Wyszukiwanie : .Szukaj w blogu.

2. Szukaj w blogu - zbiórczo

The Rolling Stones '2026 - Magia trwa nadal!

 

 

 

 

Magia trwa. Użyłem już tego zwrotu przy anonsowaniu nowych wydawnictw Paula McCartney'a i Ringo Starra (tutaj), trudno nie użyć go ponownie.  Dla wiernego fana The Beatles to zupełnie naturalne, że na blogu poświęconym Wielkiej Czwórce z Liverpoolu pojawia się wzmianka dzisiaj ta o Stonesach. Historia The Beatles i The Rolling Stones (czytaj to) to przecież jedna z najpiękniejszych opowieści w dziejach muzyki popularnej, o obu zespołach, w kontekście powiązań ze sobą znajdziecie dużo na blogu. W jednym z ostatnich wywiadów spytano Micka o relacje jego zespołu z The Beatles w latach osiemdziesiątych. Żartobliwie dodał, że pewna rywalizacja była, ale bardziej PR-owa i członkowie obu zespołów się przyjaźnili.
 Dwie grupy, które w latach 60. przedstawiano jako konkurentów, w rzeczywistości były częścią tej samej muzycznej rewolucji. Te dwa zespoły od lat 60 szły ramię w ramię – dla opinii publicznej rzekomo rywalizując i dzieląc fanów ("jesteś za Beatlesami czy za Stonesami?") -gdy w rzeczywistości wymieniając się pomysłami, podkręcając nawzajem do pracy, a nawet śpiewając u siebie w chórkach. 
   Gdy o tym myślę, to zawsze przychodzi mi na myśl obrazowy zwrot "lost between The Beatles and The Stones" użyty przez Tears For Fears w pięknym utworze "Master Plan" stosunkowo niedawno bo w 2022. 
   Po latach to właśnie Mick Jagger wprowadzał The Beatles do Rock and Roll Hall of Fame w 1988 roku, o czym zresztą możecie przeczytać w moim wcześniejszym wpisie (tutaj - "Lubię myśleć, że wtedy jak i dzisiaj jesteśmy przyjaciółmi"). 
Dziś jednak oczy całego muzycznego świata, w tym fanów Beatlesów, zwracają się na obóz The Rolling Stones, ponieważ już za chwilę, 10 lipca, światło dzienne ujrzy ich najnowszy, wyczekiwany album studyjny, na którym podobnie jak na poprzednim, "Hackney Diamonds" (2023)  w jednym utworze ("Bite My Head Off") - clip na gitarze basowej zagrał sam Sir Paul, na nowym w "Covered In You". I właśnie ten fakt, kilka lat temu i teraz, że świat otrzymał na dwóch nagraniach Wielkich Mistrzów współczesnej muzyki, bez względu na gatunek. Sir Paul i Sir Mick razem. W 2003 roku, gdy Mick dostał tytuł szlachecki, Keith publicznie z tego kpił i wyśmiewał pomysł, że dostałby taki tytuł. Do dziś nie został uhonorowany w ten sposób, więc nie nosi przedrostka Sir.


Współpraca gigantów muzyki zrobiła wrażenie nawet wszystkich. 
MICK JAGGER: Gdy Paul wszedł do studia, od razu poczuliśmy tę niesamowitą, dawną chemię. Przypomniały mi się lata sześćdziesiąte, kiedy podrzucaliśmy sobie nawzajem pomysły. Paul przyniósł ze sobą ten swój niesamowity, melodyjny i pulsujący bas, który od razu pchnął utwór w zupełnie nową stronę. On nie gra jak zwykły basista sesyjny – gra jak kumpel z zespołu, z ogromnym wyczuciem i rock'n'rollowym pazurem. Cudownie było mieć go na pokładzie "Foreign Tongues"... Zagrał w punkowej piosence, a bas był bardziej funkowy. To naprawdę świetne, bo nigdy wcześniej nie graliśmy z nim razem… Jest bardzo szybki, bardzo szybko się uczy.
PAUL: Zostaliśmy zaproszeni z Ringo do studia przez chłopaków. Pomyślałem sobie: ’Czemu nie? Znamy się przecież od stu lat, a wciąż możemy wspólnie zrobić trochę rock'n'rollowego hałasu’. Keith podkręcił wzmacniacze, Mick jak zwykle biegał po całym studiu, a ja po prostu chwyciłem za bas i poczułem się, jakbyśmy znowu mieli po dwadzieścia lat i grali w jakimś małym londyńskim klubie. To była czysta, nieskrępowana frajda. Cieszę się, że po tylu dekadach wciąż potrafimy się tak bawić muzyką...
KEITH RICHARDS: Ludzie zawsze myśleli, że między nami a Beatlesami była jakaś śmiertelna wojna, a my po prostu nagrywaliśmy w tym samym czasie. Macca to potęga. Kiedy chwycił za instrument i stanął obok mnie i Ronniego, wszystko po prostu wskoczyło na swoje miejsce. Żadnego zadęcia, po prostu czysty, surowy rock'n'roll. Facet ma w sobie więcej energii niż połowa dzisiejszych młodych kapel. To był zaszczyt znowu z nim pohałasować. 
RONNIE WOOD: Myślę, że Paul naprawdę chciał w to wskoczyć. Nie było w tym nic onieśmielającego. Chciał grać z zespołem. 
 
 

Innym razem PAUL wspomina: To było super uczucie: po prostu pojawić się w studiu z basem i zapytać: ‘Dobra, gdzie mnie chcecie?’ Zaczynasz grać, oni pokazują ci utwór, a w mojej głowie pojawia się myśl: ‘Gram ze Stonesami!’ Mógłbym być cyniczny, machnąć ręką i powiedzieć: ‘Dobra, wielkie mi co’. Ale u mnie to zadziałało w drugą stronę. Siedziałem tam i myślałem: ‘Wow, tam stoi Mick! Ooo, a tam Keith! O rany, to Ronnie!’ To było ekscytujące. Było naprawdę super. Najlepsze było to, że jedyne, co musiałem zrobić, to zagrać na basie i nie walnąć żadnego byka. 

 

  

Pierwszym zwiastunem albumu „Foreign Tongues” był singiel „In The Stars”, a wydany kilka tygodni później „Jealous Lover” stał się drugą zapowiedzią płyty. Oba utwory pokazały, że The Rolling Stones po sukcesie „Hackney Diamonds” nie zamierzają jedynie odwoływać się do własnej legendy, ale nadal poszukują świeżego brzmienia, zachowując jednocześnie charakterystyczny styl zespołu.
  Co ciekawe, „In The Stars” wyróżnia się na tle większości klasycznych kompozycji Stonesów tym, że nie został podpisany tradycyjnym duetem Jagger–Richards. Utwór przypisywany jest samemu Mickowi Jaggerowi, co czyni go interesującym przypadkiem w historii zespołu, którego największe przeboje przez dekady powstawały dzięki wspólnej pracy dwóch głównych twórców – Micka i Keitha.
 


   
Muzycznie „In The Stars” reprezentuje bardziej klasyczne oblicze The Rolling Stones. To oparta na gitarowym brzmieniu rockowa kompozycja, w której słychać ducha zespołu z przełomu lat 70. i 80. Mocny rytm, charakterystyczna energia oraz wokal Micka Jaggera sprawiają, że utwór brzmi jak naturalna kontynuacja wielkiej historii Stonesów, a jednocześnie nie jest jedynie powtórzeniem dawnych pomysłów. Sam tytuł – „In The Stars” – przywołuje skojarzenia z przeznaczeniem, przyszłością i tym, co zapisane gdzieś poza nami. To wyjątkowo symboliczny wybór dla zespołu, który po ponad sześćdziesięciu latach kariery nadal pozostaje aktywnym uczestnikiem muzycznego świata.  
Do utworu powstał również nowoczesny teledysk wykorzystujący możliwości sztucznej inteligencji. Twórcy połączyli współczesny wizerunek muzyków z cyfrowymi efektami, tworząc symboliczne spotkanie różnych epok historii Stonesów – młodych buntowników z lat 60-tcyh i legend rocka XXI wieku.   „In The Stars” rozpoczął więc drogę do albumu „Foreign Tongues”, a wydany teraz „Jealous Lover” pokazał kolejne oblicze nowego materiału – bardziej soulowe, funkowe i jak wskazują krytycy nawiązujące do eksperymentów Stonesów z początku lat 80. 
 

 

Album: Foreign Tongues – premiera 10 lipca 2026
Strona A: Jealous Lover (Jagger & Richards)
Strona B: Divine Intervention (Jagger & Richards)
Kompozycja: Mick Jagger / Keith Richards
Nagranie: przełom 2023 / 2024 (m.in. Henson Recording Studios, Los Angeles / Sanctuary Studios, Bahamy)
Producent: Andrew Watt
Miks: Serban Ghenea
Wydane: czerwiec 2026 (singiel cyfrowy / streaming)
Długość: 3:44
 Obsada:
MICK JAGGER – śpiew główny
KEITH RICHARDS – gitara
RONNIE WOOD – gitara
 
DARRYL JONES – gitara basowa
STEVE JORDAN – perkusja, instrumenty perkusyjne
STEVE WINWOOD – Rhodes, organy
ANDREW WATT – gitara, gitara akustyczna, syntezatory, fortepian
MATT CLIFFORD – syntezatory

Utwór łączy klasyczny, surowy, stonesowski rock'n'roll z elementami soulu, R&B i funku, tworząc charakterystyczny dla zespołu pulsujący groove. Tekstowo Jagger wraca do klasycznego dla siebie motywu skomplikowanych relacji damsko-męskich, zazdrości, podejrzliwości i emocjonalnych gierek. Mick śpiewa z perspektywy kogoś, kto zmaga się z toksyczną zazdrością partnerki, ale sam również nie pozostaje bez winy. 
To, co natychmiast rzuca się w oczy (i uszy) po odpaleniu singla, to absolutnie potężny, młody i drapieżny głos Micka Jaggera. 82-letni wokalista śpiewa tutaj wysokim, charakterystycznym falsetem, przypominającym jego słynne partie z „Emotional Rescue” z 1980 roku. To właśnie ten element sprawił, że wielu fanów od razu zaczęło mówić o powrocie do czasów albumów takich jak „Tattoo You” czy „Black and Blue”.
W kuluarach i internecie od razu rozgorzała dyskusja: czy to zasługa genialnej formy wokalisty, czy może efekt nowoczesnej produkcji studyjnej i zastosowania współczesnych technologii? Nie ma jednak żadnych potwierdzonych informacji, aby wokal został sztucznie wygenerowany lub zastąpiony przez sztuczną inteligencję. Wszystko wskazuje na to, że mamy do czynienia z prawdziwym wykonaniem Micka, wspartym współczesną produkcją i możliwościami dzisiejszego studia nagraniowego.  Wideoklip do „Jealous Lover” wyreżyserowali Chris Barrett i Luke Taylor. Występują w nim aktorzy Anya Taylor-Joy oraz Charles Melton. Fabuła pokazuje historię pary uwikłanej w podejrzenia o zdradę. Bohaterka grana przez Taylor-Joy wpada w obsesję zazdrości, a konflikt przeradza się w surrealistyczną, pełną napięcia historię. 
Keith Richards w jednym z ostatnich wywiadów podsumował pracę nad singlem w swoim stylu: Chcieliśmy po prostu złapać ten stary, surowy brud z garażu, ale wpuścić w niego trochę świeżego powietrza. Kiedy Andrew Watt podkręcił suwaki, od razu poczuliśmy, że to jest to.
Z kolei Mick Jagger dodał krótko: To utwór stworzony do grania na żywo. Ma w sobie ten rodzaj złości i energii, której potrzebujemy na koncertach.

Premiera całego albumu już 10 lipca – zapnijcie pasy, bo rock'n'roll wciąż ma się doskonale! Jak tylko będę go miał oczywiście napiszę o nim.Ciekaw jestem tego basu Paula no i udziału Roberts Smith w jednym z utworów. Ostatni występ The Cure na Openerze u nas w kraju pokazał, że muzyk jest w doskonałej wokalnej formie. 

 


 

Listen to me
Yeah, yeah

You said you'd let me live my life
No fetters and no chains
I believed your every word
Now your tune has changed
One day after coffee
You fixed me with a stare
And said where were you on Friday night?
Tell me who was there?

Well the only problem is
Well the only problem is
You're such a part of me

Hands off jealous lover
Please let me be
And you pray like a mantis
You're emerald green
Hands off jealous lover
The joke's right on me
You're clinging like ivy
You're choking a tree

We were once so generous
Sharing secrets of the heart
Now the fruit is turning sour
Got a bad taste in my mouth
You can't control the ocean
You can't control the waves
You can't control the shadows
Flickering in my cave

'Cause there's just one thing
Well there's just one thing
They'll only be a half of me, yeah

Hands off jealous lover
Please let me be
Your eyes full of envy
And you're emerald green
Hands off jealous lover
Your words harsh and mean
You pray like a mantis
You're feeding off me

Let it go, let it go, let it go, now
Let it go, let it go, let it go, now
Come on
(Let it go, let it go, let it go)
Hand off me
(Let it go, let it go, let it go)
You got to let me go baby
Let it go, let it go, let it go
Let it go, let it go, let it go
Come on, come on baby

Hands off jealous lover
Please let me be
And you pray like a mantis
You're emerald green
Hands off jealous lover
The joke's right on me
The pearls 'round your neck
They don't make you a queen
Hands off jealous lover
Please let me be
Your eyes are so cutting
You're my own guillotine
Hands off jealous lover
Your words harsh and mean
You pray like a mantis
You're feeding off me  

 

 

 

THE CLASH - Droga w dół... vol. 1




Dostałem kilkanaście maili od czytelników moich blogów,  że niepotrzebnie powielam na tym posty z bloga o The Beatles. Hm... Bo chcę promować Fab Four. Dlaczego mało tutaj o The Clash? Przypominam więc post o tej kapeli sprzed 7 czy 8 lat. 




Niedawny post o filmie 'London Town' skłonił mnie do zamieszczenia pierwszego, obszernego postu o The Clash, choć angielski zespół pojawia się na moim blogu od początku, choćby niżej:

 



           Song 4 2Day: Guns Of Brixton 
           London Calling - album

 



 
 Na blogu pojawią się jeszcze kolejne teksty o zespole. Choćby z okazji omówienia klasycznego albumu zespołu, arcydzieła punk rocka przełomu lat 70 i 80-tych, 'London Calling'. Zagorzałym fanom zespołu polecam książkę Marcusa Gray'a o zespole. Książka po prostu niesamowita. Nieprawdopodobny zbiór dat, faktów, malutkich szczególików, detali, plotek, wydarzeń - uprzedzam, nużąca dla zwykłego czytelnika właśnie z powodu nawału faktów (sprowadzanych czasem do najmniejszego szczegółu), lektura obowiązkowa dla fana. Pamiętam jaki byłem zaskoczony w połowie lat 80-tych gdy przeczytałem w jakimś, bardzo trudnym do zdobycia, magazynie muzycznym z Wysp, że Brytyjczycy w piątce Najważniejszych Angielskich Zespołów Wszech Czasów obok The Beatles, The Rolling Stones umieścili jeszcze The Police, The Jam (!!!!) oraz The Clash. Zespolik Paula Wellera w takim zestawieniu? A gdzie Pink Floyd, Led Zeppelin, Black Sabbath. Ale to była ankieta w środku lat 80-tych gdy punk rock miał się wciąż dobrze. Niżej post o drodze The Clash do piekła...
 
 
We Are The Clash

Jones, Simonon, Headon i Strummer


 London Calling
W 1983 roku The Clash w zasadzie się skończyli, choć przyznaję, że podobają mi się jeszcze dwa późniejsze numery bandu. Ale w roku 1982, w czasie pracy na albumem 'Combat Rock' zespół zaczął się sypać, choć na albumie znalazły się takie perełki jak bardzo przebojowe, MTV-owskie hity jak 'Rock The Casbah' czy "Should I Stay or Should I Go" - jak wszystkie numery na albumie podpisane przez całą czwórkę podstawowego, klasycznego składu kapeli czyli przez lineup:
Joe Strummer  (1952 - 2002) – wokal, gitara rytmiczna
Mick Jones – gitara elektryczna, wokal
Paul Simonon – gitara basowa, wokal
Topper Headon – perkusja


 Późniejsi członkowie :
Terry Chimes (perkusja), Keith Levene (gitara), Roy Harper (perkusja), Pete Howard (perkusja), Nick Sheppard (gitara), Vince White (gitara).
 
 Guns Of Brixton

Rok po wydaniu albumu Joe Strummer pozbył się Micka Jonesa, drugiego lidera kapeli, odpowiedzialnego za muzykę na poprzednich płytach. Komunikat o tym był bardzo krótki: "Joe Strummer i Paul Simonon postanowili, że Mick Jones powinien opuścić The Clash. Zmiana wynikła z faktu, iż Jones odsunął się od pierwotnych ideałów zespołu".
 W jego miejsce powołał trójkę nowych muzyków w skład kapeli, co niespecjalnie podobało się Paulowi Simononowi, basiście kapeli, twórcy legendarnego numeru 'Guns Of Brixton' z albumu 'London Calling'. Headona już w zespole nie było, odszedł rok wcześniej, Simonon wytrzymał do 1986. 
Główne powody tamtych kłopotów? Headon miał dość ciągłych kłótni wewnątrz i wykłócania się ciągle o kasę ze Strummerem. Muzyka. Jones skłaniał się corz bardziej w stronę rodzącego się hip hopu oraz reggae, Strummer chciał nadać grać punk rocka co czynił z nowym zespołem. 
We wspomnieniach, biografiach kapeli rozpad kapeli nie zaczął się tylko od konfliktu dwóch osobowości Jonesa i Strummera. Jones skonfliktował się z trójką: Strummer, Simonon i Rhodes a powodem kłótni były tak prozaiczne ale i fundamentalne sprawy jak muzyka, długość i repertuar koncertów, kierunek muzyczny. Strummer powiedział, że nie będzie pisał tekstów do chłamów jakie przynosił Jones. A Jones przynosił kawałki wzorowane na amerykańskim hip-hopie. Bolało go także to, że wszyscy za lidera uważają Joe. 

 Guns Of Brixton, US Festvival, 28.05.1983 - Mick i Joe ostatni raz razem jako The Clash

Koledzy zauważali, że gromadzi syntezatory, muzyczne perkusje, a jego gitary Les Paula stoją w kącie zakurzone. 'Czemu kurwa nie ćwiczysz lepszej gry na gitarze' - miał mówić Strummer. Prośba Jonesa o krótką przerwę w połowie 1982 zamieniła się w dziewięć miesięcy nieróbstwa, także w brak jakiegokolwiek kontaktu między sobą. Jones i reszta przestali ze sobą rozmawiać. Jedyna krótka aktywność zespołu w owym czasie to mini trasa po USA w 1983 uwieczniony udziałem w 3-dniowym US festiwalu w Kalifornii. 28 maja 1983 w sobotę Mick wystąpił ostatni raz na scenie z The Clash
Pete Howard, zastępujący wtedy Headona na perkusji wspomina, że napięcie pomiędzy Jonesem i Strummerem było wprost namacalne. Przystępując do Clash wydawało mu się spełnieniem marzeń. Wszedł jednak na teren operacji wojennych. Pete otrzymał także po jakimś czasie telefon od Joe z informacją, że wypieprzył tego k....sa {Jonesa }z zespołu i spytał się po czyjej jest stronie. 
Pete: Powiedziałem mu, że po jego. Po Twojej Joe! 
 

Ostatni oficjalny album The Clash bez Jonesa, 'Cut The Crap' został wydany w 1985 i jak wspomniałem, znalazły się na nim moje dwa ulubione 'późniejszego' The Clash. 

 This Is England
W środku Joe i Paul
Mam na myśli 'This Is England' oraz 'We Are The Clash'. Autorami tych numerów jak i pozostałych był oczywiście Strummer oraz Bernard Rhodes, menadżer, muzyk, producent muzyczny, sławny ze współpracy z The Clash oraz Sex Pistols. Nie było Jonesa ale muzyka do tych dwóch numerów jest znakomita. Czysty rock and rollowy punk! Reszta? Sporo wpływów muzyki afrykańskiej, latynoskiej. Joe miał świadomość, że po ogromnym sukcesie komercyjnym hitu 'Rock The Casbah', granym bez przerwy w MTV, nie może cały materiał muzyczny ozdobić - lub nie - czystą prostotą punku, choć tylko to chciał grać Joe. Niestety tylko przez dwa lata. Pomimo wysiłków menadżera zespołu, który dokoptował do zespołu, kolejnego, trzeciego już gitarzystę, Gregory “Vince” White'a. Rhodes próbował wtedy upodobnić brzmienie The Clash do wczesnych, surowych Sex Pistols. Było to wskrzesanie trupa, choć Strummer określał konieczną egzystencję kapeli w celu uratowania świata przed Ronaldem Reaganem i Duran Duran. Ogromny sukces komercyjny 'combat's rocka' (MTV dosłownie zajeżdżało clip zespołu 'Rock The Casbah'; Paul Simonon stwierdził, że znienawidzili tą piosenkę. ) wzmocnił tylko jego mesjanistyczne wizje. Podobnie jak na początku lat 80-tych wzywał do totalnej rewolucji.
Rock The Casbah. Z gwiazd punk rocka - gwiazdy MTV
W styczniu 1984 nowy skład Clash koncertował w Kalifornii, gdzie na któryś  ich koncertów pojawił się Bob Dylan. Pete Howard, perkusista zespołu wspomina: W owym czasie na Joe ciążyła ogromna presja. Dylan przyszedł go obejrzeć. A Joe - po prostu płakał. Było tyle rzeczy do poprawy. W tym względzie rozumiałem go i czułem szacunek, że jakby cały czas był w ogniu walki. Wierzył bardzo w Berniego, naszego menadżera, zupełnie jak bokser w narożniku.

 The Clash '84: Vince White, Paul Simonon, Joe Strummer, Pete Howard, Nick Sheppard

Nick Sheppard (gitarzysta): Zawsze myślałem, że zanim zagramy na wielkich scenach, będziemy mieli wiele koncertów mniejszych, takich ukrytych, w małych salkach, klubach. Nigdy nie grałem na dużych scenach, stąd było tyle rzeczy do poprawy.
Paul i Joe
Nick ma rację, zespół nie był przyzwyczajony do wielkich scen, ale trasa w 1984 nie umywała się do tej w 1982. Zespół nie promował żadnej nowej płyty, prasa nie poświęcała zespołowi tyle uwagi co wcześniej. Jedynie koncert w San Francisco (ok. 10 000 widzów) pokazał Strummerowi, że Clash są jeszcze słuchani i podziwiani za oceanem.  Po Ameryce Clash wrócili na trasę do Europy gdzie byli znowu supergwiazdami. Ale w  lutym przyszła smutna wiadomość. Zmarł ojciec Joe'go. Joe kochał ojca, choć ten trzymał w domu bardzo duża dyscyplinę. Wspominał: 'Ciągle prawił mi kazania, prawdziwy facet z determinacją. Mawiał mi: jeśli będziesz grał zgodnie z regułami, skończysz tak jak ja. A ja nigdy nie chciałem skończyć tak jak on'. Joe z ojcem widywali się bardzo rzadko. 'W końcu byśmy się pozabijali'. Młodszy brat Joe'go David popełnił samobójstwo w 1971 roku z powodu choroby psychicznej. Tak, Strummer nie miał łatwej rodziny, ale śmierć ojca przyszła w naprawdę najmniej odpowiednim dla muzyka okresie. Muzyk naprawdę się miotał we wszystkich sferach swego życia. A nie tak dawno śpiewał wraz z Jonesem...

Should I Stay Or Shoul I Go
Howard: Byliśmy w Mediolanie i Joe odlatywał. Pił i czasami całymi dniami go nie widywaliśmy. Kiedyś Vince narzekał, że nie słyszy swojej gitary gdy gra. I zaczynał biadolenie. Bernie go ochrzanił. 'Pieprzysz dzieciaku, jesteś żałosny. (Vince pochodził z klasy średniej, nie z robotniczej jak inni). Spójrz na Joe. Stracił k...a ojca a słyszałeś od niego jakieś słowa żalu? To był najgorszy okres w zespole'.
Nick: Joe nie znał nas za dobrze, więc nie potrzebował dzielić się z nami swoim bólem. 
W rodzimej Wielkiej Brytanii prasa, jak wcześniej atakowała zespół za porzucenie punk rocka, tak teraz robiła to z powodu powrócenia zespołu do minionego i niemodnego gatunku, także paramilitarnego image'u (Joe w wywiadach używał często wojskowych zwrotów, kapelę nazywał swoim plutonem, członków rekrutami). Sytuacja w samym zespole robiła się coraz bardziej nieznośna.
Paul i Bernie Rhodes

Howard: Gdy byłeś w trasie to nie mogłeś się kontaktować ze swoją rodziną. Gdy to robiłeś, nazywali się cipą. Przestań dzwonić do swojej pieprzonej rodziny! Żadnych lasek w czasie trasy, żadnych dziewcząt. Bernie wspominał o bokserach, którzy przed walką nie mają żadnych kontaktów z kobietami. Często lubił zadawać pytanie, 'Co byś zrobił z milionem dolarów?' Każdą odpowiedź uważał za idiotyczną. Mówił jak się masz ubierać, na drugi dzień zmieniał zdanie. Tak każdego dnia. Rozmawiałem kiedyś z naszym menadżerem trasy 9road managerem) Kosmo Vinylem. I on mi mówił: "Taki jest Bernie. Zrobił z Joe'go kogoś. Nawet jeśli nie wierzysz, że Joe jest dzisiaj ikoną, to świat w to wierzy. I Joe wierzy w to, że zawdzięcza to Berniemu".
Stosunki zespołu ze swoim menadżerem zaczęły się psuć w czasie kolejnej trasy po Ameryce (koncerty w Philadelphia, Chicago, Providence). Rhodes namawiał zespół do spartańskiego życia i The Clash z miejsca na miejsce podróżowali, jak na początku kariery, rejsowymi autobusami (w Ameryce Greyhoundami), gdy Rhodes przemieszczał się luksusowymi liniami samolotowymi.

Howard: Takie rzeczy sprawiają, że nie stajesz się dobrze naoliwioną maszyną, ale że jesteś ciągle wkurwiony. W czasie jednej z prób dźwiękowych (soundcheck) Bernie powiedział coś tak kurwa dalekiego od nas, że po prostu spakowałem się i wyszedłem. Do dzisiaj żałuję, że nie odszedłem wtedy naprawdę, bo kurewski Bernie musiałby anulować wszystkie koncerty. Ale padł na kolana i zaczął bla, bla, bla pieprzyć o presji i... zostałem. Dwa dni później wszystko było takie same.
Sheppard: Ale i były dobre chwile. Mieliśmy wolne w Chicago, Kansas City, Detroit. Restauracje, fajne dziewczyny, zakupy, oglądanie marszów protestacyjnych. Miewałem gorsze prace. W Filadelfii mieszkaliśmy w tym samym hotelu co The Greatful Dead. W czasie naszych konfliktów z Berniem Paul Simonon zawsze stawał po naszej stronie. gdy nie było w pobliżu Berniego Joe także bywał inny.
 
  The Clash: Death or glory, becomes just another story
 (śmierć i chwała stają się tylko jeszcze jedną historyjką)

Po powrocie ze Stanów zespół zabrał się za pracę nad nową płytą. Wtedy przyszła kolejna zła wiadomość. U matki Strummera zdiagnozowano raka.  By sobie z tym wszystkim poradzić Joe opuścił zespół i ten na krótki wypad do Italii udał się bez swego lidera. Ten resztę 1984 roku poświęcił umierającej matce. Kontrolę całkowitą nad zespołem przejął Rhodes, który zorganizował nagrywanie albumu 'Cut The Crap' w Monachium. Ostatniego. Większość ścieżek dźwiękowych została nagrana przez anonimowych muzyków, z użyciem syntezatorów, perkusji cyfrowych, urządzeń, przez które wyleciał z zespołu Mick Jones. Nie było już Howarda a tylko cyfrowe maszyny. Gdy Sheppard i White zostali wezwani do nagrania swoich partii gitarowych, zaskoczeni stwierdzili, że album już jest prawie gotowy. Po zakończeniu sesji do albumu Rhodes, nie uprzedzając o tym Strummera zniknął z taśmami. Załamany Joe, potencjalnymi konsekwencjami z powodu zerwania kontraktu poleciał na Bahamy i prosił Jonesa o powrót do bandu. Mick oczywiście nie przyjął tej propozycji. Miał już swój zespół, Big Audio Dynamite, z którym wkrótce miał swój pierwszy przebojowy singiel, "E=mc2". Nie miał zamiaru rezygnować z pozycji samodzielnego lidera i wokalisty we własnej kapeli.
 B.A.D. - "E = mc2"
Nowy album The Clash był totalną porażką. Niekupowany przez fanów, krytykowany przez prasę muzyczną, nie podobał się nawet nikomu w zespole. Strummer popadł w depresję. Zespół udał się jeszcze w trasę po Anglii, którą Simonon nazwał jedną z najlepszych, muzycznie, towarzysko. 'Wrócił dawny klimat, byliśmy znowu przyjaciółmi'. Nie na długo. W październiku Joe zrobił spotkanie wszystkich członków zespołu, na którym ogłosił jego koniec. Howard: 'Dał nam po tysiąc funtów. Nie mogłem nie powiedzieć tych słów. Powiedziałem, że wszystko tak się skończyło, ponieważ Joe słuchał we wszystkim Berniego. Taaa, wiem, odparł krótko'.
 Po ok. 8 latach istnienia (od 1977 i pierwszego albumu 'The Clash') zespół zakończył działalność. 
The Mescaleros
W 1999 roku Joe po 10-letnim odpoczynku od muzyki, powołał nowy zespół, The Mescaleros, z którym nagrywał nowe utwory, na koncertach nie stroniąc od klasyki The Clash. W 2001 roku Joe włączył do zespołu dawnego kolegę z The Clash, Nicka Shepparda, którego przeprosił za 'trudne lata'. Sheppard: 'Powiedziałem mu, że niczego nie żałuję, ze wiedziałem, że nigdy nie będę 'prawdziwym' członkiem Clash, ale miałem wspaniałe życie z tym zespołem, zwiedzałem świat, tworzyłem i grałem świetną muzykę'.
W czasie nagrywania ostatniego albumu The Mescaleros, tuż przed Świętami Bożego Narodzenia 2002 Joe umiera.
Howard: Przed swoją śmiercią,  w jednym z wywiadów Joe powiedział coś bardzo ciekawego: "Przykro mi, muszę Was przeprosić Pete, Vince i Nick. Była chemia pomiędzy czterema facetami, naprawdę i niestety nie ma już sposobu by ją przywrócić". Gdy to przeczytałem pomogło mi to bardzo, ponieważ myśląc o tym wcześniej cierpiałem'.

Mick i Joe ostatni raz razem

15 listopada 2002, prawie po 20 latach, po raz ostatni na scenie zagrali ze sobą Joe i Mick. Dwójka dawnych przyjaciół, która powołała do życia jeden z najwybitniejszych zespołów rockowych, absolutnie najlepszy punk-rockowy, główni twórcy jednego z najlepszych rockowych albumów wszech - czasów, 'London Calling'. Wydarzenie miało  miejsce w Acton Town Hall w stolicy Anglii. Na scenie wykonali utwory The Clash 'Bankroober', 'White Riot' oraz  'London’s Burning'. Miesiąc później Joe już nie żył.

W 1999 roku Paul Simonon, basista jedyny członek The Clash, który grał w zespole od samego początku do końca, wrócił wspomnieniami do ostatnich dni zespołu.
'Po odejściu Toppera czuć był w zespole lekką pustkę. Nie zdaliśmy sobie w
tedy sprawy z tego, że powinniśmy wziąć od siebie trochę wolnego, zrobić sobie wakacje. Zamiast tego pracowaliśmy bez przerwy. Od samego początku i to musiało cię dopaść. Wkurwiało nas, mnie i Joe'ego ciągłe czekanie na Micka, jego ciągłe zastanawianie się nad wszystkim, jego nierzetelność. Aż wreszcie powiedzieliśmy, 'dosyć!' i poprosiliśmy go by opuścił zespół. I to odbyło się w bardzo interesujący sposób. W czasie próby. Joe wziął kawałek kredy, narysował na podłodze linię i powiedział: 'Po tej stronie są muzycy, po drugiej artyści rozrywkowi'. I z jednej strony byliśmy ja i Joe, Mick i Topper po drugiej. Tak więc to sprowadzało się do prostego przesłania: komu bardziej zależy na ciągnięciu dalej. My chcieliśmy widzieć naokoło siebie skaczących ludzi, widzieć podniecenie, wrzawę, chcemy bawić innych, a nie stać na scenie jak kłoda, starając się robić wszystko tylko dobrze, poprawnie. To możesz mieć słuchając płyt...

 Magnificent 7
Topper, Joe, Paul, Mick

  
Przypuszczam, że koniec kapeli nadszedł wtedy gdy odszedł Mick. Miewaliśmy różnych perkusistów, przychodzili, odchodzili, ale gdy odszedł Mick to już to była olbrzymia zmiana. W końcu opuszczał grupę muzyk.
Ale nawet po odejściu Micka bawiliśmy się świetnie. Graliśmy dużo w Ameryce. Z nowymi facetami... Robiliśmy różne zadymy...
Myślę, że nasz ostatni koncert był zdaje się w Grecji na jakimś festiwalu. Mieliśmy trzech gitarzystów i to w pewien dawało mi trochę przestrzeni. Nauczyłem się break dance'u i tańczyłem go w środku wykonywania 'Magnificent Seven'. Odkładałem bass i szalałem a publika miała świetną zabawę. To było najważniejsze.



W 2013 roku Paul Simonon i Mick Jones wrócili w jednym z wywiadów do historii zespołu.
- Czy The Clash musieli się palić tak jasno i tak szybko wypalić?
Simonon: Wtedy nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, ale chyba tak. Gdy rozpoczynaliśmy, bywałem zaskoczony, że dożywaliśmy końca kolejnego tygodnia.
Jones: Nie było niczego pewnego. Wiedziałem, że pracujemy bardzo ciężko, prawie każdego dnia.
- Czy żałujecie takiego zakończenia?
Simonon: Zaczynaliśmy tracić kontakt z Ziemią, ponieważ nie byliśmy zupełnie przygotowani na sławę, sukces, który nadszedł. Gdy to się pojawia nie wiesz jak sobie z tym radzić. Łatwo się w tym wszystkim zagubić, zatracić. Fakt, że rozpadliśmy się, powstrzymał cały ten proces pogrążania się w tym.
- Czy doszło między wami a Joe Strummerem do pojednania zanim umarł?
Jones: To stało się jeszcze zanim umarł. To było kilka miesięcy po tym jak opuściłem zespół i staliśmy się znowu przyjaciółmi. 
- Czy gdyby Joe żył, jak uważacie, doszłoby do zejścia się The Clash?
Jones: Miewaliśmy już ku temu okazje. Naprawdę ale nie doszło do tego. Zawsze wydawało nam się, że to niedobry pomysł. 
- Dlaczego?
Jones: Nie chcieliśmy tego robić. 
Simonon: Tak naprawdę to najlepszym zakończeniem tej historii jest to, że nie zeszliśmy się znowu. Oszczędziliśmy tylko czas i nasz wysiłek. Stracilibyśmy to co osiągnęliśmy potem. Dlaczego ludzie się schodzą? Dlaczego reaktywują się zespoły? Oh, bo są dobrymi kumplami. To miłe. Ale zazwyczaj dzieje się to z powodów finansowych. Bo zasadniczo, wszyscy się rozpadają.
Jones: Nasz zespół był pewną ideą, wizją, pomysłem. Mówiło się: potrafisz to zrobić. Możemy z perspektywy czasu powiedzieć wszystko bo rozumiemy więcej. Kiedy to robiliśmy, było to instynktowne, bez oglądania się na przyszłość. 
- Czy świat potrzebuje dzisiaj zespołu takiego jak The Clash?
Jones: Niewiele się dzieje, nie?