5 lipca tłum liczący 250 000 osób oglądał, jak The Rolling Stones oddają hołd swojemu zmarłemu gitarzyście, Brianowi Jonesowi, podczas darmowego koncertu w londyńskim Hyde Parku [na zdjęciu Jagager odczytujący Adonais Percy'ego Bysshe Shelleya]. Pomiędzy 15 a 19 sierpnia 500 000 widzów zalało błotniste pastwisko w pobliżu Woodstock w stanie Nowy Jork, aby zobaczyć program złożony z 32 wykonawców, w tym Joan Baez, Joni Mitchell, Santanę, Jefferson Airplane, The Who i Jimiego Hendrixa. Dwa tygodnie później kolejne pół miliona ludzi zjechało na senne wyspy Isle of Wight u południowych wybrzeży Anglii na kolejny trzydniowy, anglo-amerykański maraton rockowy, którego kulminacją był pierwszy występ Boba Dylana od czasu jego niemal śmiertelnego wypadku motocyklowego w 1966 roku.

Wręcz przeciwnie, sesje do Abbey Road obejmowały „bed-in” bezpośrednio na podłodze studia. Przed stawieniem się do pracy John zabrał Yoko na wycieczkę samochodową po szkockich wybrzeżach – jego przywiązanie do nich mocno wyprzedzało to u Paula – w towarzystwie swojego syna Juliana i jej córki Kyoko. Jako fatalny kierowca, wylądował wynajętym samochodem w rowie, poważnie rozcinając sobie twarz i raniąc plecy Yoko do tego stopnia, że chodzenie, a nawet siedzenie wciąż sprawiało jej ból. Zamiast przebywać w studiu bez niej, sprowadził podwójne łóżko z domu towarowego Harrods. Leżała tam, podparta poduszkami, z mikrofonem zamontowanym nad głową, co pozwalało jej dowolnie komentować przebieg prac. Co zdumiewające, rozejm wciąż trwał.
Tym razem żaden z utworów Paula nie miał wybitnowanego na sobie napisu „przebój”. „Oh, Darling” było pastiszem naddramatycznych wokalistów soulowych w stylu Jackie Wilsona („Reet Petite”) – wczesnym przykładem nostalgii za latami 50., która wkrótce miała zdominować brytyjski pop. „Maxwell’s Silver Hammer”, nagrany bez Johna, zaczynał się w dobrze znanym, uroczym, domowym stylu McCartneya, od postaci o imieniu Joan studiującej „patafizykę” – pojęcie, które wyłapał w czasach, gdy obracał się wśród podziemnych intelektualistów w księgarni Indica. Wewnątrz ładnego opakowania seryjny morderca, student medycyny Maxwell Edison, cicho śledził i tłukł swoje niewinne ofiary z radosnym „Bang-Bang!”, aby „ubezpieczyć się, że są martwe”. Danie mu srebrnego młotka miało złagodzić ten czarny humor (tak jak dodanie słowa „Silver” przed „Beatles” wydawało się kiedyś nadawać im więcej blasku). Ale nawet jak na listy przebojów z 1969 roku, kapryśne masowe morderstwo to było zdecydowanie za dużo.
Tam, niestety, twórcza interakcja natrafiła na przeszkodę. Chociaż „Come Together” wydawało się stworzone do wspólnej harmonii Lennona i McCartneya na żywo, John zdecydował się na dubbing wokalny zrealizowany wyłącznie przez siebie. Paul wspominał później, że miał nadzieję, iż znowu staną przy jednym mikrofonie, ale był „zbyt skrępowany, by zapytać”. Była to chyba najsmutniejsza miara przepaści, która ich teraz dzieliła.
„You Never Give Me Your Money” było jednoznacznym odniesieniem do obietnic bajecznego bogactwa składanych przez Allena Kleina, które jak dotąd przyniosły jedynie „śmieszny papierek” w postaci umowy menedżerskiej, której podpisywaniu sprzeciwiał się wyłącznie Paul. Przegłosowany i zepchnięty na margines, miał tylko „jedno słodkie marzenie” – by wraz z Lindą być „stąd daleko... nadusić gaz i otrzeć łzę”.
Tutaj przynajmniej należało do niego ostatnie słowo – a właściwie dwa. W „The End” pozostali naprawdę byli tylko „muzykami towarzyszącymi dla Paula”, gdy wygłaszał ich zbiorowe epitafium: „The love you take / is equal to the love you make” (Miłość, którą otrzymujesz, jest równa miłości, którą dajesz). Następnie, gdy album wydawał się zakończony, jakby na zadośćuczynienie za całe to zrzędzenie, pojawiło się „Her Majesty” – fragment jego dawnego, zuchwałego uroku, nazywający brytyjską monarchinię „całkiem miłą dziewczyną”. W rzeczywistości zdecydował o wycięciu tego kawałka, ale inżynierowie dźwięku w studiu po prostu nie odważyli się tego zrobić.
To właśnie w celu promocji Abbey Road The Beatles odbyli swoją ostatnią w historii wspólną sesję zdjęciową – była to melancholijna okazja w nowej wiejskiej posiadłości Johna i Yoko, Tittenhurst Park, 22 sierpnia. Mieli na sobie niemal te same ubrania, co na okładce albumu – z tą różnicą, że John nosił czarny kapelusz z szerokim rondem jak nestor kwakrów – i wydawali się tak nieswoi i zamknięci w sobie, jak czwórka obcych ludzi. Trudno było utożsamić tych chłodnych, obojętnych mężczyzn z chłopakami, którzy razem przetrwali lędźwiowy klub Cavern w Liverpoolu, Hamburg, Beatlemanię i jeszcze bardziej szaloną epokę po Beatlemanii, podtrzymywani śmiechem, pasją, optymizmem i przede wszystkim przyjaźnią, która wydawała się nie do zniszczenia. Miłość, którą stworzyli, była nieskończenie większa niż jakakolwiek, którą mogli otrzymać – i to była najcięższa cena ze wszystkich.
Paul nigdy nie podpisał umowy
menedżerskiej z Allenem Kleinem: większość głosów Johna, George’a i Ringo
wystarczyła do przypieczętowania tej nominacji. Zobowiązania kontraktowe wobec
spółki The Beatles i Apple oznaczały, że był teraz uwięziony z menedżerem,
którego nigdy nie chciał i którego nie znosił. Klein ze swej strony przyjął
wyniosłe maniery człowieka realizującego misję znacznie ważniejszą niż drobne
konflikty personalne. „[Paul] był związany z Apple na znaczny okres lat” –
powiedział wywiadowcy telewizyjnemu w sztywnym, prawniczym języku, jakiego
używał publicznie – „więc jego odcięcie się ode mnie nie ma tak naprawdę
żadnego wpływu”. Prywatnie jego żelazna wiara w siebie podpowiadała mu, że Paul
w końcu i tak przejdzie na jego stronę. Własne umiejętności polityczne
Paula tym razem całkowicie go zawiodły. Domyślał się, że George’a nie da się
odwieść od popierania Johna w kwestii Kleina. Ale zdroworozsądkowy,
sprawiedliwy Ringo wciąż mógł być otwarty na argumenty. Tak więc w lipcu Ringo
i jego żona Maureen otrzymali rzadkie zaproszenie na kolację przy Cavendish. Po
wykwintnym posiłku ugotowanym przez Lindę Paul ponowił argumentację przeciwko
Kleinowi. Jak Ringo wspominał później, czuł się wtedy szantażowany
emocjonalnie; ilekroć powiedział coś na korzyść Kleina, Linda zalewała się
łzami i mówiła: „Ciebie też dopadli”.
Po chwilowej odwilży przy Abbey Road Paul był coraz rzadziej widywany w siedzibie Apple przy Savile Row, gdzie kiedyś był codzienną, wszechpotężną obecnością. „Przychodził tylko na zebrania biznesowe, na których absolutnie musiał być” – wspomina Tony Bramwell – „choć wciąż wisiał na telefonie, prosząc mnie o załatwianie różnych rzeczy”.
W rzeczywistości miał teraz dwie córki, ponieważ zdecydował się zaadoptować córkę Lindy, Heather – tak samo jak jego ojciec zaadoptował Ruth, córkę swojej drugiej żony Angie. Ale w przeciwieństwie do Ruth, biologiczny ojciec Heather, Joseph Melville See, wciąż żył i miał się dobrze w Tucson w Arizonie.
W latach od rozwodu z Lindą See miał niewielki kontakt z Heather i nie wnosił sprzeciwu wobec sprowadzenia jej z Nowego Jorku do Londynu, by zamieszkała z Paulem. A jednak mógł stworzyć wszelkiego rodzaju przeszkody prawne dla planu adopcji, a może nawet całkowicie go udaremnić. Zdecydował się tego nie robić – jak powiedział swojej późniejszej partnerce Beverly Wilk – „ponieważ Heather będzie miała lepsze życie jako McCartney”.
Na potrzeby „Give Peace a Chance” wykreował więc nazwę Plastic Ono Band, stawiając Yoko mocno na pierwszym planie i zamawiając cztery igielitowe (z pleksiglasu) wieże pełne sprzętu audio jako jedyne stałe elementy zespołu. Ale chociaż Paul nie był zaangażowany w żaden etap, piosenka wciąż nosiła podpis Lennon-McCartney. John żałował później, że czuł się „wystarczająco winny, by dać McCartneyowi współautorstwo przy moim pierwszym niezależnym singlu zamiast... Yoko, która napisała go ze mną”. Wytwórnia płytowa Apple nadal pozyskiwała i rozwijała nowych artystów, ale przy użyciu skromnych zasobów w porównaniu do tych, które pompował w nią Paul. Ster przejął głównie George, podpisując kontrakt z amerykańską piosenkarką soulową Doris Troy oraz wokalistami Radha Krishna Temple, których ubrany w pomarańczowe szaty, śpiewający i dzwoniący talerzykami orszak był znajomym widokiem na Oxford Street. (W efekcie najnowszym modnym hasłem wśród spiętej i paranoicznej załogi przy Savile Row 3 stało się „Hare Krishna”). Crosby, Stills & Nash przeszli przesłuchanie ze wspaniałą wersją „Blackbird”, ale zostali odrzuceni.
Ale na razie nie można było
odejść od Kleina, pochłoniętego projektem, na który Paul wyraził pełną zgodę.
Była to walka o uratowanie Northern Songs przed szponami Associated Television
Lew Grade’a, która ciągnęła się już od prawie czterech miesięcy. Sytuacja wyglądała dokładnie tak
samo, jak w maju: grupa inwestorów z City posiadała pakiet akcji, którego
zarówno The Beatles, jak i Grade potrzebowali do uzyskania pełnej kontroli, ale
inwestorzy ci wciąż powściągliwie odmawiali sprzedaży którejkolwiek ze stron.
Początkowo to konsorcjum uważało za właściwe, aby Lennon i McCartney posiadali
wydawnictwo zarządzające ich katalogiem. Czołowi członkowie byli zabiegani
podczas osobistych spotkań z Johnem i Yoko – ale strategia ta spaliła na
panewce, gdy John stracił cierpliwość do całego tego przymilania się i
oświadczył, że ma „dość bycia rolowanym przez facetów w garniturach siedzących
na swoich tłustych tyłkach w City”. Prawdziwym problemem był jednak
Klein, którego burzliwe CV zostało niedawno szczegółowo przedstawione przez
zespół śledczy Sunday Times Insight. Konsorcjum czuło staroświecką
odpowiedzialność za przyszłość Northern Songs i obawiało się, że jeśli The
Beatles zdobędą kontrolę, „najtwardszy cwaniak w popowej dżungli” zostanie
dyrektorem generalnym.









































