamał wiążącą go umowę jeszcze z 1965 roku. Według jej twardych, prawnych zapisów, obie firmy posiadały wyłączne i niepodważalne prawa do wszystkich piosenek pisanych przez Johna, niezależnie od tego, czy tworzył je sam, we flagowym spółce z Paulem McCartneyem, czy też z jakimkolwiek innym artystą na świecie. Cała ta kosztowna batalia sądowa koncentruje się wokół pięciu nowo powstałych kompozycji sygnowanych wspólnie nazwiskami Johna i Yoko Ono. Druga strona sporu twierdzi bowiem, że przypisanie połowy praw autorskich do tych utworów nowo utworzonej firmie Yoko – Ono Music Ltd – było bezprawnym wyprowadzeniem zysków ze wspólnej kasy. 

   To chyba jeden z najbardziej jaskrawych i smutnych przykładów na to, jak makabrycznie skomplikowane i bezlitosne potrafiły być finansowe konsekwencje twórczości Fabsów. Ta sama muzyka, która dla miliona fanów na całym świecie była przecież czystą emocją, tłem dla zakochiwania się, najpiękniejszym wspomnieniem i nieodłączną częścią codziennego życia, w suchych dokumentach sądowych i dla armii bezdusznych prawników w garniturach oznaczała po prostu chłodne paragrafy, procentowe udziały, skomplikowane przeliczniki tantiem oraz walkę o wyłączne prawa do przyszłych, wielomilionowych dochodów.

CYNTHIA LENNON: Gdy patrzyłam na te wszystkie procesy w latach 70., serce mi pękało. Pamiętałam ich jako chłopców z Liverpoolu, którzy dzielili się jednym papierosem i masełkiem do chleba. Aż nagle stali się milionerami, wokół których narosła armia prawników, doradców i żerowisk. Oni po prostu stracili kontrolę nad własnym sukcesem. Sądowy finał The Beatles był najsmutniejszym podsumowaniem tego, co dzieje się, gdy wielka przyjaźń zderza się z wielkimi pieniędzmi.

28 czerwca 1973
– 
„Uważaj na ABKCO” — śpiewał swego czasu George Harrison w swoim genialnym utworze Beware of Darkness, ostrzegając kolegów przed zgubnymi skutkami współpracy z nowojorskim menedżerem. O pełnej i bolesnej słuszności tej proroczej przestrogi przekonuje się właśnie tego dnia John Lennon. Allen Klein oraz zarządzana przez niego spółka ABKCO — czyli inicjały pochodzące od imienia i nazwiska Allena B. Kleina — postanawiają pociągnąć ex-Beatlesa do odpowiedzialności i pozywają go na zawrotną kwotę 508 tysięcy dolarów. W dokumentach formalnie chodzi o rzekomo niespłacone pożyczki oraz zaległe honoraria menedżerskie, które nagle urastają do gigantycznych rozmiarów.

Konsekwencje tej finansowej presji okazują się bolesne i niezwykle namacalne. Zaledwie kilka miesięcy po tym ciosie John i Yoko decydują się na dramatyczny krok i wystawiają na sprzedaż swoją ukochaną, legendarną posiadłość w Ascot — Tittenhurst Park. Jak doskonale wiemy z historii zespołu, ten niesamowity dom odkupuje od dawnego przyjaciela nikt inny jak Ringo Starr. Czy ta transakcja miała bezpośredni związek z potężnymi żądaniami finansowymi Kleina? Wiele wskazuje na to, że jak najbardziej. Spora część biografów sugeruje, że cała operacja miała drugie dno i była sprytnym zabiegiem mającym na celu pozasądowe uporządkowanie pogmatwanych i niespłaconych pożyczek nie tylko wobec samego Johna, ale również wobec finansowo zaplątanych w te układy George’a i Ringa.

Tittenhurst Park był przecież miejscem absolutnie szczególnym, wręcz mitycznym dla historii rocka. To właśnie tam John nagrywał albumy, tam tworzył swój własny, intymny świat z Yoko Ono, to na tej zielonej trawie i w tych wnętrzach powstały słynne, ikoniczne fotografie z okresu sesji do Imagine. Także jedne z ostatnich Fab Four. Ostatecznie jednak, w cieniu toczących się wojen, nawet tak niezwykły, przesiąknięty magią i wspomnieniami dom musiał stać się tylko elementem większej, bezlitosnej układanki: relacji dawnych przyjaciół, splątanych wspólnych pieniędzy, ukrytych pożyczek, chłodnych twarzy prawników i coraz bardziej toksycznych, wzajemnych rozliczeń, w których sentymenty nie miały już żadnego znaczenia.

 GEORGE: Szczerze mówiąc, jest mnóstwo pieniędzy, które są w zarządzie przymusowym od czasu, gdy Paul McCartney nas pozwał. Tak naprawdę to dobrze, że nas pozwał, bo dopóki pieniądze są pod zarządem przymusowym, nikt nie może ich wydać. W partnerstwie Beatlesów leży dużo milionów dolarów i albo oddamy je prawnikom, albo urzędowi skarbowemu.  

2 listopada 1973 – Paul McCartney w swoim domu w Anglii zapewne patrzył na te wiadomości z lekkim, gorzkim uśmiechem na twarzy i miną jednoznacznie mówiącą: „A nie mówiłem...”. Tego właśnie dnia następuje potężny zwrot akcji, który wydawał się nieunikniony: John Lennon, George Harrison oraz Ringo Starr postanawiają wreszcie pójść po rozum do głowy i oficjalnie pozywają swojego dotychczasowego, bezwzględnego prawnika oraz menedżera, Allena Kleina. W pozwie zarzucają mu celowe wprowadzanie ich w błąd w kluczowych sprawach biznesowych, manipulowanie dokumentami oraz gigantyczne straty finansowe, które ponieśli z tego tytułu przez lata ślepego zaufania. Sprytny nowojorczyk oczywiście nie pozostaje dłużny i natychmiast wytacza najcięższe działa. Odpowiada potężnym, kontratakującym pozwem skierowanym bezpośrednio przeciwko całej trójce dawnych muzyków, domagając się wypłaty rzekomo zaległych honorariów, zwrotu wszelkich własnych wydatków oraz gigantycznych prowizji od umów, które Klein zawierał w ich imieniu u szczytu sławy zespołu. Jego finansowe roszczenia opiewają na zawrotną, wręcz kosmiczną kwotę 19 milionów dolarów – kwotę, która mogłaby zrujnować nawet największe gwiazdy rocka. W tym absolutnie przełomowym momencie paradoks całej tej sądowej sagi staje się aż nazbyt widoczny. Paul, który przez kilka długich lat był przez prasę, fanów, a przede wszystkim przez samych kolegów przedstawiany jako czarny charakter, człowiek, który osobiście rozbił The Beatles i nie potrafił znieść demokratycznej decyzji większości, nagle doczekuje chwili pełnego, choć gorzkiego odkupienia. Oto John, George i Ringo sami rozpoczynają bezwzględną batalię sądową z tym samym człowiekiem, przed którym McCartney tak żarliwie i lojalnie ich ostrzegał od samego początku. Oczywiście, nie oznaczało to bynajmniej, że dawni przyjaciele z Liverpoolu natychmiast rzucili się sobie w ramiona, zapominając o dawnych żalach. Świeże rany po zamknięciu wspólnego rozdziału były zbyt głębokie, a wzajemne pretensje nazbyt bolesne, by odzyskać dawną bliskość z dnia na dzień. Niemniej jednak pojawienie se wspólnego, potężnego i cynicznego przeciwnika sprawiło, że cała trójka zaczęła patrzeć na wydarzenia z przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych w zupełnie innym świetle, powoli uświadamiając sobie, jak bardzo Paul miał rację, kiedy próbował chronić ich przed finansową katastrofą.
 

29 grudnia 1974 – oficjalny, uroczysty finał i formalne podpisanie ostatecznego porozumienia o rozwiązaniu spółki Beatles & Co. miało pierwotnie nastąpić parę dni wcześniej, 19 grudnia, w eleganckich wnętrzach londyńskiego biura. Na to kluczowe spotkanie stawili się wszyscy najważniejsi gracze, prawnicy oraz sami zainteresowani: Paul McCartney, George Harrison oraz Ringo Starr, który z braku możliwości przybycia łączył się telefonicznie bezpośrednio z Anglii. Na stole leżały gotowe dokumenty kończące dekadę muzycznej epoki. Brakowało jednak jednej, ale absolutnie kluczowej postaci – Johna Lennona. John po prostu nie przyszedł na spotkanie, przesyłając kuriozalne tłumaczenie, że tego dnia „układ gwiazd i astrologia mu nie sprzyjają”. W rzeczywistości, pod tą ekscentryczną wymówką, po prostu do szpiku kości bał się kolejnych prawniczych haczyków, ukrytych kruczków i podstępnych zapisów, które mogłyby go pogrążyć.

Ostatecznie ten najważniejszy, historyczny dokument spięto i ostatecznie podpisano dopiero dziesięć dni później – 29 grudnia 1974 roku. I to w scenerii tak absurdalnej, że aż trudno w nią uwierzyć: w pokoju hotelowym...