HISTORIA THE BEATLES




Proszę o The Beatles czytać tylko na blogu: HISTORIA THE BEATLES pod adresem: http://fab4-thebeatles.blogspot.com/ - najnowszy post - kliknij wyżej. Posty na tym blogu to pozostałości z "dawnych czasów", bądź te same teksty co na blogu flagowym o F4.




...

Blog o The Beatles

Wyszukiwanie : .Szukaj w blogu.

2. Szukaj w blogu - zbiórczo

8. MTW: JOHN LENNON - "Imagine"

Singiel: 24 października 1971 (USA),
11 października 1975 (UK)
Strona B: Working Class Hero (USA), It's So Hard (UK)
Album: "Imagine"
Kompozycja: John Lennon, Yoko Ono
Producent: John Lennon, Yoko Ono, Phil Spector
Wytwórnia: Apple
Nagrywana: maj-lipiec 1971
Długość: 3:03


JOHN: "Imagine" jest anty-religijne, anty-narodowe, anty-konwencjonalne, anty-kapiatalistyczne, ale ponieważ jest pokryte lukrem, dlatego jest akceptowane. "Imagine" jest tak samo dobre, jak wszystkie moje najlepsze rzeczy z The Beatles.  
 
YOKO: Ci wszyscy, co znają piosenkę "Imagine" rozumieją, że została napisana z głęboką miłością do rasy ludzkiej i troską o jej przyszłość. Chodzi w niej o poprawę świata dla naszych dzieci, jak i dla nas samych.


Więcej o piosence na blogu o The Beatles tutaj.






Imagine there's no heaven
It's easy if you try
No hell below us Above us only sky

Imagine all the people
Living for today
Aha-ah

Imagine there's no countries
It isn't hard to do
Nothing to kill or die for
And no religion too

Imagine all the people
Living life in peace
Yoohoo-ooh

You may say I'm a dreamer
But I'm not the only one
I hope someday you'll join us
And the world will be as one

Imagine no possessions
I wonder if you can
No need for greed or hunger
A brotherhood of man

Imagine all the people
Sharing all the world
Yoohoo-ooh

You may say I'm a dreamer
But I'm not the only one
I hope someday you'll join us
And the world will live as one





ZMIERZCH BOGÓW ?

 ____________

Tytuł tekstu to oczywiście swobodna metafora. Dla mniej obeznanych z X muzą, to tytuł wspaniałego filmu (kto go pamięta lub zna z czytających) Viscontiego z 1969 roku, który wypłynął w mojej głowie sam, tuż po wczorajszej, niespodziewanej porażce Rafy w półfinale w Madrycie. Na jego ukochanej mączce, w swojej ojczyźnie, w stolicy kraju, na oczach monarchy kraju. Ba oczach całego świata. Musi boleć. Przegrał co prawda z najbardziej obiecującym graczem obecnego tour, szalenie utalentowanym i genialnym 20-latkiem, Grekiem Stefanosem Tsitsipasem, ale z którym to rozprawiał się ostatnio niemiłosiernie. Patrząc wczoraj na ich grę i będąc oczywiście za Nadalem, widziałem, że lepiej, ładniej, skuteczniej gra Grek i to było zaskakujące. O ile wcześniej Stefanos mówił, po sromotnych porażkach z Hiszpanem, że nie wie jak sobie radzić z mocno podkręcanymi topspinami Rafy, to wczoraj zapomniał o tym. A Rafa pamiętał i przesadnie grał takimi właśnie piłkami. Które, jak napisałem, nie robiły zbytniej szkody przeciwnikowi. O ile Roger Federer mógł wygrać z Dominicem Thiemem w ćwierćfinale madryckiego turnieju, mając przecież piłki meczowe w tie-breaku, tak Rafa był raczej wczoraj bez szans, choć wydawało się, że po wygraniu trzeciego seta coś może się na korcie zmienić. Grek jednak grał mądrze. Wyjątkowo, mając przeciwko sobie cały stadion. A podkreślę, ma tylko 20 lat. Co dalej z Rafą? Hm... Nie wygrał jeszcze w tym roku turnieju na mączce. Djoko, który dzisiaj zmierzy się w finale z Grekiem (młodziak moim zdaniem nie jest bez szans), po pokonaniu Thiema powiedział, że "wygrał mecz z prawdopodobnie najlepszym graczem na tej nawierzchni". Miał na myśli mączkę, a więc sam zdetronizował Króla tej nawierzchni. Choć Rafa zrobił to w tym roku sam. Monaco, Barcelona, Madryt out. Dzisiaj rusza ostatni wielki turniej na mączce przed Rolandem Garrosem. Rzym i meldują się tam wszyscy. Djoko, Rafa, Roger. Czas dodawać do tej listy Tsitsipasa. Niestety, w Rzymie zabraknie naszego Huberta Hurkacza, który zagrał w Madrycie wspaniale, by nie zakwalifikować się do turnieju w Wiecznym Mieście. 
 Oczywiście, trzymam dzisiaj kciuki za młodego Stefanosa. Jestem pewien, że i obaj gracze przedstawieni na fotkach niżej także. Roger lubi Greka, a Rafę z pewnością zabolały słowa Serba o nowym królu mączki. Mnie zresztą też, choć możliwe, że tak jest. Ale wracając do tytułu tekstu. Absolutnie nie uważam, że czas dwójki: Rafy czy Rogera się skończył, choć w przypadku tego drugiego (37) lat bliżej jest niż dalej do tego momentu. Póki co cieszmy się, że jeszcze możemy ich oglądać.




RÓŻE EUROPY - dzisiaj i kiedyś.

Mój blog kiedyś z w założeniu miał zawierać nie tylko moje ulubione piosenki oraz albumy, ale także w formie zabawy zestawy moich ulubionych numerów danego Artysty. Postanowiłem dzisiaj wrócić w ramach tej serii do ostatnio oglądanego zespołu o wdzięcznej nazwie, jakże teraz aktualnej, Róże Europy. 
To zdecydowanie, i nie jest to tylko moje zdanie,  jedna z ciekawszych kapel lat 80-tych. Miałem przyjemność oglądać ją dwa razy w latach 90-tych, oraz niedawno trzeci. Pamiętam, że słuchając tekstów zespołu irytowałem się trochę infantylnymi tekstami, w zasadzie nazywałem wtedy to zwykłą prozą, która czasem się rymuje, zazwyczaj jednak nie, chyba, że częstochowskimi rymami. Np. słowa do niezłego numeru "Przyjedziesz metrem" brzmią tak:  Niektóre dziewczyny z bogatych domów / Bywają drewniane zimne w rozmowie / Obok szminek noszą telefony / Ciekawie na nie patrzę / Jak na bitwę pod Monte Cassino / Wybuch granatu najlepiej je ocenia / Nie lubię takich dziewcząt / Za chwilę niebo spuści deszcz / Ty przyjedziesz   metrem właśnie dziś / Dzień kolejny dla mnie jedyny sens / Ma tylko wtedy gdy jesteś Ty / Czekając na Ciebie / Spojrzenia lalek kwadratowe widzę są beznadziejne / Przyjedź szybciej... I tak dalej. No, Dylan to nie jest i nikt pewnie tego nie oczekiwał. Ktoś powie, że nawet rymy (tutaj jest ich zero)  nie są potrzebne, bo fajna melodia, pasuje do muzyki, wpasowuje się też w rytm. Ok, zgoda.  Bo we wszystkich tekstach  - przeważnie -  była pewna siła. 
Naiwność, ale i szczerość młodych przecież ludzi (żyjemy przyjaźnią męską i kobiecą - ciekawe, prawda). Nie dysponujących w zespole geniuszem na miarę Grzesia Ciechowskiego czy Kory, czy nie mającego do dyspozycji zawodowych tekściarzy jak Olewicz (Perfect) czy Mogielnicki (Lady Pank). Teksty pisał zazwyczaj lider zespołu, Piotr Klatt, choć sądziłem, że akurat do "Listu do Gertrudy Burgund" lirykę napisał bardzo ceniony oraz lubiany bardzo przeze mnie, teraz dziennikarz, Artur Orzech (na zdjęciu z lewej, z prawej Piotr Klatt).
Popełnił on jednak do tego numeru bardzo zgrabną muzykę. Jeśli nie wiecie, co mam na myśli to polecam tekst  "List do Gertrudy Burgund" lub np. "Wesołych świąt". Ba! nawet klasyk "Jedwab", najbardziej znany song warszawskiego zespołu.


Podoba mi się za to prostota mojego ulubionego numeru Róż, "Krew Marylin Monroe". I tutaj nie mogę się doczepić do żadnej linijki tekstu. Ha, myślę, że o wielu z nas, facetów, miało w swoim życiu takie swoje MM, którym poświęciłoby np. "Jedwab". Na marginesie Klatt wspominał, że wszystko co opisuje w"Jedwabiu" przeżył kiedyś naprawdę. Możliwe,że "Krew MM" jest także o tej samej dziewczynie. Nie wnikajmy. 

Warto bym zaznaczył teraz, że nie jest moją intencją krytyka tekstów zespołu, któremu przecież oddaje honor tym postem. Klatt gdy pisał "Gertrudę" miał raptem tylko 24 lata, "Jedwab" 28, stąd tekst już bardziej wyrafinowany. Ale do końca działalności płytowej teksty Piotra Klatta pozostały na takim samym poziomie. Nie zmieniły się specjalnie w bardziej wyrafinowaną poezję, tak by mogły się same bronić, bez muzyki. Pozostała w nich ta dwuznaczność, pełna często niezrozumiałości dla odbiorcy, nieprzesadnie dbająca o wspomniane rymy czy bogactwo słownictwa, które np. (pomijam znowu inną półkę, czyli Korę i G.C) pojawiało się w tekstach Krzycha Jaryczewskiego z Oddziału Zamkniętego. I koniec tutaj krytycznej analizy tekstów RE. Zresztą na krytykę, choć inną, przyjdzie czas na koniec tekstu. Najważniejsza rzecz, to tak, że większość piosenek zespołu broni się znakomitymi melodiami, ciekawymi, niebanalnymi aranżacjami (np. wspomniane wszystkie wyżej tytuły) oraz do dzisiaj bardzo dobrą produkcją. I oczywiście ciekawym wokalem Piotra Klatta. Charyzmatycznego kiedyś wokalisty.


W latach 80-tych oglądałem na koncertach chyba wszystkie liczące się polskie zespoły.  Jak już wspomniałem na początku, trzy razy Róże. I choć nie były to zbyty udane koncerty, to z pewnością nie takie, jakie teraz gra zespół. Klatt zebrał teraz do zespołu nowych muzyków i gra teraz... metalowe wersje dawnych przebojów. Jakże brakuje mi tego niesamowitego kolorytu muzycznego, feelingu zespołu, który np. możemy zauważyć w kultowym "Stańcie przed lustrami". Klawiszy, saksofonów, nieprzesterowanych gitar. Pomysłowej gry perkusji. Oglądałem niedawno koncert zespołu i na tle dwóch innych, Kobranocki i Sztywnego Pala Azji, wypadł on niestety najsłabiej. Pod każdym względem. Nie dlatego, że Kobranocka i Pal były w jakiejś rewelacyjnej formie (choć Sztywny Pal Azji z kapitalnym Leszkiem Nowakiem moim zdaniem był). Zespół RE zaprezentował swoje dawne przeboje w  ciężkiej, metalowej aranżacji, które mogłem rozpoznawać dopiero po tekstach. Pomijam słabą formę wokalną Klatta, który niestety fałszował oraz zaprezentował, na scenie jak na doświadczonego rockmana fatalną mowę ciała. Róże Europy jakby zatraciły swój dawny image sceniczny. I nie wiem, czy świadomie, czy nie. Zespół od lat nie działa zbyt aktywnie. Słaby album w 2008. W 2013 album rocznicowy. Dawny skład dawno się rozpadł. Na użytek kolejnych zaproszeń na imprezy pewnie trzeba było sklecić nowy skład. Z przyczyn finansowych jak najuboższy? Więc od 2016 tylko kwartet, w którym Klatt wcale nie gra. Gitara, bas, bębny. Wspomniana przeze mnie metalowa aranżacja, która przecież sama w sobie nie musi być wadą, jest tak monotonna, że każda piosenka jest prawie nie do odróżnienia od poprzedniej. Jak tutaj zagrać "Jedwab", który w oryginale tak intryguje hipnotyzującym riffem gitarowym od samego początku .



W którym momencie się zachwycać się pojawiającą się nagle drugą gitarą, a co dopiero wejściem sekcji rytmicznej. "Jedwab"  i inne dawne hity dzisiejszych Róż Europy to metalowa rąbanina. Czy dzieje się tak tylko dzięki skromnej obsadzie czy dzięki nowemu gitarzyście zespołu, Bartkowi Dębickiemu, członkowi metalowej kapeli None niestety nie wiem. Może tylko chwilowo, bo Dębicki wciąż jest członkiem macierzystej kapeli. Warto zwrócić uwagę na aranżację (przez to klimat) niesamowitej wprost piosenki "Stańcie przed lustrami", czy wspomnianej już piosenki o Gertrudzie, które trudno zagrać na żywo w trójkę. Genialna aranżacja, mistrzowskie partie gitarowe, blachy i klawisze zniknęły. Szkoda. Nie na taki zespół i koncert szedłem, ale ponure rozważania zakończę tym, że  nie chcę odmawiać zespołowi prawa do zmian, przekształcania się, gry wg. własnego widzimisię. Może Piotr marzył zawsze o ostrej grze i teraz to marzenie może realizować. Tylko czy to jest fair wobec fanów?  Nie jestem pewien. Mam duże pretensje do Piotra Klatta, że zagubił czar, magię dawnego repertuaru.


Bardziej bym rozumiał, gdyby zespół był cały czas czynny artystycznie i po prostu wydawał ostatnio cały czas nowe płyty w nowym swoim image'u artystycznym. Akurat takim jak gra teraz. Fani, w tym ja, bylibyśmy na to przygotowani. Ale show biznes ma swoje prawa i wymagania, a Róże Europy nigdy nie były tak wielkim zespołem, by to zmieniać. Może by warto by  zespół pamiętał, że jadą wciąż na popularności pierwszych kilku płyt, popularności zdobytej na przełomie 80-90 i dzisiaj fani idący na ich koncert, w tym ja, oczekują ze sceny choć trochę podobieństwa do oryginałów. The Rolling Stones nigdy nie odważyli się zagrać dla publiczności 'Satisfaction" bez charakterystycznego otwierającego riffu gitarowego Richardsa. Także Deep Purple, z lub bez Ritchiego Blackmore'a nie zaryzykowali zagrania "Smoke on the Water" bez znaku firmowego utworu. Wiemy o jaki chodzi prawda?
  Ale pewnie jest tak, że Klatt nie jest już specjalnie zainteresowany montowaniem nowej ekipy. To nie przypadek Kobranocki, gdzie Kobra i Atrakcyjny Kazimierz grają ze sobą od zawsze i są siłą sprawczą bytu zespołu. Róże Europy pewnie będą jeszcze nieraz gdzieś koncertować, ale czy ściągną fanów tylko na swój koncert, gdy wszyscy będą wiedzieli w jakiej jest teraz formie. 


                                              
   i jeszcze raz oryginał




____________________________________________

9. MTW: PINK FLOYD - "High Hopes"

Singiel, 17 października 1994
Singiel CD: High Hopes,
Strona B: Marooned, Album:  Division Bell
Kompozycja: David Gilmour, Polly Samson (słowa)
Producent: Bob Ezrin, David Gilmour  
Wytwórnia: EMI (UK) Długość: 5:15 (singiel), 8:34 (album)

Obsada:   
David Gilmour: wokal, chórki, wszystkie gitary: akustyczna, basowa, lap steel (slide gitara)
Richard Wright: instrumenty klawiszowe  
Nick Mason: perkusja, instrumenty perkusyjne, tamburyna, dzwonki (tzw. church bell)
John Carin: fortepian
Michael Kamen: 
aranżacja (orkiestracja) utworu
Edward Shearmur: aranżacja (orkiestracja) utworu


 Oficjalne video

Tak szczerze, to nigdy nie przypuszczałem, że Pink Floyd nagrają mój ulubiony ich numer 1 bez Rogera Watersa. Dla mnie ci dwaj muzycy to taki odpowiednik pary w The Beatles, Lennona i McCartney'a. Dwójka genialnych muzyków w każdym z tych dwóch zespołów, moich absolutnie ulubionych. Forever! I o ile zespołowi (Gilmourowi?) udało się nagrać fantastyczny, bajkowy wprost dla mnie song bez Watersa, to oczywiście nie można tego powiedzieć o całym albumie "Division Bell". To świetne wydawnictwo, ale dalekie od poziomu najlepszych albumów zespołu jakimi przecież są "The Dark Side Of The Moon", "Wish You Were Here", "The Wall" czy nawet "Animals"."Division Bell" jest wyciszony, kontemplacyjny, ale nie porywa. Nie czuje się słuchając go, że obcuje się z muzyką Pink Floyd, a więc czymś wielkim. W świat muzyczny w jaki zabierają mnie całe te albumy, na albumie z 1994 roku zabierają mnie tylko "Wielkie Nadzieje". Do tego stopnia, że nie chce mi się nigdy z niego wyjść. Mimo tego irytującego brzęczenia much, które słyszymy w utworze (cudnie wpasowują się w one w śpiew ptaków; można wtedy wyczuć zapach traw, prawda?) Irytującego tylko dlatego, bo nie lubię much. Tylko dlatego. Broń Boże nie w tym epickim songu. 
 Pompeje 2016
Żartów koniec i zakończę swoją, możliwe, że niepotrzebną recenzję utworu jeszcze jedną uwagą, bo przecież najlepszą moją rekomendacją dla tej piosenki jest  wysokie miejsce na moim topie, na którym song Davida Gilmoura pozostawił w tyle wiele piosenek ukochanych Fab Four. W obsadzie piosenki dostrzegacie dwa nazwiska aranżerów piosenki. Kamen to oczywiście bardzo znana postać, wielki amerykański kompozytor, dyrygent, szczególnie muzyki filmowej. Także muzyk sesyjny. Rozchwytywany przez rożnych artystów, zespoły, z wszelakich gatunków muzycznych  jako aranżer ich twórczości. Kamena zatrudniali obaj liderze Pink Floyd (był współproducentem ostatniego, nagranego przez oryginalną czwórkę Pink Floydów, albumu "Final Cut"), ale także takie wielkie gwiazdy jak  David Bowie, Sting,a nawet Queen i Metallica. Kto wie jak brzmiały piękny song zespołu Freddiego Mercurego, "Who Wants To Live Forever" (kompozycja gitarzysty Briana May'a) gdyby nie orkiestracja (termin ten oznacza aranżację utworu na kilkanaście instrumentów, w sumie orkiestrę).  Shearmur to jego brytyjski asystent, także mający na swoim koncie samodzielną współpracę z wielkimi świata muzyki (np. Eric Clapton, Jimmy Page i Robert Plant). 
Michael Kamen
Tutaj mam podobną uwagę, którą napisałem przy piosence Queen. Jaki to byłby song, gdyby nie właśnie ta dwójka panów, którzy zaaranżowali dla Pink Floydów Davida Gilmoura przecudowną linię melodyczną instrumentów smyczkowych, z cudowną ich frazą, którą autor zespołu adaptuje także do swojego sola gitarowego. Może było na odwrót. Może to motywu z solówki gitarowej Gilmoura (chodzi mi o ten, który wyraźnie słyszymy w 5:58 utworu) Kamen użył w pięknym orkiestrowym tle utworu? Nie wiemy do końca, czy aranżacja Kamena to także zasugerowanie zespołowi, by w utworze były dwa sola gitarowe. 
Panowie Kamen i Gilmour w czasie pracy w 1994 roku bardzo się zaprzyjaźnili i dyrygent kilka razy wystąpił na koncertach zespołu Pink Floyd jaki samego Davida,  akompaniując mu na fortepianie. Widzimy to o na clipie poniżej. I  Michael zagra nie tylko na klawiszach.To koncert z Meltdown, 2002 roku. Rok później w wieku 55 lat chory na stwardnienie rozsiane Kamen umiera na atak serca. Gilmour wspominał, że widział się z Kamenem na pogrzebie menadżera Pink Floyd,  Steve'a O'Rourke na około trzech tygodni przed jego śmiercią. "Wyglądał dobrze, to dla mnie szok".
W każdym razie podsumowując sekwencja tonów muzycznych w solo gitarowym oraz muzycznym podkładzie instrumentów klawiszowych (smyczkowych) wkrada się zawsze mocno do mego serca. To dla mnie najpiękniejsze części utworu, choć trudno zarzucić mu cokolwiek, łącznie z piękną wokalizą lidera tria Pink Floyd. A liryka songu. Myślę, że każdy z nas tak wspomina młodość, dom rodzinny, miasto, przyjaciół...
Trawa była bardziej zielona
Światło świeciło jaśniej
Wszystko smakowało bardziej
Noce pełne cudów
W otoczeniu przyjaciół
Mgiełki nadchodzącego świtu
Płynąca woda
Rzeki bez końca
Teraz i na zawsze

W poście kilka wersji koncertowej utworu, który brzmi nie gorzej niż oryginał, a nie jest to takie oczywiste. "Schody do nieba" Led Zeppelin czy "Purpurowy deszcz" Prince'a zawsze wypadają (wypadały) gorzej, nie zbliżając się nawet do wersji studyjnej. W obu przypadkach sola gitarowe były (są) nie do powtórzenia na scenie na żywo. Niekoniecznie to wina artystów, ale po prostu w studiu budowane one były z nakładek gitarowych. Oba sola Gilmur'a w omawianej piosence, na gitarze akustycznej i slide gitarze są mniej skomplikowane, lub łatwiejsze do odtworzenia na scenie. I o to chodzi w muzyce, prawda? Pomijając fakt szalonej Beatlemanii, uniemożliwiającej im normalne życie, to właśnie nie możność odtworzenia na scenie zbliżonych do wersji studyjnych nagrywanych piosenek, była głównym powodem zaprzestania przez zespół tras koncertowych.
NICK MASON: Dzięki albumowi "Division Bell" wróciliśmy znowu do bycia prawdziwym zespołem jako trio. Nagraliśmy wszystko razem, wszystko razem wyprodukowaliśmy. "High Hopes" to jedna z 10 najlepszych piosenek Pink Floyd.  
DAVID GILMOUR: Przez dwa tygodnie wspólnie improwizowaliśmy. Takie ponowne wspólne granie było szalenie ekscytujące. Potem wszystko ruszyło z kopyta. Cały album jest taki spójny bo to efekt współpracy całej naszej trójki. 


DAVID GILMOUR: To pierwsza piosenka, którą napisałem na ten album [ostatecznie została ostatnią]. Piosenka "High Hopes" opowiada o moich wczesnych wspomnieniach z młodości, z dzieciństwa, o moim rodzinnym mieście [muzyk urodził się w 1946 roku w Grantchester, w Cambridge] niż o początkach Pink Floyd, o czym przeczytałem w mediach...

Trio Pink Floyd.



_________________________________________________________
W wywiadzie dla magazynu Mojo czytamy: 
DAVID GILMOUR: W tę muzykę wkładam własną duszę. Ale Pink Floyd nie jest tylko mój. Jestem ograniczony przez czyjeś pragnienia i potrzeby. Cała rzecz w tym, żeby wypośrodkować sztukę pomiędzy ideałami. W obecnych czasach mam nieco więcej do powiedzenia aniżeli inni, bo to rodzaj organizacji merytokratycznej, lub jeśli wolisz: produkuję większość tekstów, muzyki, kierunków. Jestem osobą, na którą ta funkcja przypadła, nie żaden wybór. 
David i Polly
- Wiemy już, że jesteś "głównym graczem". Ale czy może mógłbyś scharakteryzować tą "duszę"? A może jesteś przeciętnym Anglikiem, nie lubiącym pogadać o tych sprawach? 
DAVID GILMOUR:  Nie wiem, co chcesz przez to powiedzieć... to nie tak, że nie chcę mówić. Może to źle ujmuję. W końcu moją najlepszą formą wypowiedzenia się jest gitara i śpiew. 
- Powracając do estrady, no i studia... 
DAVID GILMOUR: Jeśli tak chcesz. Cały cykl w studiu nagrań jest bardzo ważny. Nawet więcej. To jest... czasem frustrujące i satysfakcjonujące Jeśli otrzymasz te dźwięki, jakie chciałeś usłyszeć i myślisz?to mogą ludzie dostać?. Są kawałki powstające szybko i pięknie — "High Hopes" z ostatniej płyty. Napisałem z obecną żoną, Polly, bardzo szybko. Wszedłem do studia i zademonstrowałem. Skończyłem w jeden dzień. Przy wyjściu ze studia (tu cichy szept) czułem się cholernie fantastycznie. Taki moment to radość i duma mające w sobie coś z magii. W przeciwieństwie jak ci nie wychodzi... ale nie będę podawał tytułów. 
- Grając "High Hopes" na Earls Court, piosenkę o niezwykłej prywatności, napisanej wspólnie z żoną, gdzie wtedy byłeś?
DAVID GILMOUR: Znajduję się w kokonie. Całkowicie odizolowany. Jeśli robisz to najlepiej jak potrafisz, ludzie to rozumieją. Ale nie kieruję tego do jednej osoby. W ogóle nie myślę wtedy o publiczności Robię to po prostu we własnej wyobraźni. Przez większość czasu przymykam oczy i skupiam się na słowach, tak by znaczyły to, co mają oznaczać. To proste kiedy śpiewasz i nie zastanawiasz się co to oznacza. Z takimi piosenkami — również Rogera — wydaje mi się, że zaśpiewanie każdej sylaby i nadania jej właściwego znaczenia jest niezwykle ważne. Musicie w to uwierzyć.










Beyond the horizon of the place we lived when we were young
In a world of magnets and miracles
Our thoughts strayed constantly and without boundary
The ringing of the division bell had begun

Along the Long Road and on down the Causeway
Do they still meet there by the Cut

There was a ragged band that followed in our footsteps
Running before time took our dreams away
Leaving the myriad small creatures trying to tie us to the ground
To a life consumed by slow decay

The grass was greener
The light was brighter
With friends surrounded
The nights of wonder

Looking beyond the embers of bridges glowing behind us
To a glimpse of how green it was on the other side
Steps taken forwards but sleepwalking back again
Dragged by the force of some inner tide

At a higher altitude with flag unfurled
We reached the dizzy heights of that dreamed of world

Encumbered forever by desire and ambition
There's a hunger still unsatisfied
Our weary eyes still stray to the horizon
Though down this road we've been so many times

The grass was greener
The light was brighter
The taste was sweeter
The nights of wonder
With friends surrounded
The dawn mist glowing
The water flowing
The endless river

Forever and ever




SONGS 4 2DAY: WU-HAE dwa razy

Dwie piosenki. Ostrzegam, uzależniają. Szczególnie pierwszy numer. Wu-hae i chyba największy hit zespołu z Krakowa i Nowej Huty. "Ludzi masa" z albumu "Życie na raty", melodyjny do bólu hicior, to zgrabne połączenie rocka i hip hopu. 
Bardzo profesjonalnie nagrane, choć clip mógłby być lepszy i mimo, że zrobił go zawodowiec, odstaje pod poziomu songu. Widzimy w nim wyróżniającego się  wiekiem klawiszowca. Ten pan  to Wojciech Karolak, nasz znakomity jazzman, wdowiec po wspaniałej pani Marii Czubaszek. Numeru można słuchać bez przerwy.  Naprawdę! W 2006 roku piosenka była wielkim przebojem, choć zdaje się nie dotarła do Trójki.
 


Ta druga już tak. Cover Pefectu, "Nie patrz jak ja tańczę" z Grzegorzem Markowskim. 2010 rok, album "Opera Nowohucka". Co ciekawe. Perfect nigdy nie nagrał go w studiu a piosenka w wykonaniu tego zespołu ukazała się tylko na koncertowym albumu kapeli 'Live April 1987'. Świetny numer. Oba zresztą. Kupujcie w ciemno. Facet, który prowadzi takie fajne dwa blogi nie może mieć, hahah, złego gustu.
Przesłuchałem ostatnio trochę więcej nagrań kapeli. Myślę, że wrócę do niej na blogu już niebawem.






10. MTW: QUEEN - "Bohemian Rhapsody"

Singiel, 31 października 1975
Strona B: I'm In Love With My Car
Album: A Night At The Opera
Kompozycja: Freddie Mercury
Producent: Roy Thomas Baker, Queen
Wytwórnia: EMI
Długość: 5:55



Obsada:
Freddie Mercury: główny wokal, nakładki wokalne, fortepian, harmonie (średnie tony)
Brian May: gitara, harmonie (niskie tony)
Roger Taylor: perkusja, timpani, instrumenty perkusyjne, harmonie (wysokie tony)
John Deacon: gitara basowa 


Freddie, 1975
Trudno mi sobie wyobrazić czytelnika mego bloga, który nie obejrzał w minionym roku film pod tytułem "Bohemian Rhapsody", poświęcony zespołowi Queen i jego wokaliście, Freddiemu Mercuremu, w którym pięknie wyeksponowano powstanie opisywanej dzisiaj piosenki. Pięknej ballady rockowej. Z elementami pop opery, strukturą rozbudowaną na kilka części, tekstem na serio i stricte pastiszowym oraz popisami wokalnymi i aranżacyjnymi całego zespołu. Choć powyższe moje zdanie nie jest do końca prawdziwe. Mam na myśli same powstanie utworu, bo sam proces nagrywania, przekonywania producentów i wytwórni do wydania "takiego" singla w filmie się znalazło. Nie bardzo wiemy jak w umyśle Freddiego powstawała "Rapsodia". Skąd pomysł na podział utworu na kilka części, skąd wzięły się fragmenty quasi-operowe. Widz nie znający historii zespołu może się tylko domyślać. Mamy tam przecież pewne sygnały: Queen może sobie na taki utwór pozwolić, Queen jest inny i nie zważa na schematy. No i znamy skalę głosu wokalisty stąd może jego chęć pokazania swoich wokalnych możliwości. Bo czy Freddie tak uwielbiał opery i operetki możemy się z filmu tylko domyślać. Warto tutaj podkreślić, że z trójki żyjących  muzyków Queenu w jego produkcję zaangażowani byli tylko Brian May, gitarzysta zespołu i Roger Taylor, perkusista. Nie udało mi się znaleźć nigdzie jasnej informacji, dlaczego w produkcję filmu nie był zaangażowany John Deacon. Choć przy nich warto podkreślić, że obaj ci muzycy bardzo odpowiadali za cały wizerunek zespołu, także muzyczny. Największe przeboje Queenu to nie tylko kompozycje Mercurego, ale jeszcze wrócę do tego tematu pod koniec postu. Wracając do tematu filmu. Jako twórcę "Bohamian Rhapsody" jednoznacznie uznaje się Freddiego i tutaj w filmie nikt mu tej chwały nie odbiera. Nie jest jednak zaznaczone, czy ostateczny kształt songu to tylko realizacja przez zespół pomysłu jego twórcy. Tego May ani Taylor nie zaakcentowali w filmie, więc niejako zasługi wykreowania tego utworu w takiej postaci spadają na cały zespół. Jak było naprawdę?
Każdy zna tą piosenkę, ale trudno mi przy takim utworze pozostawić ten post bez kilku podstawowych informacji o utworze, któremu poświęca się najwięcej  miejsca w każdej biografii zespołu czy Farrokha Bulsary, znanego jako Freddie Mercury. Jeżeli album The Beatles z 1967 roku, słynna "Orkiestra Klubu Samotnych Serc Sierżanta Pieprza" zmieniła na zawsze muzykę rozrywkową, to z pewnością przebój Queenu zmienił całą muzykę lat 70-tych.
W niezliczonej ilości wywiadów członkowie opisywali dokładnie powstanie utworu, ale mnie szczególnie spodobała się wypowiedź Rogera Taylora (na zdjęciu), perkusisty zespołu: W dyskografii Queen jest wiele utworów, z których jesteśmy dumni. Mamy przecież  "We Are The Champions", który stał się niejako sportowym hymnem. Fani kochają "We Will Rock You". Ale tak, zawsze pytany jestem o "Bohemian Rhapsody". Oczywiście, bez tego utworu nasz zespół, nasza muzyka nie byłaby...  kompletnymi. Z racji choćby tego utworu jesteśmy zapisani w historii muzyki.
FREDDIE MERCURY [1985]: To były w zasadzie trzy utwory, które chcieliśmy wydać. Połączyłem je po prostu w całość. 
 
Znany muzyczny krytyk Irwin Fisch dzieli utwór na pięć części: 1. wstęp a capella, 2. ballada, 3. opera, 4. hard-rock 5. refleksyjna coda. Podkreślał, że to utwór, który zadziwiał każdego już przy pierwszym przesłuchaniu. Wywoływał myśl: Co to, do diabła, jest???  Utwór nie miał wcale refrenu, co zaskakiwało słuchacza. Łamał gatunki muzyczne, co wczesniej robili The Beatles w "A Day In The Life" czy Beach Boys w "Good Vibrations". Queen podchwycili te pomysły i pchnęli je w górę. Ważna jest bardzo produkcja utworu. Nie tylko w wokalach jest harmonia. Nawet w instrumentach, które brzmią jak echa.Technika podobna jak w metodzie produkcji muzyki z lat 60-tych Phila Spectora, zwaną 'The Wall od Sound" (ścianą dźwięku). Queen użył w utworze techniki zwanej miksowaniem redukcyjnym


Singiel z utworem stał się od razu wielkim komercyjnym sukcesem lądując na 1 miejscu brytyjskich list przebojów, pozostając tam przez ponad 2 miesiące i w ciągu trzech miesięcy sprzedając się na tamtejszym rynku w ilości ponad miliona kopii. W Ameryce piosenka poradziła sobie gorzej, dochodząc tylko do 9 miejsca notowań Billboardu. Po śmierci Freddiego w 1991 roku singiel został znowu wydany, znowu zawojował listy na całym świecie. W 2012 roku był w Wielkiej Brytanii  trzecim najlepiej sprzedającym się singlem wszech-czasów, ustępując miejsca piosence Eltona Johna w hołdzie księżnej Dianie (Candle In The Wind) oraz piosence "Do They Know It's Christmas" Band Aid. Dwa pierwsze miejsca są oczywiste nie z powodów muzycznych, ale nazwijmy to "sentymentalnych" oraz tzw. "okolicznościowych". Za piosenką Queen plasuje się ballada Paula McCartney'a i Wings o urokach szkockiej zatoki Kyntire.
  Warto tutaj zaznaczyć, że piosenka początkowo nie spodobała się krytykom. Uznali ją za zbyt przesadzoną, miejscami kiczowatą, a teksty za zbyt fatalistyczne. Niektórzy radzili powtórny miks z wycięciem środkowej partii, tzw "operowej". Freddie nigdy nie próbował skomentować czy wyjaśnić znaczenia utworu. Brian May z kolei zgadza się z niektórymi sugestiami odnośnie tekstu piosenki,  w których Freddie mógł zawrzeć "zawoalowane odniesienia do swoich osobistych urazów. Freddie miał bardzo złożoną osobowość, na powierzchni żartobliwą, niefrasobliwą, ale pod nią niepewną, uwarunkowaną swoim dzieciństwem. Nigdy nam nie wyjawił ile siebie włożył w piosenkę. Roger Taylor bagatelizuje  wszystkie te teorie, stwierdzając, że "prawdziwe znaczenie piosenki jest oczywiste, z odrobiną nonsensów ze środka". Po latach, kiedy zespół wydał swoją składankę "Greatest Hits", w Iranie dołączono do kasety ulotkę w języku perskim z komentarzami zespołu do piosenek. Przy "Bohemian Rhapsody" przeczytamy tam, jest to piosenka o młodym człowieku, który przypadkowo kogoś zabija, i podobnie jak Faust sprzedaje swoją duszę diabłu. W noc poprzedzającą egzekucję wzywa Boga, wołając: 'Bismillah' (w imię Boga - po arabsku), by  z pomocą aniołów odzyskać swoją duszę z rąk Belzebuba, w ulotce  'Szaitana" (w islamie diabła).
  W tym samym czasie  co singiel, zespół wypuścił epickie video do tej piosenki, które wyreżyserował Bruce Gowers. Film promocyjny i nie pierwszy, bo wcześniej zespół już wypuszczał filmiki promujące poprzednie swoje single. Ale nie takie, jak tym razem. Któż z nas dzisiaj nie zna obrazu czterech wyłaniających się z ciemności czterech twarzy? Gowers wspominał, że zespół bardzo czynnie angażował się w proces powstawania clipu."Choć zespół był całością, to był tam tylko jeden lider. Freddie!"
Pomimo braku wtedy na rynku stacji telewizyjnych w rodzaju przyszłej MTV (miała powstać za 7 lat), clip z piosenką stał się szalenie popularny na całym świecie. I jest tak do dzisiaj. Krytycy muzyczni uważają powstanie clipu do piosenki "Bohemian Rhapsody" za jedno z przełomowych wydarzeń w historii muzyki. W dalszej części tekstu pominę wyliczanie wszystkich nagród, które zdobyła piosenka, video, pozycji we wszelakich zestawieniach, liczbę coverów i ogromną liczbę wszelakich rekordów, związanych z tym songiem. Znajdziecie to wszystko w sieci.

John Deacon, Roy Thomas Baker, Freddie Mercury, Brian May, Roger Taylor
Klawiszowiec zespołu Smile (pierwsza odsłona Queenu), Chris Smith, który bardzo zaprzyjaźnił się z Mercurym, wspomina, że pierwszy zarys piosenki muzyk napisał już pod koniec lat 60-tych. Piosenka miała się wtedy nazywać "Real Life", choć rożne źródła podają inne tytuły (np. "The Cowboy Song"). Zapamiętał fragment utworu z tekstem "Mama, właśnie zabiłem człowieka", który znalazł się w ostatecznej wersji utworu. Producent albumu "A Night At The Opera", jak i poprzednich albumów zespołu, Roy Thomas Baker, zapamiętał, że Freddie w różnych momentach współpracy grywał już fragmenty późniejszej "Rapsodii". W 1972 roku muzyk po raz pierwszy miał powiedzieć do producenta (po zagraniu pierwszego fragmentu): "tutaj teraz wkracza sekcja operowa". Brian May dopowiada, że "pomysł Freddiego wydał nam się od razu intrygujący, oryginalny i wart zainteresowania". Gitarzysta uzupełnia swoją wypowiedź, że chociaż piosenka "była w umyślę Freddiego, zanim zaczęliśmy nad nią pracować, to wiele związanych z nią pomysłów, powstało już w studiu"
  Muzycy zespołu przyznają, że w czasie prac nad piosenką (kilka studiów, m.in: studia Ridge Farm w Surrey w Anglii, Rockfield Studio koło Monmouth w Południowej Walii) nagraniem kierował Freddie, który był jednak otwarty na sugestie i podpowiedzi kolegów. Sam Freddie używał w czasie sesji tego samego fortepianu, którego użyli The Beatles (Paul McCartney) w czasie nagrywania piosenki "Hey Jude". Magia? Dodajmy, że Queen miał już od wytwórni wolną rękę w kształtowaniu i doborze swego repertuar, gdyż ich poprzedni album „Sheer Heart Attack" odniósł spory sukces finansowy. Innymi słowy zespół przejął nad samym sobą pełną kontrolę.

 I znowu Roy Thomas Baker: Nagrywanie "Bohemian Rhapsody" było szalone, ale dobrze się wtedy bawiliśmy i cieszyliśmy każdą chwilą. Song był jak żart, dowcip, ale w dobrym stylu. Musieliśmy go nagrać w trzech oddzielnych partiach. Cały początkowy wstęp, potem cały środek no i samy końcu cały finał. To było kompletne szaleństwo. Ledwo zaczęła się środkowa część, gdy Freddie pojawiał się ze swoimi kolejnymi "Galileos", które ciągle dokładaliśmy. Cała ta partia utworu bardzo się rozrosła a my ciągle nie mogliśmy przestać się dobrze przy tym bawić. I takie coś robiliśmy w czasach, kiedy zespoły starały się grać coraz bardziej ciężką muzykę. To wydawało się niezbyt fajne i na czasie, bo poza głównym nurtem.


  Freddie, May i Taylor ćwiczyli - śpiewali - swoje partie po kilkanaście godzin dziennie, aż wszyscy stwierdzili, że to jest to. May, dostrzegając wyjątkowość utworu, pracował nad swoją solówką gitarową, która została nagrana tylko na jednej ścieżce, choć w studiu zespół dysponował 16-ścieżkowym magnetofonem.
BRIAN MAY: Chciałem skomponować trochę innej melodii, która nie byłaby powieleniem głównej melodii utworu. Nie chciałem zagrać samej melodii.





Dokumentacja filmowa - Inside "Bohemian Rhapsody" na Youtube - polecam (link tutaj). 
Poniżej fragment.




                   2018. Roger Taylor i Brian May z żonami na premierze filmu "Bohemians Rhapsody"

 ---------

Na moim topie to już ostatni numer Queenu. Wcześniej znajdziecie na 105. Innuendo,     na 95. Show Must Go On,  na  150. Life Is Real , oraz mój top piosenek zespołu. Trudno mi znaleźć drugi zespół obok The Beatles z tak różnorodną paletą przebojów. W Fab Four tworzyli Lennon, McCartney, razem, osobno, Harrison, ba, nawet Starr. Wszyscy śpiewali, stąd taka bogata różnorodność nagrań tego zespołu. W każdym innym zazwyczaj mamy do czynienia z kompozycjami lidera, liderów zespołu, stąd ich monotonia. Dla mnie niestety 90% kompozycji The Rolling Stones brzmi tak samo. W Eagles, Pink Floyd tworzyła większa ilość muzyków, ale specyfika gatunku muzycznego bardzo upodabnia twórczość tych zespołów i czasem słuchania ich nagrań dłużej jak godzinę nuży. Może powinienem tutaj skreślić Pink Floydów, bo to inna kategoria muzyki, i akurat ich muzykę kocham prawie tak samo jak Beatlesów. W Eagles czy to kompozycja Glena Frey'a, Dona Henley'a, Walsha czy Schmita - na koniec wychodzi nam łagodny country rock a la Orły. Trochę nudnawy w większych dawkach. W Queen komponowali wszyscy. Największe przeboje zespołu to kompozycje Freddiego (wszystkie z topu), May'a (We Will Rock You, Who Wants To Live Forever), Taylora (Radio Ga-Ga) czy nawet Johna Deacona (Another One Bites The Dust). Każdy inny, choć śpiewa w nich główny wokal tylko Freddie. I to czyni ten zespół Gigantem muzyki. Na zawsze.


Is this the real life?
Is this just fantasy?
Caught in a landslide, no escape from reality.
Open your eyes, look up to the skies and see.
I'm just a poor boy, I need no sympathy,
Because I'm easy come, easy go, little high, little low.
Anyway the wind blows
Doesn't really matter to me, to me.


Mama just killed a man
Put a gun against his head
Pulled my trigger, now he's dead.
Mama, life had just begun
But now I've gone and thrown it all away.
Mama, ooh, didn't mean to make you cry,
If I'm not back again this time tomorrow,
Carry on, carry on, as if nothing really matters.

Too late, my time has come
Sends shivers down my spine
Body's aching all the time.
Good bye, everybody, I've got to go
Gotta leave you all behind and face the truth.

Mama, ooh (anyway the winds blow), I don't wanna die
I sometimes wish I'd never been born at all.

I see a little silhouette of a man,
Scaramouche, scaramouche, will you do the Fandango.
Thunderbolt and Lightning, very very fright'ning me.


(Galileo) Galileo
(Galileo) Galileo
Galileo figaro, magnifico.

I'm just a poor boy and nobody loves me.
He's just a poor boy from a poor family,
Spare him his life from this monstrosity.

Easy come, easy go, will you let me go?
Bis-mil-lah !
No, we will not let you go. (Let him go)
Bis-mil-lah !
We will not let you go. (Let him go)
Bis-mil-lah !
We will not let you go. (Let me go)
We'll not let you go. (Let me go)
We'll not let you go. (Let me go)

Ah.
No, no, no, no, no, no, no (Oh mamma mia, mamma mia)
Mamma mia, let me go.
Beelzebub has a devil put aside for me, for me, for me.

So you think you can stone me and spit in my eye,
So you think you can love me and leave me to die.
Oh, baby, can't do this to me, baby,
just gotta get out, just gotta get right outta here.


Nothing really matters, anyone can see,
Nothing really matters,
Nothing really matters to me.
Anyway the wind blows.


11. MTW: MATTHEWS SOUTHERN COMFORT - "Woodstock"


Singiel: 24 lipca 1970 (UK)
Strona B: "Scion" (UK),
Album:  Later That Same Year
Kompozycja: Joni Mitchell 
Wytwórnia: Uni 
Producent: Iain Matthews
Długość: 4:26





Ballada, którą znam od "zawsze". Pokochałem ją w podobny sposób jak "Help!" Beatlesów. O ile tutaj zobaczyłem zespół na ekranie w swojej "bondowskiej" komedii, to z balladą "Woodstock" MSC zetknąłem się słuchając nagrania z 4-ścieżkowego magnetofonu. Piosenka poprzedzała lub była poprzedzona jakimś słuchowiskiem, może stanowiła tło muzyczne do niego, jak np. kiedyś "Girl" Beatlesów w teatrze z serii Kobra. Nie pamiętam tego. W każdym razie piosenkę poprzedzał narrację lektora, na potrzeby tego tekstu zupełnie nieistotną, choć wciąż dobrze pamiętam ten tekst. Pamiętam także, że bardzo długo nie byłem pewien, czy wokal śpiewa mężczyzna czy kobieta. 
    

  "Woodstock" to ballada amerykańskiej artystki, Joni Mitchell, która napisała ją rok po słynnym festiwalu i wydała na swoim albumie "Ladies of the Canyon" (także na singlu, jako stronę B swego przeboju "Big Yellow Taxi"). W bardzo skromnej, akustycznej aranżacji. Słuchając wersji MSC można wysnuć tezę, że dopiero elektryczne gitary, pełna rockowo-folkowa aranżacja nadała piosence uroku.
 Nic bardziej błędnego. Prawie miesiąc po premierze albumu Mitchell, piosenkę nagrał słynny kwartet folkowy Crosby, Stills, Nash & Young i wydał także na singlu. W wersji już z gitarami elektrycznymi, bogatszą niż oryginał aranżacją, nawet z lekko zmienionym tekstem. I ja tam prawie wcale nie odnajduję piękna piosenki, choć ich wersja dotarła prawie do pierwszej dziesiątki listy przebojów Billboardu. W wersji legendarnego kwartetu zaginął mi duch, klimat piosenki, którą odnajduję w wersji Matthews Southern Comfort. Zespołu spoza Ameryki, bo brytyjskiego, śpiewającego w hołdzie amerykańskiemu festiwalowi. Ale wróćmy na chwilę do przerwanego wątku.  Crosby, Stills, Nash and Young. Przed tym ostatnim otworzy się w przyszłości o wiele większa kariera niż obok kolegów.
Wymieniony w nazwie zespołu Graham Nash (na zdjęciu z Joni Mitchell), angielski (!) muzyk, członek bardzo popularnej w latach 60-tych kapeli The Hollies, był wówczas chłopakiem Joni, i od razu dostrzegł duży potencjał w piosence Joni. To on opowiedział jej o samym Woodstock (na którym zresztą jego kapela wystąpiła)  legendzie (prawie od razu) i magii tego koncertu. Joni napisała piękny tekst o wyprawie bohatera (bohaterki) piosenki na farmę Maxa Yasgura na festiwal, dołączeniu się do pielgrzymujących tam ludzi (rock and rollowego zespołu) i w zasadzie opisała w niej całą filozofię dzieci-kwiatów, epoki hippiesów, flower-power, końca lat 60-tych. Moim zdaniem piękniej niż to ma miejsce w drugim hymnie tamtych czasów, songu "San Francisco" Scotta McKenziego, który to także odnajdziecie na moim topie, choć może nie tak drobiazgowo jak Don McLean w "American Pie". Dodam jeszcze, że sama Mitchell nie wystąpiła na Woodstock, choć niektóre źródła mylnie taki fakt podają.





  "Woodstock" stało się wielkim światowym przebojem za sprawą brytyjskiej kapeli Matthews Southern Comfort i tą wersję umieszczam na miejscu 11 swego topu. Pierwsze wykonanie piosenki miało miejsce jeszcze w 1970 roku, w czerwcu w programie BBC. Matthews znał piosenkę, gdyż był posiadaczem albumu Mitchell. Zespół do tego programu potrzebował dodatkowej piosenki i to właśnie lider zespołu zasugerował włączenie jej do swej playlisty. Wersja MSC klimatem była bardzo podobna do oryginału, jedynie bogatsza aranżacja nadała piosence całkiem inny wymiar. Do tego stopnia wykonanie piosenki w audycji radiowej spodobało się słuchaczom, że prędko z zespołem nawiązała kontakt wytwórnia płytowa Uni Records, która chciała by zespół dograł tę piosenkę do mającego niebawem się ukazać albumu. Matthews wspomina, że radiowe wykonanie piosenki niewiele różniło się od wersji Joni Mitchelli, że dopiero później zespół zdecydował się na jej prze aranżowanie. Dodał także, że nie bardzo umiał się wtedy dogadać  z wytwórnią, gdyż nie chciał "psuć" gotowego już materiału na album dodawaniem nowego numeru. Zgodził się jednak by wydano "Woodstock na singlu. 


Popularność singla spowodowała, że rok później na rynku amerykańskim ukazał się album zespołu "Later That Same Year", różniący się jednak o wydanej wcześniej w 1970 wersji brytyjskiej tym, że dodano tutaj, kosztem utworu "Jonah" właśnie piosenkę "Woodstock". Zespół zmienił trochę tonację utworu, bo jak wspomina Matthews, nie mógł wyciągnąć wysokich tonów Mitchell, która miała przyznać, że woli właśnie tonację wybraną przez niego.
IAIN MATTHEWS: Rozebraliśmy piosenkę na czynniki pierwsze i złożyliśmy od nowa. Wiedzieliśmy od razu, że mamy "coś". Ale byliśmy zespołem albumowym, nie robiliśmy singli. Ale wiedzieliśmy, że ten numer jest czymś wyjątkowym
  Tak więc w tym samym czasie co wersja Crosby, Stills, Nash And Young na rynku brytyjskim znalazła się wersja "Woodstock" MSC.  Z miejsca stała się tam numerem 1. Na rynku amerykańskim piosence wiodło się średnio. 23 to najwyższa pozycja na tamtejszym rynku. Do dzisiaj to największy przebój kapeli Iaina Matthewsa. Ciekawostką jest fakt, że na tym samym albumie zespołu MSC, na którym znalazła się piosenka "Woodstock", była piosenka autorstwa Neila Younga "Tell Me Why". Tego samego Younga od kwartetu Crosby....





Wersja autorska Joni Mitchell

Wersja Crosby, Stills, nash & Young



I came upon a child of God
He was walking along the road
When I asked him, where are you going?
This he told me
I'm going down to Yasgur's farm
Think I'll join a rock and roll band
I'll camp out on the land
I'll try and set my soul free

We are stardust, we are golden
And we've got to get ourselves back to the garden

Then can I walk beside you
I have come here to lose the smog
And I feel just like a cog
In something turning
Well maybe it's the time of year
Or maybe it's the time of man
And I don't know who I am
But life's for learning

We are stardust, we are golden
And we've got to get ourselves back to the garden

By the time I got to Woodstock
They were half a million strong
Everywhere there were songs
And celebration
And I dreamed I saw the bombers
Riding shotgun in the sky
Turning into butterflies
Above our nation



We are stardust, we are golden
And we've got to get ourselves back to the garden

We are stardust, we are golden
And we've got to get ourselves back to the garden

We are stardust, we are golden
And we've got to get ourselves back to the garden