Wyszukiwanie : .Szukaj w blogu.

2. Szukaj w blogu - zbiórczo

BATALIE SĄDOWE THE BEATLES

 

 



  

Na blogu zamieściłem już serię tekstów o rozpadzie zespołu. Kalendarium Beatlesów po 1970 roku opisuje zresztą dość dokładnie wewnętrzne, „porozwodowe” spory czterech muzyków. Otrzymałem mimo to kilkanaście maili od przyjaznych memu blogowi Czytelników z kolejnymi pytaniami: jak to właściwie było z tym „break-upem” Największego Zespołu w dziejach? Kto kogo pozwał? Dlaczego Paul McCartney wystąpił przeciwko dawnym kolegom? I czy rzeczywiście zrobił to po to, aby uratować spuściznę The Beatles?

GEORGE MARTIN: Gdy odszedł Brian Epstein, zabrakło kogoś, kto potrafiłby ich zjednoczyć od strony biznesowej i życiowej. Pojawienie się Kleina wprowadziło podziały, z których nie było już odwrotu. To, że musieli rozmawiać ze sobą przez prawników i pozywać się nawzajem, było niezwykle smutne, bo w głębi serca wcale tego nie chcieli – zostali zmuszeni przez sytuację finansową i prawną... Wiedzieliśmy, że to koniec. Atmosfera była gęsta, a w tle wisiały już groźby procesów i sporów o pieniądze. Ale kiedy wchodzili do studia, potrafili jeszcze na ten jeden moment stać się dawnymi Beatlesami i stworzyć arcydzieło.  


Spróbujmy więc przybliżyć najważniejsze sądowe wydarzenia w historii Fabsów, które ostatecznie przypieczętowały los legendarnej wielkiej czwórki. Na samym końcu tego postu umieściłem linki do moich czterech wcześniejszych artykułów, w których niezwykle szczegółowo opisałem wielowymiarowy proces rozpadu Największego Zespołu Świata.

Zanim jednak przejdziemy do samych paragrafów, trzeba od razu mocno podkreślić jedną zasadniczą rzecz: ten sądowy dramat nie dotyczył wyłącznie przerostu ambicji, urażonych uczuć czy czysto muzycznych, twórczych sporów w studiu nagraniowym. The Beatles przez lata byli przede wszystkim wielką, absolutnie wyjątkową artystyczną przyjaźnią. Z czasem jednak, niemal niezauważalnie, ta czwórka chłopaków z Liverpoolu stała się zarazem potężnym, sprawnie działającym i skomplikowanym przedsiębiorstwem generującym niewyobrażalne zyski. 

Imperium zwane Apple Corps, gigantyczne i wieloletnie kontrakty płytowe, prawa autorskie do nieśmiertelnych katalogów piosenek, wydawnictwa muzyczne, prawa do filmów, sprzęt nagraniowy, luksusowe nieruchomości i niewyobrażalne wręcz miliony dolarów – wszystko to nagle należało jakoś formalnie i prawnie uporządkować. Główny problem polegał na tym, że czterech Beatlesów w pewnym momencie całkowicie przestało ufać sobie nawzajem w sprawach codziennych. A co najgorsze, w tym gąszczu wzajemnych żali, nie potrafili za nic zgodzić się co do tego, komu właściwie powierzyć sterowanie ich wspólnym, finansowym majątkiem i komu powierzyć klucze do tego finansowego skarbca.


PAUL:  Nie ja zainicjowałem rozpad. To był nasz Johnny. O nie, nie, nie. John pewnego dnia wszedł do pokoju i powiedział: «Opuszczam Beatlesów». I dodał: «To dość ekscytujące, to trochę jak rozwód».

JOHN: Kiedy Paul nas pozwał, poczułem się, jakby ktoś mnie uderzył w twarz. To było jak rozwód, tylko że zamiast jednej żony miałem trzech braci, a jeden z nich właśnie wystąpił przeciwko całej rodzinie... 

Paul był absolutnie przekonany, że najlepszym i najbardziej godnym mężem mężem stanu w tym finansowym chaosie będą Lee oraz John Eastmanowie — odpowiednio ojciec i brat jego żony, Lindy McCartney (widoczni na załączonej fotografii). McCartney widział w nich wykształconych, opanowanych nowojorskich prawników z najwyższej półki, którzy z klasą dbaliby o interesy Fabsów. Jednak pozostała trójka dostrzegała w tym układzie ogromne zagrożenie, obawiając się nepotyzmu oraz stopniowej dominacji Paula nad resztą zespołu. Producent, "ojciec muzyczny" zespołu, czasem nazywany "piątym Beatlesem", George Martin  - po latach - zauważał, że gdyby Paul nie pozwał pozostałych trzech członków zespołu w Sądzie Najwyższym, cały dorobek i prawa do muzyki The Beatles wpadłyby w ręce Allena Kleina. Pozew sądowy – choć brutalny emocjonalnie – był jedynym prawnym sposobem na zamrożenie majątku i „uratowanie” spuścizny zespołu dla nich samych.

GEORGE MARTIN: Patrzenie na to, jak pozywają się w sądzie, było bolesne. Przez tyle lat tworzyli jedność, byli niemal jak jeden organizm. Aż nagle znaleźli się w miejscu, gdzie te same cztery osoby, które trzymały się razem przeciwko całemu światu, zaczęły walczyć przeciwko sobie. To nie była kwestia nienawiści muzycznej – to były pieniądze, egocentryzm i złe doradztwo... To bardzo mnie zdenerwowało — a Paula zdenerwowało jeszcze bardziej, ponieważ ani on, ani ja nie wiedzieliśmy o tym, dopóki sprawa nie została załatwiona. Zrobiono to za naszymi plecami, bo wtedy Allen Klein kierował Johnem... Naprawdę dochodziło między nimi do bójek.

YOKO ONO: Nie sądzę, żebym nawet próbowała ich rozbić... John był absolutnie dewastowany i wściekły, gdy dostał dokumenty sądowe. Dla niego fakt, że Paul podał ich do sądu – swoich własnych braci – był przekroczeniem granicy. John nie rozumiał wtedy prawniczych zawiłości i tego, że Paul walczył w ten sposób z Allenem Kleinem. Dla Johna to był cios prosto w serce: »Paul pozwał mnie do sądu«. Pamiętam ten ogromny żal i poczucie zdrady, które przerodziło się w gwałtowny gniew.

ALLEN KLEIN:  Kiedy wszedłem do Apple Corps w 1969 roku, ich finanse to było jedno wielkie szambo. Tracili tysiące funtów tygodniowo na głupoty, ich konta były puste, a firma tonęła. Przeorganizowałem ich renegocjacje z EMI, wywalczyłem dla nich najwyższe stawki tantiem w historii przemysłu muzycznego. W rok zarobiłem dla nich więcej pieniędzy niż ktokolwiek przedtem. I co dostałem w zamian? Pozew sądowy od Paula McCartneya. 

John, George i Ringo kategorycznie odrzucili więc kandydaturę Eastmanów i z całych sił opowiedzieli się za Allenem Kleinem. Był to niezwykle bezkompromisowy, cwaniacko energiczny i mający opinię bezwzględnego twardziela menedżer z Nowego Jorku, który wyrobił sobie pozycję w branży, reprezentując chociażby interesy The Rolling Stones czy Sama Cooke'a. Lennon był zachwycony bezpośredniością Kleina, uważając go za kogoś, kto wreszcie wywalczy dla nich należne miliony od wielkich wytwórni płytowych. 

W kontekście satyrycznym, warto wspomnieć o słynnej wypowiedzi wyreżyserowanej przez Erica Idle'a w parodii "The Rutles" (którą George Martin i sami Beatlesi uwielbiali): W 1970 roku Dirk pozwał Stiga, Nasty'ego i Barry'ego; Barry pozwał Dirka; Nasty pozwał Barry'ego... a Stig przypadkowo pozwał samego siebie – co idealnie oddawało absurd sytuacji prawnej, w jakiej znaleźli się wówczas muzycy.

ERIC CLAPTON: Wszyscy czuliśmy ten niesamowity ciężar w powietrzu. To było absurdalne – z jednej strony miałeś najbardziej wpływową grupę świata, a z drugiej czwórkę kumpli, którzy nagle nie mogli ze sobą rozmawiać bez armii prawników w pokoju. Zamiast rozmawiać o muzyce, rozmawiano o 'zamrażaniu kont' i 'odbieraniu praw'. Muzyczny świat na chwilę się zatrzymał i poczuliśmy, że pewna epoka bezpowrotnie umarła.

PATTIE BOYD (w swojej biogragii "Wonderful Tonight"): John był zainteresowany zatrudnieniem Allena Kleina, małego, okrągłego i bezwzględnego amerykańskiego księgowego, który z powodzeniem zarządzał Stonesami… Gdy Mick dowiedział się, że Beatlesi mają spotkać się z Kleinem, poczuł, że musi ich przed nim ostrzec, uważając go za niegodnego zaufania… Ostatecznie John, George i Ringo zdecydowali się zatrudnić Allena Kleina, a Paul pozostał przy swoich teściach… Współpraca ostatecznie się rozpadła, co doprowadziło Beatlesów do wniesienia pozwu przeciwko niemu. 

MICK JAGGER: Mówiłem im: »Nie róbcie tego, to największy błąd waszego życia! Ten facet to rekin, wyczyści was do zera!« Ale John był tak oczarowany słowami Kleina, że nikt go nie słuchał. Paul jako jedyny przejrzał na oczy. Kiedy Paul podał ich do sądu, wiedziałem, że robi to, bo nie miał innego wyjścia – musiał odciąć ten nowotwór, zanim Klein zabierze im cały majątek... Kiedy Beatlesi się rozpadli, nie obchodziło mnie to ani trochę.

PAUL: Zapytałem Micka Jaggera, kiedy do nas przyjechał… Powiedział, że wszystko w porządku, jeśli ‘lubisz takie rzeczy’. Tak naprawdę nie odradzał nam go. 

 Jak pokazały kolejne miesiące, ta potężna różnica zdań i postać samego Allena Kleina stały się jednym z absolutnie kluczowych oraz najbardziej zapalnych punktów w całej tej dramatycznej, wieloletniej batalii sądowej. Żeby w pełni zrozumieć ten upór Johna, George’a i Ringo, trzeba pamiętać, że Klein dał im na dzień dobry potężny dowód swojej skuteczności. W 1969 roku wynegocjował dla Beatlesów z gigantem EMI/Capitol rekordowy kontrakt płytowy ze stawką tantiem sięgającą niewyobrażalnych wtedy 25 proc. Z perspektywy Johna pojawił się więc wreszcie ktoś, kto potrafił położyć na łopatki chciwe korporacje i wywalczyć dla nich należną fortunę.

GEORGE: To w większym stopniu sprawa osobista, związana z sytuacją zarządzania w Apple. Bo tak naprawdę to Paul miał pomysł na Apple… Potem zrobiło się naprawdę chaotycznie i musieliśmy coś z tym zrobić. Kiedy zaczęliśmy coś z tym robić, oczywiście Paul nie miał już takiego wpływu na sprawę… bo chciał, żeby prowadzili to Lee Eastman, jego rodzina, a my nie. To jedyny powód; to tylko jego osobisty problem, który będzie musiał przeboleć, bo rzeczywistość jest taka, że został przegłosowany, a my jesteśmy partnerami. Mamy te spółki, w których każdy z nas ma po 25 procent, i jeśli trzeba podjąć decyzję, to jak w każdym innym biznesie czy grupie, głosujecie. I został przegłosowany trzy do jednego i jeśli mu się to nie podoba, to naprawdę szkoda. 
 
ALLEN KLIEN: Według mnie całe to postępowanie zostało wszczęte wyłącznie po to, by mnie skompromitować. To próba wypchnięcia mnie oraz zdobycia tego, czego chcieli Eastmanowie: kontroli nad Apple i Beatlesami... Możecie powiedzieć, że zarabiam dużo pieniędzy albo że jestem skurwysynem, czy cokolwiek innego. Ale nie możecie powiedzieć, że oszukuję moich klientów. 



Choć na zdjęciu wszyscy (bez George'a) Beatlesi i Allen Klein  wydają się być w dobrej komitywie, to znamienne jest ostatnie zdjęcie, kiedy Paul chce pod lupą żartobliwie obejrzeć szczegóły kontraktu, ale Klein zasłania mu dokument dłonią. 20 wrzesień 1969. Jeszcze wszystkim obecnym na zdjęciu wydawało się wtedy, że może będzie jakieś porozumienie. 

21 grudnia 1970 
– Trójka ex-Beatlesów: John Lennon, Richard Starkey (Ringo) oraz George Harrison otrzymują drogą pocztową wezwanie do Kancelarii Sądu Najwyższego w celu wszczęcia procedury rozwiązania zespołu The Beatles. Wnioskodawcą wezwania jest Paul McCartney. Po latach Paul wspominał, że „pozwał, aby ocalić muzykę The Beatles”. Dla opinii publicznej wygląda to jednoznacznie: oto Paul pozywa kolegów i formalnie przypieczętowuje rozpad zespołu. Przez lata to właśnie on będzie najczęściej obarczany winą za zakończenie historii The Beatles. Tymczasem McCartney utrzymywał później, że nie próbował „zabić” grupy — chciał ratować jej dorobek przed przejęciem kontroli przez Allena Kleina (na zdjęciu obok). Co ciekawe, początkowo Paul wcale nie planował ciągać po sądach dawnych kolegów. Kiedy naradzał się z prawnikami, chciał wytoczyć proces bezpośrednio Allenowi Kleinowi. Usłyszał jednak lodowatą odpowiedź: „Nie możesz pozwać Kleina, bo nie jest stroną umowy. Musisz pozwać The Beatles”. To zmusiło go do kroku, który przez lata niszczył jego wizerunek w oczach fanów, choć – jak podkreślał po latach – robił to z pełną świadomością, że ratuje majątek nas wszystkich.




PAUL:
Obwiniano mnie o rozpad The Beatles i wierzcie mi, kupiłem to i przez wiele lat paskudnie się z tym czułem. Ale robiąc to, pozywając dawnych kumpli, wiedziałem, co robię. Gdybym tego wtedy nie zrobił, wszystko by wpadło w ręce Kleina. Nie wydalibyśmy nigdy „Get Back”, tych wspaniałych Antologii. Jedynym sposobem na to, aby nas od tego uwolnić, było właśnie skierowanie sprawy do Sądu. Samodzielne pozwanie Kleina nie wchodziło w grę, on nie uczestniczył wprost w sporze między nami. Nie mogłem pozwolić na to, by wszystko, co stworzyłem przez lata, zniknęło w dymie. Wiedziałem, że jeśli uda mi się to wygrać, wygram to także dla nich. A oni kochali tego gościa Kleina, dla mnie był pieprzonym idiotą. 
 

JOHN: [Paul] po prostu zrobił świetny hype. Ja chciałem to zrobić i powinienem był to zrobić. Pomyślałem sobie: «Cholera, jaki byłem głupi»… Byłem głupi, że tego nie zrobiłem, że nie postąpiłem jak Paul, czyli nie wykorzystałem tego do sprzedaży płyty... Byłem zszokowany i zaniepokojony, że po obietnicach pana McCartneya dotyczących spotkania wszystkich czterech Beatlesów w Londynie w styczniu, pozew został złożony 31 grudnia. Ufam Paulowi i wiem, że nie lekceważyłby swojej obietnicy bez ważnego powodu.

GEORGE: Okropne. Całe pieniądze, które kiedykolwiek zarobiliśmy z płyt Beatlesów, z filmów beatlesowskich czy z jakiegokolwiek źródła, trafiały do tej firmy, Apple, która była okradana przez wszystkich tych słynnych gangsterów. To był bałagan i Paul pozywał nas trzech, ponieważ mieliśmy tego gościa jako menedżera, i to po prostu był chaos.

19 stycznia 1971 –  Rozpoczyna się dziewięciodniowa rozprawa sądowa. Jedynym członkiem The Beatles, który stawia się osobiście na sali sądowej, jest Paul McCartney. 

RINGO: Poszedłem do Paula. Ku mojemu zaniepokojeniu całkowicie stracił nad sobą kontrolę, krzyczał na mnie, wymachiwał mi palcami przed twarzą, mówiąc: «Załatwię cię teraz» i «Zapłacisz za to». Kazał mi założyć płaszcz i wyjść. Więc wyszedłem.... Paul jest największym basistą na świecie, ale zachowywał się jak rozkapryszone dziecko.

LINDA McCARTNEY:  To był najgorszy okres w naszym życiu. Paul płakał, nie mógł wstać z łóżka, zaczął mocno pić. Świat go nienawidził, bo myślał, że to on rozbił zespół. Ale nikt nie rozumiał, że pozew był jedyną opcją. Gdyby Paul nie pozwał ich w Sądzie Najwyższym, Allen Klein przejąłby prawa do wszystkich ich piosenek i zarobków. Paul musiał wziąć na siebie rolę »tego złego«, żeby uratować pieniądze Johna, George'a, Ringo i swoje własne. To była straszna cena psychiczna, jaką zapłacił.

ALLEN KLEIN (próbował w mediach przedstawić Paula jako kogoś niestabilnego i kapryśnego, publicznie odwracając uwagę od swoich własnych działań): Gdyby Paul podał do sądu mnie, rozumiem to – jestem menedżerem, można się ze mną spierać o umowy. Ale to, co zrobił, było niespotykane: pozwał Johna, George’a i Ringo. Pozwał swoich własnych braci! Chłopców, z którymi wychował się na ulicach Liverpoolu. Tylko dlatego, że przegrał demokratyczne głosowanie w zespole i nie chciał przyjęcia mojej oferty. To nie była kwestia biznesu, to było jego wybujałe ego.

Podczas kolejnych sesji ujawniane są rozmaite szczegóły dotyczące relacji wewnątrz zespołu, kłótni wokół Apple, sporów biznesowych oraz napiętej atmosfery z początku 1969 roku — czasu sesji w Twickenham Film Studios, później znanych jako projekt Get Back.

RINGO: Byłem zszokowany i zaniepokojony, że po obietnicach pana McCartneya dotyczących spotkania wszystkich czterech Beatlesów w Londynie w styczniu, pozew został złożony 31 grudnia. Ufam Paulowi i wiem, że nie lekceważyłby swojej obietnicy bez ważnego powodu. Moim zdaniem wszyscy czterej moglibyśmy nawet teraz wspólnie wszystko satysfakcjonująco rozwiązać. 
JOHN: Jeśli Paul próbuje nas rozbić z powodu czegokolwiek, co wydarzyło się przed walką o władzę Klein–Eastman, to jego rozumowanie nie ma dla mnie sensu...  
 
ALLEN KLEIN: Paul zachowuje się jak oporna dziewica. Mówi 'nie', ale myślę, że po prostu chce, żeby go dłużej prosić i przekonywać. W końcu do nas dołączy, kiedy zobaczy, ile pieniędzy dla nich wszystkich zarabiam. 
 
Przypomniano również wydarzenie, gdy Ringo przyjechał do domu Paula, aby porozmawiać o sprawach zespołu, a rozmowa skończyła się wyjątkowo ostro. McCartney miał wtedy wyrzucić zdenerwowanego Starr’a z domu. Trudno się dziwić, że po takich scenach powrót do dawnych, beztroskich czasów z Liverpoolu był już praktycznie niemożliwy.

JOHN: Beatlesi wciąż mogą pozostać razem jako zespół. Paul jest największym basistą na świecie. Jest też bardzo zdeterminowany. Dąży do swojego, dopóki nie osiągnie swojego celu. 

Ciekawostką związaną z rozprawą jest zakład, który Paul wygrał z obsługującymi sąd urzędnikami. Stawką były dwa szylingi. Urzędnicy byli przekonani, że John i Yoko z pewnością pojawią się na sali sądowej, aby publicznie wyrównać z Paulem „stare porachunki”. Lennonowie jednak się nie zjawili.

29 stycznia 1971 –  ten dzień przyniósł kolejne potężne tąpnięcie w trwającej wojnie podjazdowej. W nowojorskim sądzie Allen Klein oficjalnie zostaje uznany winnym bezprawnego zaniechania złożenia wymaganych prawem dokumentów dotyczących federalnego podatku dochodowego. Dla menedżera, który lubił kreować się na nietykalnego finansowego rekina, był to potężny cios wizerunkowy i prawny. Co więcej, okazało się, że to dopiero początek jego gigantycznych problemów z amerykańskim wymiarem sprawiedliwości. Paul McCartney, który od pierwszego dnia głośno i bezkompromisowo ostrzegał kolegów z zespołu przed szemraną reputacją Kleina, musiał na wieść o tym wyroku odczuwać ogromną, cichą satysfakcję i gorzkie poczucie racji.

Wydawałoby się, że dowody na niekompetencję i szemrane interesy menedżera otworzą reszcie muzyków oczy. Nic bardziej mylnego. To wcale nie oznaczało, że John, George i Ringo natychmiast zmienili zdanie, uderzając się w pierś. Szczególnie John Lennon trwał przy Kleinie z uporem godnym lepszej sprawy. Lennon wyjątkowo długo bezgranicznie wierzył, że ten ostry nowojorczyk jest jedynym człowiekiem w branży, który potrafi bezwzględnie stanąć po stronie artysty, mówić prawdę w oczy korporacjom i skutecznie walczyć z bezdusznym wielkim biznesem.

PATTIE BOYD: Atmosfera stała się niezwykle gęsta i mroczna. Do naszego domu nagle przestali przyjeżdżać muzycy, a zaczęli pojawiać się faceci w garniturach z teczkami. George był wykończony i głęboko rozczarowany. On nienawidził biznesowej strony muzyki. Pewnego dnia powiedział mi z rezygnacją: »Przeszliśmy drogę od grania muzyki w skórzanych kurtkach w Hamburgu do siedzenia w skórzanych fotelach u prawników«. Widok papierów sądowych leżących na stole w salonie był po prostu przygnębiający. 

Trzeba pamiętać, co stało za tym ślepym uporem. John miał przecież za sobą świeże, niezwykle bolesne i wręcz traumatyczne doświadczenia związane z utratą kontroli nad firmą Northern Songs, co kosztowało go utratę praw do autorskich piosenek, które napisał dla The Beatles. Szorstkie obietnice Kleina, że odzyska dla niego dawne bogactwo i niezależność, musiały brzmieć dla Lennona niezwykle przekonująco – jak linia ratunkowa rzucona tonącemu, w którą bardzo chciał uwierzyć, nawet gdy wokół zaczynały gromadzić się czarne chmury kolejnych procesów.

10 marca 1971 – brytyjski sąd wreszcie przychyla się do wielokrotnych wniosków McCartneya i mianuje J. D. Spoonera oficjalnym, tymczasowym powiernikiem. Jego zadaniem staje się pilne zarządzanie potężnym, bieżącym majątkiem The Beatles i zabezpieczenie interesów wszystkich stron do czasu, aż muzycy zdołają wypracować jakikolwiek kompromis w sprawie wspólnych finansów. W tym momencie partnerski układ czterech Beatlesów, budowany na koleżeństwie i wspólnych marzeniach z Hamburga, w praktyce przestaje istnieć.

To bez wątpienia jeden z najważniejszych, wręcz symbolicznych momentów całej tej smutnej historii. Od tej dokładnie chwili nie ma już ani jednej, nawet najmniejszej furtki czy realnej szansy, aby The Beatles kiedykolwiek jeszcze funkcjonowali jako jednolity, spójny organizm biznesowy – i to nawet wtedy, gdyby któryś z nich w przypływie nostalgii nagle zapragnął wrócić do wspólnego grania w studiu.

Sytuacja staje się kuriozalna i niezwykle bolesna zarazem: Allen Klein przestaje formalnie reprezentować The Beatles jako skonsolidowaną całość, ale nadal pozostaje na usługach Johna, George’a i Ringo, sterując ich działaniami z tylnego siedzenia. Paul zostaje całkowicie sam po drugiej stronie tej korporacyjnej barykady – odizolowany, w sensie prawnym i biznesowym osamotniony w walce z dawnymi braćmi, podczas gdy reszta zespołu zaciska szeregi przeciwko niemu.

22 stycznia 1973 – W tym samym czasie pętla skomplikowanych zależności prawnych zaciska się bezpośrednio wokół samego Johna Lennona. Artysta zostaje pozwany na astronomiczną jak na owe czasy kwotę miliona dolarów przez dwie potężne spółki wydawnicze, w których zresztą sam nadal posiada udziały: Northern Songs Ltd oraz MacLen Ltd. W oficjalnym pozwie bezogródkowo zarzuca się Lennonowi, że ten – działając za bezpośrednią namową i radą Allena Kleina – rażąco złamał wiążącą go umowę jeszcze z 1965 roku. Według jej twardych, prawnych zapisów, obie firmy posiadały wyłączne i niepodważalne prawa do wszystkich piosenek pisanych przez Johna, niezależnie od tego, czy tworzył je sam, we flagowym spółce z Paulem McCartneyem, czy też z jakimkolwiek innym artystą na świecie. Cała ta kosztowna batalia sądowa koncentruje się wokół pięciu nowo powstałych kompozycji sygnowanych wspólnie nazwiskami Johna i Yoko Ono. Druga strona sporu twierdzi bowiem, że przypisanie połowy praw autorskich do tych utworów nowo utworzonej firmie Yoko – Ono Music Ltd – było bezprawnym wyprowadzeniem zysków ze wspólnej kasy. 

   To chyba jeden z najbardziej jaskrawych i smutnych przykładów na to, jak makabrycznie skomplikowane i bezlitosne potrafiły być finansowe konsekwencje twórczości Fabsów. Ta sama muzyka, która dla miliona fanów na całym świecie była przecież czystą emocją, tłem dla zakochiwania się, najpiękniejszym wspomnieniem i nieodłączną częścią codziennego życia, w suchych dokumentach sądowych i dla armii bezdusznych prawników w garniturach oznaczała po prostu chłodne paragrafy, procentowe udziały, skomplikowane przeliczniki tantiem oraz walkę o wyłączne prawa do przyszłych, wielomilionowych dochodów.

CYNTHIA LENNON: Gdy patrzyłam na te wszystkie procesy w latach 70., serce mi pękało. Pamiętałam ich jako chłopców z Liverpoolu, którzy dzielili się jednym papierosem i masełkiem do chleba. Aż nagle stali się milionerami, wokół których narosła armia prawników, doradców i żerowisk. Oni po prostu stracili kontrolę nad własnym sukcesem. Sądowy finał The Beatles był najsmutniejszym podsumowaniem tego, co dzieje się, gdy wielka przyjaźń zderza się z wielkimi pieniędzmi.

28 czerwca 1973
– 
„Uważaj na ABKCO” — śpiewał swego czasu George Harrison w swoim genialnym utworze Beware of Darkness, ostrzegając kolegów przed zgubnymi skutkami współpracy z nowojorskim menedżerem. O pełnej i bolesnej słuszności tej proroczej przestrogi przekonuje się właśnie tego dnia John Lennon. Allen Klein oraz zarządzana przez niego spółka ABKCO — czyli inicjały pochodzące od imienia i nazwiska Allena B. Kleina — postanawiają pociągnąć ex-Beatlesa do odpowiedzialności i pozywają go na zawrotną kwotę 508 tysięcy dolarów. W dokumentach formalnie chodzi o rzekomo niespłacone pożyczki oraz zaległe honoraria menedżerskie, które nagle urastają do gigantycznych rozmiarów.

Konsekwencje tej finansowej presji okazują się bolesne i niezwykle namacalne. Zaledwie kilka miesięcy po tym ciosie John i Yoko decydują się na dramatyczny krok i wystawiają na sprzedaż swoją ukochaną, legendarną posiadłość w Ascot — Tittenhurst Park. Jak doskonale wiemy z historii zespołu, ten niesamowity dom odkupuje od dawnego przyjaciela nikt inny jak Ringo Starr. Czy ta transakcja miała bezpośredni związek z potężnymi żądaniami finansowymi Kleina? Wiele wskazuje na to, że jak najbardziej. Spora część biografów sugeruje, że cała operacja miała drugie dno i była sprytnym zabiegiem mającym na celu pozasądowe uporządkowanie pogmatwanych i niespłaconych pożyczek nie tylko wobec samego Johna, ale również wobec finansowo zaplątanych w te układy George’a i Ringa.

Tittenhurst Park był przecież miejscem absolutnie szczególnym, wręcz mitycznym dla historii rocka. To właśnie tam John nagrywał albumy, tam tworzył swój własny, intymny świat z Yoko Ono, to na tej zielonej trawie i w tych wnętrzach powstały słynne, ikoniczne fotografie z okresu sesji do Imagine. Także jedne z ostatnich Fab Four. Ostatecznie jednak, w cieniu toczących się wojen, nawet tak niezwykły, przesiąknięty magią i wspomnieniami dom musiał stać się tylko elementem większej, bezlitosnej układanki: relacji dawnych przyjaciół, splątanych wspólnych pieniędzy, ukrytych pożyczek, chłodnych twarzy prawników i coraz bardziej toksycznych, wzajemnych rozliczeń, w których sentymenty nie miały już żadnego znaczenia.

 GEORGE: Szczerze mówiąc, jest mnóstwo pieniędzy, które są w zarządzie przymusowym od czasu, gdy Paul McCartney nas pozwał. Tak naprawdę to dobrze, że nas pozwał, bo dopóki pieniądze są pod zarządem przymusowym, nikt nie może ich wydać. W partnerstwie Beatlesów leży dużo milionów dolarów i albo oddamy je prawnikom, albo urzędowi skarbowemu.  

2 listopada 1973 – Paul McCartney w swoim domu w Anglii zapewne patrzył na te wiadomości z lekkim, gorzkim uśmiechem na twarzy i miną jednoznacznie mówiącą: „A nie mówiłem...”. Tego właśnie dnia następuje potężny zwrot akcji, który wydawał się nieunikniony: John Lennon, George Harrison oraz Ringo Starr postanawiają wreszcie pójść po rozum do głowy i oficjalnie pozywają swojego dotychczasowego, bezwzględnego prawnika oraz menedżera, Allena Kleina. W pozwie zarzucają mu celowe wprowadzanie ich w błąd w kluczowych sprawach biznesowych, manipulowanie dokumentami oraz gigantyczne straty finansowe, które ponieśli z tego tytułu przez lata ślepego zaufania. Sprytny nowojorczyk oczywiście nie pozostaje dłużny i natychmiast wytacza najcięższe działa. Odpowiada potężnym, kontratakującym pozwem skierowanym bezpośrednio przeciwko całej trójce dawnych muzyków, domagając się wypłaty rzekomo zaległych honorariów, zwrotu wszelkich własnych wydatków oraz gigantycznych prowizji od umów, które Klein zawierał w ich imieniu u szczytu sławy zespołu. Jego finansowe roszczenia opiewają na zawrotną, wręcz kosmiczną kwotę 19 milionów dolarów – kwotę, która mogłaby zrujnować nawet największe gwiazdy rocka. W tym absolutnie przełomowym momencie paradoks całej tej sądowej sagi staje się aż nazbyt widoczny. Paul, który przez kilka długich lat był przez prasę, fanów, a przede wszystkim przez samych kolegów przedstawiany jako czarny charakter, człowiek, który osobiście rozbił The Beatles i nie potrafił znieść demokratycznej decyzji większości, nagle doczekuje chwili pełnego, choć gorzkiego odkupienia. Oto John, George i Ringo sami rozpoczynają bezwzględną batalię sądową z tym samym człowiekiem, przed którym McCartney tak żarliwie i lojalnie ich ostrzegał od samego początku. Oczywiście, nie oznaczało to bynajmniej, że dawni przyjaciele z Liverpoolu natychmiast rzucili się sobie w ramiona, zapominając o dawnych żalach. Świeże rany po zamknięciu wspólnego rozdziału były zbyt głębokie, a wzajemne pretensje nazbyt bolesne, by odzyskać dawną bliskość z dnia na dzień. Niemniej jednak pojawienie se wspólnego, potężnego i cynicznego przeciwnika sprawiło, że cała trójka zaczęła patrzeć na wydarzenia z przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych w zupełnie innym świetle, powoli uświadamiając sobie, jak bardzo Paul miał rację, kiedy próbował chronić ich przed finansową katastrofą.
 

29 grudnia 1974 – oficjalny, uroczysty finał i formalne podpisanie ostatecznego porozumienia o rozwiązaniu spółki Beatles & Co. miało pierwotnie nastąpić parę dni wcześniej, 19 grudnia, w eleganckich wnętrzach londyńskiego biura. Na to kluczowe spotkanie stawili się wszyscy najważniejsi gracze, prawnicy oraz sami zainteresowani: Paul McCartney, George Harrison oraz Ringo Starr, który z braku możliwości przybycia łączył się telefonicznie bezpośrednio z Anglii. Na stole leżały gotowe dokumenty kończące dekadę muzycznej epoki. Brakowało jednak jednej, ale absolutnie kluczowej postaci – Johna Lennona. John po prostu nie przyszedł na spotkanie, przesyłając kuriozalne tłumaczenie, że tego dnia „układ gwiazd i astrologia mu nie sprzyjają”. W rzeczywistości, pod tą ekscentryczną wymówką, po prostu do szpiku kości bał się kolejnych prawniczych haczyków, ukrytych kruczków i podstępnych zapisów, które mogłyby go pogrążyć.

Ostatecznie ten najważniejszy, historyczny dokument spięto i ostatecznie podpisano dopiero dziesięć dni później – 29 grudnia 1974 roku. I to w scenerii tak absurdalnej, że aż trudno w nią uwierzyć: w pokoju hotelowym...

 

 

 




















 

Słuchaj tego: Poczta Polska - "Multipleksy"

 


Choć ostatnio niemal bez reszty żyję światem Beatlesów, świeżymi miksami i monumentalnym, tegorocznym wydaniem Rubber Soul (tutaj na moim blogu o Bitelsach), to oczywiście nie słucham wyłącznie muzyki legendarnej czwórki z Liverpoolu. Czasem trzeba na moment uciec z Abbey Road w zupełnie inne rejestry.

I tak oto od kilku tygodni katuję w kółko utwór, który odkryłem niemal przypadkiem. Na oficjalnym kanale zespołu oprócz tego klipu znajdziemy zaledwie kilka innych materiałów, ale te kilka minut muzyki zupełnie mnie pochłonęło. Poczta Polska to młody, alternatywny duet tworzony przez Bartka Szabata i Szymona Kaziroda, który oficjalnie zawiązał się w 2022 roku. Muzycznie chłopaki czerpią z surowego, gitarowego grania lat 80. i 90., przefiltrowanego przez współczesną, chłodną wrażliwość. Trudno mi naprawdę powiedzieć, czym dokładnie ujęła mnie ta pozornie prosta kompozycja. Przy pierwszym przesłuchaniu – a napiszę wprost, że utwór od razu mi się spodobał – uwagę natychmiast przykuł ten konkretny wers: 

Multipleks runie /A w jego miejsce / Wysypią plażę bez morza ... 

To zdanie ma w sobie coś hipnotyzującego, melancholijnego i surrealistycznego zarazem. Działa na wyobraźnię tak mocno, że po pierwszym odsłuchu od razu włączyłem ten song do stałych playlist: na smartfon, do samochodu i na USB w domowym sprzęcie.Jeśli lubicie niespieszne, gitarowe brzmienia z nutą nostalgii i szukacie czegoś świeżego poza głównym nurtem, koniecznie musicie sprawdzić, co robi Poczta Polska. To muzyka, która zostaje w głowie na długo po wyłączeniu odtwarzacza – idealna odskocznia nawet od najlepszych klasyków rocka. Niewiele więcej wiem o zespole, na ich kanale Youtube jest tylko kilka utworów, z których prócz "Multipleksów" bardzo spodobał mi się "Pilot". Jak widać obaj chłopaki na wszystkim grają ale i obaj śpiewają. Będę obserwował ich karierę, póki co polecam naprawdę fajny numer z clipu. 







Oasis - "Don't look back in anger" - film. 2026

 

 Kilka dni po seansie postanowiłem opublikować ten post. Dokument „Oasis: Don’t Look Back in Anger” to nie jest zwykła muzyczna chronologia. Choć reżyserzy (Will Lovelace i Dylan Southern) oraz scenarzysta Steven Knight opierają historię na powrocie zespołu i ich głośnym pojednaniu na trasie w 2025 roku, film tak naprawdę szuka odpowiedzi na znacznie głębsze pytanie: co sprawia, że ta dwójka braci stała się głosem całego pokolenia?
   Głównym motorem napędowym całej opowieści pozostaje legendarne, wybuchowe starcie Noela i Liama. Film dobitnie przypomina kulisy ich rozstania z 2009 roku w Paryżu, kiedy to awantura za kulisami doprowadziła do natychmiastowego rozpadu grupy i 15 lat całkowitego milczenia. Pokazanie ich drogi do ponownego wejścia na jedną scenę nie jest jednak ugrzecznioną laurką. To obraz trudnego kompromisu, dojrzałości wywalczonej z wiekiem oraz akceptacji własnych wad. Bracia wciąż nie oszczędzają się w słowach — w dialogach z kadrów uderza surowość, robotnicze tło z Manchesteru i nieustanny potok przekleństw. A jednak, pod tą szorstką fasadą, na ekranie udaje się uchwycić momenty autentycznego szacunku i pojednania. 


 Największą siłą dokumentu okazuje się jednak ukazanie tego, kim są ich słuchacze. Obraz prowadzi nas przez tłumy w Wielkiej Brytanii, Argentynie, Japonii, Stanach Zjednoczonych czy Korei. Kamera pokazuje proste historie ludzi: rodziców, którzy wychowali się na ich muzyce, i ich dorastających dzieci, dla których te piosenki są tak samo żywe. To światowa wspólnota połączona tekstem i emocją. Widok dziesiątek tysięcy ludzi śpiewających słowo w słowo prawie każdą piosenkę zespołu w tak różnych zakątkach świata przyprawiał mnie w kinie o ciarki na plecach. I tutaj dochodzimy do mojego własnego odbioru tego filmu. Do kina szedłem z konkretnym nastawieniem: mam w domu wszystkie albumy Oasis, lubię ich, a numer tytułowy „Don't Look Back in Anger” to dla mnie żelazny punkt TOP 100 wszech czasów - nr 71. Podobnie wysoko cenię „Little by Little”, „Stop Crying Your Heart Out” czy jakże lennonowski i chyba jedyny wielki hit zespołu napisany przez Liama „I'm Outta Time” (Liam nazwał na cześć swego idola syna, po prostu Lennon). Ceniłem ich zawsze za głębokie inspiracje The Beatles, ale szczerze mówiąc — słuchanie ich dłużej niż godzinę bywało dla mnie po prostu męczące.


  Zawsze uważałem ich szybsze, gitarowe kawałki za robione nieco „na jedno kopyto”. Te same przesterowane gitary elektryczne, powtarzalne aranżacje, zaledwie od czasu do czasu przełamane smyczkami czy wiolonczelą. Zresztą sam Noel chyba dobrze czuł ten deficyt różnorodności, skoro w swoich solowych projektach z High Flying Birds zaczął pisać muzykę znacznie łagodniejszą i bardziej zniuansowaną. Jednak ten film całkowicie zmienił mój punkt widzenia. Oglądając reakcje ludzi w Buenos Aires, Dublinie czy Manchesterze, zrozumiałem coś, co wcześniej mi umykało. Dla tych ludzi — prostych chłopaków z osiedli, pracujących rodziców i ich dzieci w latach 90-tych — te piosenki nie były oceniane przez pryzmat skomplikowania linii basu czy innowacyjności produkcji. Kluczem okazał się tekst. Prosty, bezpośredni przekaz, napisany przez ludzi z klasy robotniczej, który dla milionów stał się dosłowną instrukcją, jak żyć, jak przetrwać trudne momenty i nie poddawać się. Dopiero po seansie zacząłem naprawdę wsłuchiwać się w słowa tych numerów, które wcześniej odrzucały mnie swoją muzyczną monolitycznością. Czy zostałem nagle bezkrytycznym psychofanem Oasis? Nie, aż tak daleko bym nie poszedł - ich muzyczna powtarzalność nadal po pewnym czasie nuży. Ale dzięki temu dokumentowi zacząłem patrzeć na ich twórczość z zupełnie nowym, głębokim szacunkiem. Zobaczyłem w nich coś więcej niż tylko głośnych i opryskliwych gwiazdorów rocka. 
 
No i podkreślę, ogromnego plusa bracia mają za podobną do mnie fascynację Beatlesami. W latach 90 w pewnym okresie ubierali się, mieli fryzury jak Beatlesi w 1966, grzywki na pazia a krytykę, że naśladują Beatlesów zbywali słowami, że dyskografia The Beatles to dla nich muzyczna Biblia i uważają za komplement, że nawet krytycy odnajdują w ich twórczości wpływ Wielkiej Czwórki z Liverpoolu. Poniżej linki do dwóch postów związanych z Oasis, które umieściłem na blogu o Fab Four:The Beatles i Oasis , I'm Outta Time . Bracia wrócili, może przyjadą do nas a film gorąco polecam. Z ostatniej chwili. W 2027 zespół w czasie światowego tour niestety naszego kraju nie odwiedzi. Szkoda. 
 



 


 


Bilbo Baggins wspomnienia z młodości.

 

   

Kiedyś byłem fanem glam rocka. Serio! I choć dziś te kolorowe lata 70. potrafią kojarzyć się głównie z wielkimi estradowymi gigantami, to w archiwach kryją się prawdziwe, zapomniane dzisiaj perełki. Zdjęcia z fotki przypomniały mi wyraźnie pewną małą płytkę.
  Bilbo Baggins to szkocki zespół pop-rockowy i glamowy z Edynburga, stworzony na początku lat 70., który wpisuje się w ten sam nurt chwytliwego, młodzieżowego grania co Bay City Rollers czy inne gwiazdy tamtych lat, jak Hello (ci od "Tell Him" czy "New York Groove") czy Kenny ("Julie Anne", "Nice to Have You Home"). To były czasy, gdy muzyka miała po prostu nieść niesamowitą energię, radosne melodie i wpadać w ucho od pierwszego wybrzmiewania na winylu. Gdy wpadł mi w ręce kiedyś long, long time ago singiel "It's A Shame", nie wiedziałem, że nazwa zespołu została zaczerpnięta – na swoje nieszczęście, o czym później – wprost z powieści J.R.R. Tolkiena „Hobbit”. A stało się to w czasach, gdy nie była to jeszcze potężna, hollywoodzka marka chroniona sztabem agresywnych prawników. Chłopcy: Colin Chisholm (wokal), Gordon Liddle (gitarzysta), Dev McIntosh (gitarzysta), Gordon Rintoul (basista) i Tosh Bourke (perkusista) po prostu szukali czegoś chwytliwego, kolorowego i baśniowego.



Zostali dostrzeżeni przez Polydor Records i wydawali świetnie skrojone, radosne single pełne doskonałych harmonii wokalnych i mocnego, sekcyjnego rytmu. Byli lokalnymi rywalami Bay City Rollers – na scenie walczyli z nimi niemal pierś w pierś, ubiegając się o serca tej samej nastoletniej publiczności. Wykorzystywali nawet bardzo podobny wizerunek: charakterystyczne szkockie kraty, dopasowane garnitury i bujne, rozwichrzone czupryny.
 
 W 1976 roku wydali utwór „It's A Shame” (wydany na singlu w Polydorze) – uroczy, melodyjny kawałek łączący estetykę pop-glam z radiowym, lekko nowofalowym brzmieniem drugiej połówki lat 70. Piosenka ma w sobie ten niesamowity, ciepły klimat starych płyt, do których wraca się po latach z ogromnym sentymentem. Niestety, ze względu na spore zamieszanie z dystrybucją i zmianami nazwy (później skrócono ją do po prostu Bilbo), spora część ich singli przemknęła bez odpowiedniej promocji radiowej. Stąd brak tego nagrania w popularnych bazach algorytmicznych, takich jak Shazam – co tylko czyni ten singiel jeszcze większym muzycznym rarytasem.



   Największa i najbardziej niesamowita ironia historii zespołu miała jednak miejsce po latach. Gdy w XXI wieku kręcono kinową trylogię „Hobbit” i „Władca Pierścieni”, wytwórnia Warner Bros. / Saul Zaentz Company oficjalnie pozwała członków zespołu. Zabroniono im używania nazwy Bilbo Baggins przy jakichkolwiek koncertach powrotnych czy reedycjach płyt, grożąc potężnymi karami finansowymi za naruszenie praw do znaku towarowego Tolkiena. Dla chłopaków z Edynburga, którzy używali tej nazwy na ponad 20 lat przed kinowymi hitami Petera Jacksona, była to olbrzymia, gorzka i absurdalna pigułka do przełknięcia. 
  Mimo wszystko, w pamięci fanów tamtej epoki pozostali symbolem kapitalnej, brytyjskiej muzyki radiowej z lat 70., a mój hit „It's A Shame” wciąż podoba mi się dokładnie tak samo jak za pierwszym razem.
  I na koniec jeszcze jedna muzyczna ciekawostka, pokazująca, jak ciekawe potrafią być dalsze losy muzyków. Po rozpadzie Bilbo (później występujących już po prostu pod nazwą Bilbo) wokalista Colin Chisholm nagrał solowy, folkowo-celtycki utwór noszący tytuł „Hibernian” (pisany też czasem jako "Hibernian (Hibs)"). To hymn poświęcony szkockiemu klubowi piłkarskiemu Hibernian F.C. z Edynburga – czyli rodzimego miasta zespołu. Jako że cała ekipa Bilbo Baggins pochodziła z Edynburga, Colin był gorącym kibicem popularnych „Hibsów”. Nagrał dla nich tę piosenkę, która do dziś z dumą i dużą dozą lokalnego patriotyzmu jest bardzo ciepło wspominana przez kibiców na stadionie Easter Road. I tak oto historia glamrockowego Bilbo połączyła się z piłkarską tradycją Szkocji!  


 

Mój TOp 45 - ELO (10-1)

 


I tak oto dobijamy do brzegu tej mojej muzycznej podróży. Przejście przez te 45 utworów ELO to nie była dla mnie zwykła zabawa w układanie cyferek na blogu. To był potężny powrót do czasów, kiedy byłem nastolatkiem i po raz pierwszy docierały do mnie te kosmiczne dźwięki w połowie lat 70.
  Słuchając dzisiaj tych piosenek, od razu wracają wspomnienia. Widzę te duszne, klimatyczne dyskoteki z młodości, a potem imprezy ze studenckich lat, gdzie przy Rock and Roll Is King czy Last Train To London parkiet dosłownie płonął i nikt nie myślał o powrotach do domu. Z drugiej strony, ile to razy po tych wszystkich szaleństwach wracało się nocą do pokoju, włączało na gramofonie Ticket to the Moon albo Rain Is Falling i po prostu odpływało w ten deszczowy, syntezatorowy klimat... Właśnie za to zawsze kochałem Jeffa Lynne’a i jego ekipę – potrafili w jeden wieczór podnieść człowiekowi ciśnienie rockowym przyłożeniem, by za chwilę rozbroić go balladą, przy której ciarki szły po plecach.
 W tym moim ostatnim cyklu na blogu bardzo zależało mi na jednym: żeby przy każdym numerze wyraźnie postawić ten plusik lub minusik przy nazwisku Kelly’ego Groucutta. Jeff był niesamowitym kompozytorem i wizjonerem, to jasne. Ale spójrzcie na moją pierwszą dziesiątkę – w każdym z tych dziesięciu najważniejszych dla mnie utworów słychać Kelly’ego! To nie żaden przypadek. Dla mnie, chłopaka wychowanego na klasycznych brzmieniach tamtych lat, te bezbłędne, wysokie chórki i pulsujący bas Kelly’ego to był po prostu fundament charakterystycznego stylu ELO. Bez jego głosu u boku Jeffa ta muzyka straciła potem część tego swojego jedynego w swoim rodzaju blasku.

  Wybór tych 45 numerów kosztował mnie sporo rozmyślań. Piosenki zamieniały się miejscami, do niektórych musiałem doprzeć po latach, a inne trzymają mnie za serce niezmiennie od ponad czterech dekad. Ostatecznie na samym szczycie postawiłem Sweet Talkin' Woman – dla mnie to po prostu absolutny wulkan energii, galopujące smyczki i czysta radość z grania, która stawia na nogi tak samo dzisiaj, jak stawiała na dyskotekach lata temu.
 Dzięki wielkie, że byliście ze mną  (mnóstwo maili z całego świata) w tej sentymentalnej podróży, że czytaliście moje wspomnienia i dorzucaliście własne uwagi. ELO ma w mojej płytotece i w sercu miejsce całkowicie osobne. Płyta się kończy, ale te melodie zostają z nami na zawsze! I mój muzyczny świat naprawdę nie kończy się na The Beatles, choć oczywiście  zajmują oni w nim ogromne miejsce. Ale jest w nim, jak widzicie czytając mego bloga, miejsce dla ELO, Be Geed, Pink Floyd, nawet Slade czy Sweet. 
 

1978. Najsłynniejszy skład Electric Light Orchestra. Od lewej: Mik Kaminski (skrzypce), Hugh McDowell (wiolonczela), Melvyn Gale (wiolonczela, fortepian), Jeff Lynne (wszystko, prócz perkusji ;)),  Richard Tandy (instrumenty klawiszowe), Kelly Groucutt (gitara basowa, harmonie wokalne), Bev Bevan (perkusja, czasem harmonie).

 


10. Boy Blue

Singiel: 1975
Album:  Eldorado - (Kelly +)
Kompozycja: Jeff Lynne
 

Niezwykle porywający, wręcz dramatyczny utwór, który idealnie pokazuje konceptualną wielkość albumu "Eldorado". Jeff Lynne genialnie łączy tu baśniowy, orkiestrowy rozmach z chwytliwym, rockowym zacięciem. Dęciaki i smyczki nadają mu wręcz rycerskiego charakteru, tworząc utwór. 


 

9. Showdown
Singiel: 1973
Album:  On The Third Day - (Kelly +)
Kompozycja: Jeff Lynne
 

 Kamień milowy w historii ELO i jeden z najbardziej „stylowych” utworów w ich dorobku. Słynny, pulsujący motyw basowy połączony z charakterystyczną, wyrazistą grą smyczków do dziś robi ogromne wrażenie. Sam John Lennon rozpływał się nad tym kawałkiem, nazywając go godnym następcą brzmienia The Beatles.


 8. Evil Woman
Singiel: 1975
Album:  Face The Music  - (Kelly +)
Kompozycja: Jeff Lynne

 Prawdopodobnie jeden z najbardziej rozpoznawalnych i fortepianowych klasyków w historii muzyki rozrywkowej. Utwór ma niesamowity, lekko funkujący rytm i melodię, która dosłownie przykleja się do głowy po pierwszym przesłuchaniu. Znakomite sekcje smyczkowe i podszyty hebanowym groove'em wokal Lynne'a robią z tego absolutny majstersztyk.



7. Summer And Lightning
Album:  Out Of The Blue - (Kelly +) 1978
Kompozycja: Jeff Lynne
 

 Cudowna, nieco bardziej kameralna perełka z legendarnego podwójnego albumu. Utwór zachwyca swoją przestrzennością i niezwykle ciepłym, marzycielskim klimatem, który idealnie oddaje tytułowe zestawienie letniego słońca i burzy. To piękny dowód na to, jak kunsztownie Lynne potrafił budować nastrój za pomocą bogatej aranżacji.


 

6. Rain Is Falling
Singiel: 1981
Album:  Time - (Kelly +)
Kompozycja: Jeff Lynne

 Jedna z najbardziej nostalgicznych i poruszających ballad z przełomowego, synth-popowego okresu grupy. Eleganckie połączenie elektronicznych syntezatorów ze smyczkowym tłem tworzy niesamowity, nieco deszczowy i samotny klimat. Ten utwór ma w sobie niezwykłą magię i wyjątkową głębię emocjonalną.


5. Can't Get It Out Of My Head
Singiel: 1975
Album:  Eldorado - (Kelly +)
Kompozycja: Jeff Lynne
 

Przepiękna, symfoniczna ballada, która otworzyła zespołowi drzwi do wielkiej światowej kariery. Melodia jest tu tak miękka, rozmarzona i hipnotyzująca, że tytuł staje się wręcz proroctwem – po prostu nie da się jej wybić z głowy. Prawdziwe arcydzieło pod względem harmonii i orkiestracji. 

 

4. Sweet Is The Night
Album:  Out Of The Blue - (Kelly +) 1978
Kompozycja: Jeff Lynne
 

Cudowny, dwoisty utwór, w którym kapitalną robotę robi podział wokalny między Jeffem Lynne’em a Kellym Groucuttem. Piosenka powoli narasta, by w refrenie eksplodować niesamowitą, optymistyczną energią. To jeden z tych utworów, które natychmiast poprawiają humor i dodają skrzydeł. 


3. Telephone Line
Singiel: 1977
Album:  A New World Record - (Kelly +)
Kompozycja: Jeff Lynne
 

 Podium otwiera absolutny wyciskacz łez i jeden z najpiękniejszych utworów o samotności, jakie kiedykolwiek napisano. Słynny wstęp z dźwiękiem sygnału telefonicznego wprowadza w niezwykle intymny nastrojowy świat, który rozwija się w monumentalny, emocjonalny refren. Piosenka-ikona, która wzrusza za każdym razem tak samo.


2. Strange Magic
Singiel: 1976
Album:  Face The Music - (Kelly +)
Kompozycja: Jeff Lynne
 

Absolutnie hipnotyzujący, niezwykle zmysłowy i bezsprzecznie jeden z najbardziej klimatycznych utworów w historii zespołu. Jeff Lynne stworzył tu genialną, oniryczną balladę, która dosłownie otula słuchacza swoim niespiesznym, leniwym rytmem, wyśmienitymi partiami gitary hawajskiej i potężnym, przestrzennym podkładem smyczkowym. Do tego dochodzą kapitalne, anielskie chórki z udziałem Kelly’ego, które nadają całości prawdziwie „magiczny”, wręcz nierealny nastrój. Kawałek, który po prostu zniewala i nie traci ani odrobiny swojej czarującej mocy pomimo upływu lat.



1. Sweet Talking Woman
Singiel: 1978
Album:  Out Of The Blue - (Kelly +)
Kompozycja: Jeff Lynne
 

 

Zasłużone pierwsze miejsce! Genialny, dynamiczny i perfekcyjnie dopracowany hymn pop-rocka. Szybkie, „galopujące” smyczki na otwarciu, genialny bas Kelly’ego i niesamowicie chwytliwy refren czynią z tego utworu kwintesencję wszystkiego, co w Electric Light Orchestra najlepsze. Prawdziwy wulkan pozytywnej energii!