Wyszukiwanie : .Szukaj w blogu.

2. Szukaj w blogu - zbiórczo

ATP FINALS 2019 - Stefanos Tsitsipas !!!

Dzisiaj zakończyła się wieczorem epoka Wielkich Mistrzów? Tzn. Wielkiej Trójki (Andy Murray przez kontuzję opuścił Wielką Czwórkę).W ciągu ostatnich 20 lat wszystkie największe turnieje (Wielkie Szlemy, czy finały najlepszej ósemki danego roku, od kilku lat FINALS, kiedyś MASTERS) wygrywali Roger, Rafa lub Nowak. Poza incydentami jak rok temu zwycięstwo ATP Finals dla Saszy Zvereva. W tegorocznym turnieju Mistrzów (rozgrywanym, podobnie jak rok temu, na przepięknej O2 Arena w Londynie), choć wzięła w nim udział wspomniana trójka Gigantów, w finale spotkali się Grek Stefanos Tsitsipas oraz Austriak Dominic Thiem. Wygrał ten pierwszy i moim zdaniem to przyszły numer 1 męskiego tenisa. 

Niesamowitych emocji dostarczył wszystkim, w tym piszącemu te słowa, wygrany mecz Rogera z Novakiem oraz także zwycięstwo Rafy z Tsitsipasem, ale to było wszystko na co stać było mistrzów w tym turnieju, choć wspaniała gra Szwajcara i łatwe pokonanie Serba rozbudziły apetyty na całym świecie  fanów Mistrza z Bazylei. 
Niestety, w meczu z przyszłym zwycięzcą turnieju Federer zagrał dużo gorzej. Ciekawe, że jedynym graczem, który w tych finałach pokonał 21-letniego Greka był Rafa Nadal, choć zwycięstwo te nie dało mu awansu do półfinału, ale wystarczyło, by zdetronizować na pozycji numer 1 rankingu ATP Djokovica.  Łukasz Kubot w deblu z Brazylijczykiem Marcelo Melo w półfinale dopiero ulegli typowanej przeze mnie od samego początku na zwycięzców parze Francuzów: Nicolasowi Mahut oraz Pierre-Hugues'owi Herbert. Dodam, że obaj Francuzi to jedyni gracze z ośmiu par deblowych, które wzięły udział w finałach, którzy grają aktywnie i z sukcesami także w singla. 

Uczestnicy ATP FINALS 2019 na tle słynnego londyńskiego Młyna. Od lewej: Tsitsipas, Federer, Medvedev, Nadal, Djokovic, Berrettini, Thiem i Zverev.


Oglądanie meczów zakończonego przed godziną turnieju był ucztą dla oka, niestety nie zawsze dla ucha a to za sprawą tych spotkań, które komentowała (Polsat) pani Katarzyna Nowak. Może i kiedyś jakaś tam tenisistka, ale całkowicie nie nadająca się na komentatora. Przez barwę głosu, sposób akcentowania, ekspresji wyrażania swoich ocen (stękanie, pojękiwanie, wręcz "aktorska gra"), jakość swojego komentarza (pomijam perełki w stylu "piłka uderzona z ogromną szybkością i prędkością") jakby żywcem czerpana z otwartych przed nią statystyk Google lub serwisu ATP, nikomu nie potrzebnych. Ale jej głównym grzechem była nieumiejętność wczucia się w komentowanie meczów, gdyż jej słowotok wchodził często już na trwającą na ekranie wymianę piłek między graczami. Chciałoby się przypomnieć jej maksymę o "milczeniu", ale wątpię by to do niej dotarło. Kuriozalne jest to, że już nawet wolałem słuchać pana Lorka z tym jego nieustannym przywoływaniem opisu danego zagrania do jakiegoś tam z historii tenisa (do wyboru, do koloru bo nie do sprawdzenia), angielszczyzną a la Oxford czy barwnymi metaforami ("piłka nawiązała romans z baselinem" itd). Przykład: gra np. Zverev i w momencie gdy gracz uderza udanie piłkę, słyszymy z ekranu komentarz w stylu, że "takiego zagrania używał Ivan Lendl w spotkaniu z .... na turnieju w ....". Porównywanie zagrań tenisowych do jakiegoś zagrania konkretnego gracza nie jest złym komentarzem, ale nadużywanie go i tak "kolorowy" dobór przykładów jakie serwuje nam pan Lorek w czasie transmisji mnie akurat często zmusza do używania klawisza "mute"na swoim pilocie.






______

Aktualnie oglądam. YELLOWSTONE. Polecam


Ponieważ chciałbym powoli zakończyć prace na tym blogu (skupić się tylko na moim drugim, flagowym, o The Beatles), to dzisiaj tylko krótko (tak będzie zawsze). Blogowy mix. X muza. Film. Aktualnie mój ulubiony serial. Jeden z najlepszych jakie widziałem. Może ustępuje on  znacznie "Breaking Bad" (na marginesie, bardzo rozczarował mnie kinowy spinoff do wspomnianego serialu: "El Camino. A Breaking Bad Movie") czy "Grze o tron", ale u mnie "Yellowstone" to moja absolutnie ścisła czołówka. Kończę oglądać drugi sezon i nie mogę się doczekać trzeciego. Wciąga jak diabli. Gra w nim gra wielka, hollywoodzka gwiazda, mój ulubiony Kevin Costner i rzeczywiście to jeden z głównych, ale nie jedynych atutów serialu. Pozostała obsada jest znakomita, zwłaszcza podobają mi się Luke Grimes i Cole Hauser. Kelly Reilly i Wes Bentley ustępują im tylko o ułamki sekund, używając sportowego porównania. Znakomity Dan Huston jak czarny charakter. Stop. Brak jednoznacznie czarno-białych charakterów, skomplikowane relacje między bohaterami. Fajna, rodzinna saga osadzona w realiach dzisiejszego Texasu i na swój sposób to XXI-wieczny western z Indianami, kowbojami, nawet nie w tle a na pierwszym planie. W skali 1-10, mocne 8.






Droga do powstania albumu "Abbey Road"

O albumie, jego genezie więcej można dowiedzieć się z tekstów na moim blogu o tej genialnej płycie zespołu. W rocznicowym wydaniu płyty w tym roku (w dołączonych do wydawnictw) książeczkach pojawił się taki tekst, który przytaczam w całości. Dla obeznanych z historią zespołu fanów dodany do płytki tekst (autorstwa Kevina Howletta, producenta BBC, swego czasu współpracującego blisko z zespołem) nie zawiera żadnych zaskakujących czy nowych informacji, ale możemy się dzięki niemu zorientować, jak firma Apple, Paul i Ringo chcą przedstawić wszystkim okres powstawania płyty. Dzisiaj w 209. Moim zdaniem bardzo udanie. Jak zawsze na blogu, moje, niedoskonałe tłumaczenie, nie dosłowne, ale oddające sens angielskiego oryginału. 

  Odniosę się jeszcze tylko do pierwszego zdania poniższego tekstu. Bezdyskusyjnie "Abbey Road" jest dla mnie najlepszym albumem nie tylko The Beatles ale i wszech-czasów, ale wydaje mi się, że gdyby na wymienionym "Pepperze" zmieszczono - tak ja to się stało 50 lat później - dwie piosenki, które pierwotnie miały się na nim znaleźć (mam na myśli singlowe "Strawberry Fields Forever" i "Penny Lane"), album z 1967 byłby niedoścignionym wzorem, przebijając może płytę z 1969. Czy dodanie do "Abbey Road" któregoś z wielkich hitów, dzisiaj klasyków The Beatles z 1969 roku, jak np. "Let It Be", "The Long And Winding Road" a nawet "Get Back" wzniosłoby "Abbey Road" na jeszcze wyższe poziomy? Nie jestem pewien. Zostawię Was z tą myślą. 

Pod względem ogromnych wyzwań pomysłowości "Abbey Road" podważa status albumu "Sgt. Pepper's  Lonely Hearts Club Band" jako największego dokonania grupy. Ale któż to mógł przewidzieć na początku 1969. Działając w niezwykle płodnym biznesie muzycznym, The Beatles wiedzieli, że  aby się w nim utrzymać musieli ciągle wydawać płyty. Na muzycznej scenie następowały cały czas zmiany i wiele zespołów, które współistniały we wczesnych czasach The Beatles zostało z niej zmiecionych (osiągając wcześniej szczyt bądź nie). Ciekawe, że dwa tygodnie przed wydaniem w listopadzie 1968 roku "Białego Albumu", ogłoszono, że zespół prawdopodobnie zagra w połowie grudnia trzy koncerty w Roundhouse, w Londynie, a z tego wydarzenia możliwe, że telewizja wykroi godzinny show. To była zaskakująca wiadomość, zwłaszcza, że zespół od dwóch lat już nie koncertował. Nowy album zespołu to efekt 5-cio miesięcznej pracy w studiu i Apple przekazało prasie informację, że planowane koncerty będą oczywiście skoncentrowane na materiale z tych 30 nowych nagrań.
  Plany szybko zostały zmodyfikowane. Od dnia, kiedy grupa zgromadziła się w Studiach Twickenham (2 stycznia 1969), zaczęto dostrzegać, że pomysł na żywo dla telewizji jest wielce ryzykowny. "Biały Album", choć wciąż był numerem 1 w Wielkiej Brytanii i USA i w wielu innych krajach, był już dla nich starym materiałem. Porzucono więc szybko ideę grania czegokolwiek z niego, wybierając za to naukę całkiem nowych piosenek. W pierwszym dniu prób John powiedział George'owi Martinowi, że "prawdopodobnie uda im się razem szybko napisać kilka nowych". 
  Tymczasową datą na koncert miał być dzień 20 stycznia 1969, i to miało być szczególne wyzwanie, nawet dla The Beatles. Paul w 1969 powiedział: "Kiedy doszło do tego, że mieliśmy to zrobić, powiedzieliśmy: 'Napiszmy nowe piosenki'. Ponieważ zawsze staraliśmy się przeć do przodu. Szybko się wszystkim nudziliśmy". Ponadto zdecydowali się wtedy nakręcić film ze swoich prób, tak by widzowie mogli zaobserwować ewolucję każdej piosenki. Paul wspomina: "Pomysł był taki, żeby sfilmować proces powstawania piosenek w toku. Zobaczyć coś, co było od samego początku małym zalążkiem pomysłu aż do samego finałowego urzeczywistnienia songu. No i mieliśmy zagrać wszystko w Technicolorze".
Wrócono do pomysłu zagrania koncertu na żywo, jako punktu kulminacyjnego filmu. Ponadto grupa narzuciła sama sobie reguły, że nagrania będą pozbawione  obróbki studyjnej, efektów, wszelakich nakładek.
  Inzynier Glyn Johns, który dotychczas regularnie pracował z The Rolling Stones, odpowiadał za dźwięk. Otoczeni przez kamery, skuleni wokół siebie, The Beatles, raz marzli z powodu ciągłych zimowych przeciągów wielkiego budynku, drugi czuli się niekomfortowo przez ciepło otaczających ich lamp i sprzętu. Dokładna historia tego okresu nazwanego projektem "Get Back", ostatecznie wydana na albumie i filmie nazwanymi "Let it Be", została odłożona na inny czas. Sumując, wydaje się, że próby w Twickenham Studios, które charakteryzowały całe przedsięwzięcie uznano jako nieszczęśliwe - czy to przez samych Beatlesów, czy każdego, który oglądał  film. Cała czwórka przyznawała, że poddawana tam była sporym presjom, wzmocnionym przez nieprzyjazne otoczenie i stałą obecność kamer, mikrofonów, dosłownie ich wkurzającą. Setki nagranych taśm audio zapewniają dostęp do tych bezcennych, historycznych zapisów. Taśmy z Twickenham zawierają też szereg szczerych dyskusji i rozmów członków zespołu.

  Gdy tykające jak bomba zegarowa dni w Twickenham mijały, reżyser Michael Lindsay-Hogg skupiał całą swoją uwagę na ustaleniu, gdzie ma być sfilmowany koncert. Wynajem dwóch oceanicznych liniowców (z tygodniowym wyprzedzeniem), by zabrać zespół wraz z publicznością na arabską pustynię w Afryce był jednym z szalonych pomysłów branych pod uwagę. W siódmym dniu prób musiał się zmierzyć z jeszcze większym problemem. Po porannym zagraniu - w wyjątkowo zespołowej atmosferze - piosenek "Get Back" oraz "Two Of Us", coś wydarzyło się w czasie przerwy na lunch, po której George obwieścił, że opuszcza zespół. W jego pamiętniku z owego dnia (10 stycznia 19 69) czytamy: "próby, aż do lunchu, opuszczam The Beatles, pojechałem do domu".
  Kryzys został jednak szybko zażegnany. George zgodził się wrócić pod dwoma, nie dającym pola do negocjacji warunkami - przenoszą się do przytulniejszego otoczenia w ich studiu przy Abbey Road i odpuszczają temat występu na żywo dla telewizji. Jak w starych powiedzeniach: "Zawsze krzywdzisz tego, kogo kochasz" czy "wszyscy kochamy się i wszyscy wiemy o tym", Ringo opowiedział BBC, w dzień wcześniej przed przenosinami: "Nadal czasami ranimy siebie ... ale to buduje z nas później w coś większego, niż było wcześniej".

  W Apple rzeczy poszły już dużo lepiej. Tam wszyscy przypomnieli sobie prawdę o głównych zasadach procesu nagraniowego lecz bez efektów studyjnych i dogrywek. Celem stał się teraz dokument o tworzeniu przez grupę albumu w warunkach najbardziej podobnych do tych z czasów ich najwcześniejszych sesji w studiach EMI . Atmosfera stała się bardziej przejrzysta. Dołączył też do nich stary przyjaciel, grający na organach.  Billy'ego Prestona poznali jeszcze w Hamburgu, gdy grał on w zespole Little Richarda. W Londynie  Billy grał w zespole Ray'a Charlesa. Wpadł w odwiedziny do Apple i wkrótce zadomowił się tam w studiu na resztę miesiąca. 

   Ostatecznie zdecydowano nakręcić dwie sekwencje występu na żywo,by nadały one filmowi odpowiednie zakończenie. Niezapowiedziany koncert miał miejsce w porze obiadowej 30 stycznia 1969 na dachu wytwórni Apple przy 3 Saville Row. The Beatles w przenikliwym wietrze zagrali na dachu 42-minutowy koncert. To był ich ostatni publiczny występ, choć, co oczywiste, w owym czasie nikt tego nie podejrzewał. Opisał to magazyn New Musical Express w artykule, 'Allen Klein pomaga Beatlesom', w którym zdawkowo wspomniano, że w ostatni czwartek zaskoczeni przechodnie na londyńskiej Saville Row mogli usłyszeć niektóre ze specjalnie napisanych piosenek zespołu. Następnego dnia kamery nakręciły kolejne trzy piosenki, które nie były odpowiednie do wykonania ich "na żywo".
   Z perspektywy czasu wielu zgadza się z tym, że niezadowolenie z tego, co miało miejsce w styczniu 1969,  skłoniło The Beatles do wspólnego zebrania się, by wydać finalne, triumfalne muzycznie dzieło. Połysk produkcji i nieskazitelne wykonania na "Abbey Road" skłaniają do takiego osądu. Chociaż zdarzały się wtedy okazjonalne rozmowy w grupie o 'rozwodzie', to pod koniec miesiąca chmury burzowe nad nim całkowicie się rozwiały i zniknęły w oddali. To prawda, że kilka "burz" wydarzyło się jeszcze wiosną 1969 roku, ale latem wszystko wydawało się już spokojniejsze.  Wskazują na to oryginalne taśmy z sesji do albumu "Abbey Road". Także  wypowiedź George'a: "Nie wiedziałem wtedy, że to będzie ostatnia płyta The Beatles. Pamiętam, że polubiłem tą płytę, cieszyłem się nią, ale nie przypominam sobie, bym tak myślał o tej płycie, ponieważ tak wiele rzeczy się wtedy działo". Refleksja Ringo jest podobna: "Zawsze istniała możliwość, że będziemy nadal kontynuować Nie siedzieliśmy w studiu powtarzają: ostatnia płyta, ostatni utwór, ostatnie ujęcie".
  Nagrywanie "Abbey Road" dzieli się na dwa odrębne okresy. Pierwszy obejmuje nagrania dokonane pomiędzy późnym lutym a wczesnym majem 1969. Pięć utworów z albumu powstało w tamtym okresie: "I Want You (She's So Heavy)", "Something", "Oh! Darling", "Octopus's Garden" i "You Never Give me Your Money". Nie było też pewne, że pięć nowych piosenek znajdzie się na nowym projekcie czy też na poprzednim.

   W owym czasie spotkania biznesowe w Apple bywały czasami bardzo frustrujące. Allen Klein, który wcześniej prowadził interesy The Rolling Stones, Animals i Herman's's Hermits w USA,  został zatrudniony by zaprowadzić porządek w firmie zespołu. W ten sposób wywrócił do góry nogami etos Apple. Klein działał na wielu polach, zwalniał, rekrutował załogę Apple, prowadził walkę o udziały w Northern Songs, która kontrolowała prawa autorskie do kompozycji zespołu. Najpoważniejszą wtedy sprawą dzielącą boleśnie cały zespół, były zasadnicze różnice zdań co do osób, które  mają decydować o jego finansach. Paul przypominał sobie jeden z najbardziej napiętych momentów, który miał miejsce w Olympic Sound Studios. 6 maja nagrywana była piosenka, "You Never Give Me Your Money". Trzy dni później, w piątek wieczorem, zespół zebrał się w Olympic na dalszą pracę z Glynem Johnsem. Allen Klein wrócił z Nowego Jorku i namawiał wszystkich czterech Beatlesów do podpisania kontraktu na następne trzy lata. Paul nie podpisał. "Z jakiegoś powodu ich trzech bardzo chętnie zgodzili się na pracę z nim. Namawiali mnie, dręczyli mnie, bym podpisał" - wspominał Paul w książce "Mamy Years From Now". "Powiedziałem, 'Nie, nie chcę niczego dobrego od tego faceta. Zaczekam do poniedziałku, zanim cokolwiek mam podpisać. Mój prawnik pojawi się w poniedziałek'. A oni na to: 'Pierdol się!' i wyszli ze studia zostawiając mnie w Olympic na sesji samego'". 

 W tym samym czasie Glyn Johns kończył prace nad albumem "Brave New World" Steve Miller Bandu. Niechciana przez The Beatles sesja została wykorzystana do współpracy pomiędzy Paulem i Steve Millerem. Paul wspomina: 'Zrobiliśmy we dwoję jego nagranie "My Dark Hour" (Moja ciemna godzina). Wyładowałem się wtedy w grze na perkusji. Było zbyt dużo wypełnień bębnami. To był dziwny okres w moim życiu i przysięgam, moje pierwsze siwe włosy pojawiły się właśnie w tamtym miesiącu".
  W swoim pamiętniku Glyn Johns zaznaczył, że sesja Beatlesów w dniu następnym została odwołana. Sześć dniu po swojej "ciemnej godzinie" w Olympic Studio Paul udzielił wywiadu Roysowi Corlettowi z BBC Radio Merseyside. Zapytany o to, czy istnieją wciąż silne więzi pomiędzy Beatlesami, odpowiedział: "Oczywiście. To jest trójka moich najlepszych przyjaciół. Mówię ci, że to są wspaniali faceci!" 
  I faktycznie, "nie wszystko nie wyglądało w takich 'siwych' kolorach". Pozostała część albumu była wynikiem konsekwentnej pracy w lipcu i sierpniu. Po wydłużonej od wspólnego nagrywania przerwie The Beatles zareagowali teraz bardzo wyraźnie. Ich pierwotny projekt albumu został wstrzymany do momentu ukończenia filmu dokumentalnego, więc zdecydowali w międzyczasie nagrać nowy. George Martin był zachwycony, gdy ujrzał entuzjazm całej czwórki do zdyscyplinowanego nagrywania w studiach EMI. "Paul zadzwonił do mnie i powiedział: 'Nagrywamy kolejny album. Czy zechciałbyś go produkować?' Moja natychmiastowa odpowiedź brzmiała: ' Tylko jeśli pozwolicie mi produkować go jak dawniej'. On na to: 'Oczywiście, chcemy'. Wszyscy bardzo dobrze się spisali w czasie pracy nad tym albumem i dlatego bardzo go lubię. To była bardzo szczęśliwa płyta".
  Do kilku piosenek, George Martin napisał partytury, które zostały nagrane pod koniec sesji. Był również zachwycony pomysłem stworzenia składanki kilku piosenek, znanej w czasie sesji pod nazwą "The Long One" (Ta długa). Producent wspomina: "Bez potrzeby bycia pretensjonalnym, przekazałem in, że tworzymy coś na kształt sztuki i chciałem by myśleli symfonicznie. Chciałem by w czasie pisania swoich piosenek w warunkach pierwszego i drugiego podmiotu, myśleli o nich jak o formach symfonii i sonaty". 
  Kolejnym kluczowym elementem "Abbey Road" to jakoś i zawiłość harmonii wokalnych. Jakkolwiek przy całym stopniu zastosowania wyrafinowanych technik produkcyjnych, wiele piosenek zostało przez zespół wykonanych na żywo w studiu, do których nakładki dodano później. Nie separowano na taśmie oddzielnie każdego instrumentu. Jak opisano to na następnych stronach, część albumu zatytułowana Sessions zawiera wiele takich wykonań na żywo.




 






          

 

The Beatles - "ABBEY ROAD" '2019





Moją pierwszą, prawdziwą pracą dla The Beatles była ta nad stworzeniem ścieżki dźwiękowej dla show pod nazwą "Love" Dirque du Soleil. Po trzynastu latach moje wspomnienia z tego okresu to robienie playbacku z "Come Together", innymi razy, te dla Paula i Ringo. Ich reakcje zawsze były bardzo podobne. Za każdym razem, kiedy słuchali, przymykali oczy i mówili: "Tak, pamiętam ten dzień". I zawsze z uśmiechem dodawali: "Byliśmy tego dnia naprawdę dobrzy". Tym właśnie jest dla mnie album "Abbey Road" - zespół o szczytu swoich możliwości twórczych. Beatlemania i duch jej z wcześniejszych lat może już wtedy wyerodowały, ale złożoność gry i niezwykła łatwość, z jaką mogli atakować każdy gatunek muzyczny, osiągnęły zenit.

Myślę, że stary zespół został ponownie zebrany, aby rozproszyć niezadowolenie i frustracje, które im towarzyszyły podczas sesji nagraniowych "Let it Be". Mój ociec, George Martin, miał swobodę nie tylko przy produkcji sesji, ale także do powrotu do swojej znaczącej roli przy aranżacjach muzycznych... i to widać. Powrót inżynierów dźwięku Geoffa Emericka i Phila McDonalda gwarantował precyzję brzmienia, co zostało wsparte instalacją nowej konsoli nagraniowej, modelu TG12345. Nowy sprzęt pozwalał na nagrywanie bardziej złożone. Tak naprawdę, to "Abbey Road" ,
na wiele sposobów, stał się wzorcem do tego jak nagrywać albumy na następne 20 lat. Tak, to nadal jest ta sama nienaganna jakoś aranżacji oraz technicznych sztuczek w grze, którą cieszyły nas albumy "Sgt. Pepper" czy "White Album".....


  • Więcej na blogu o The Beatles (o albumie z okazji 50-tej rocznicy więcej postów w zakładce MIX)








OSKAR DLA BRADA?



Polecam. "Ad Astra". Choć generalnie opinie o filmie i Bradzie są bardzo pozytywne, to napotkałem na kilku forach, że film nudny, wtórny, niewiarygodny (np. końcówka). Nie będę z takimi opiniami polemizował. Dla mnie to jeden z lepszych filmów, które widziałem. Bez względu na gatunek. Ponad dwie godziny obcowania z doskonałą robotą reżyserską, wspaniałymi zdjęciami, niesamowitymi efektami specjalnymi oraz fabułą , która największego laika zmusi do myślenia, zastanowienia się nad sobą. No i genialny, mój ulubiony aktor, który w zasadzie nie schodzi z ekranu. To, że będzie murowana nominacja do Oskara, a może nawet i nagroda pisze się o tym wszędzie. Zasłużenie. Aktor ma Oskara jako producent, może wreszcie doczeka się jako aktor? 

Czytając przed seansem mnóstwo opinii, recenzji o filmie, wywiadów z aktorem (poświęconych tylko filmowi, bez ocierania się o jego życie prywatne, które w chwili obecnej ma, jak wszyscy wiemy, bardzo skomplikowane), skupiłem się, co przyszło mi z łatwością, na analizie, na ile potrafię, gry aktorskiej Pitta. 

Wciąż pięknego faceta (taką opinię, dokładnie taką, nie "przystojnego", ale właśnie "pięknego" faceta, wyrażali w swoich wywiadach dziennikarze i dziennikarki przeprowadzające z aktorem wywiad), który chyba w tym filmie osiąga szczyt swoich, dotychczasowych możliwości aktorskich. I wierzę, że nie po raz  ostatni. Niedawno świetna rola w filmie Tarantino, teraz "Ad Astra". 
Prasa znowu pisze o Bradzie, nie w kontekście jego spowiedzi o własnych problemach alkoholowych, nieakceptowaniu go jako ojca przez Maddoxa, najstarszego syna (adoptowanego) małżeństwa z Jolie, czy właśnie walki o dzieci z ex- małżonką (akurat w chodzi na ekrany kin nowy film Disney'a  z Angeliną w roli Czarownicy), ale oceniając jego aktorstwo czy jako producenta, właściciela jednej z najpoważniejszych teraz firm producenckich, Planu B. Producenta także filmu "Ad Astra". No i tyle. Nie czekajcie na film na dvd, czy w sieci. Ten film warto zobaczyć na dużym ekranie. I nie oczekujcie typowego sci-fi czy łatwej rozrywki.











__________________________

RIC OCASEK (2)

 

Słucham ostatnio cały czas Carsów. Na tyle na ile mi czas pozwala. Czasem niepotrzebnie go marnuję jak np. na obejrzenie drugiej części horroru "To". Książka Stephena Kinga to dla mnie absolutnie numer 1 w swej kategorii. Pierwsza część, rok temu grana w kinach, była rewelacyjna. Wtedy wydawało mi się, że można Mistrza (pisarz wystąpił w filmie w epizodzie, sprzedawca rowera; wygląda sam bardzo odpychająco) sfilmować wreszcie udanie, druga to wielkie rozczarowanie. Ale wracam do The Cars i zmarłego niedawno lidera i głównego wokalisty zespołu. Całość repertuaru zespołu całkowicie wyszła spod ręki Ocaska. I podobnie jak w przypadku np. Jeffa Lynne'a z ELO czy Martina Gore'a z Depeche Mode, którzy również jak Ric podpisywali się pod wszystkimi przebojami macierzystych kapel,tak solowe dokonania im nie wychodziły. Zabrakło magii grupy, klimatu najbliższych członków zespołu czy ich wkładu muzycznego w finalny produkt, nie wymienianych pod utworami? 

Poniżej pięć clipów. Bodajże jeden z największych solowych przebojów Ocaska, "Emotion in Motion" ("Silver" niestety nie zawojował fanów). I dwa z najlepszego albumu Carsów, "Heartbat City", rok temu wydanego w w wersjach dla kolekcjonerów (tzw. deluxe edition), zremasterowanego jeszcze pod okiem zmarłego. "Why Can't I Have You", trójkowy numer 1 i otwierający wspomniany album numer "Hello".  Czyste perełki zmarłego muzyka.  Przedostatni clip to demo "Drive", największego przeboju zespołu, które ukazało się właśnie na nowej wersji "Heartbeat City". Wersja próbna ukazuje niezwykły potencjał tkwiący w numerze, który wydobyto całkowicie w wersji finalnej. Magicznej. Przypomnę, że "Drive" było hymnem koncertu Live Aid w 1985. I z tego koncertu jeszcze dodaję bonusowo koncertowy "Heatbeat City".

 
Heartbeat City - wersja rozszerzona (z tekstem)
Niewiele wiem wciąż o śmierci muzyka. Podobno był to zawał serca spowodowany rozedmą płuc. Jego ex-żona opowiedziała, że Ric po operacji (nie wspomniała jakiej) dochodził do siebie. Rano weszła do jego pokoju, ale on spał. "Dotknąłem jego policzka, był zimny. Zdałam sobie sprawę, że odszedł spokojnie w czasie snu". Para miała dwóch synów. Ric jeszcze czwórkę z dwóch poprzednich małżeństw. Wciąż nie mogę się pogodzić ze śmiercią muzyka. Marzyłem tak sobie, że może w ramach jakiejś rocznicowej trasy zespół zawita do Polski. Niestety. Polecam na koniec obejrzenie na YT bardzo przyzwoity koncert zespołu z Houston z 11  września 1984, gdy The Cars byli u szczytu swojej popularności. Link tutaj.
 







Ric z żoną, Pauliną, poznaną na planie clipu "Drive". Para rozwiodła się po 28 latach małżeństwa.

RIC OCASEK NIE ŻYJE


Znowu paskudny news. Kolejna wielka postać muzyki rockowej odchodzi. Pan Samochodzik - jak nazywa go w swoich audycjach Marek Niedźwiecki - Ric Ocasek nie żyje. Lider, założyciel, główny kompozytor, gitarzysta oraz wokalista, autor wszystkich największych przebojów mojego ulubionego zespołu lat 80-tych, The Cars. Zespołu melodyjnego, gitarowego, najwyższej próby synth-popu czy nowej fali lat 80-90. Znakomite videoclipy. Autor znanego chyba wszystkim wielkiego klasyka, "Drive", który oddał do zaśpiewania swemu przyjacielowi z zespołu, nieżyjącemu także Benowi Orrowi (hit "Silver"). Dołączył do niego  wczoraj w wieku 74 lat. Zaledwie rok temu zespół został wprowadzony do słynnego Rock And Roll Hall Of Fame (ostatni filmik). Dziesiątki znakomitych, melodyjnych przebojów. Kilka poniżej plus linki do postów o nim i zespole Cars tutaj, na moim blogu (Ric aż cztery razy w moim topie 200). W clipie "Drive" ta piękna dziewczyna to czeska modelka, Paulina Porizkva, przez 28 lat żona muzyka.

 46. MTW. "Drive" -  The Cars
138. MTW. "Heartbeat City" - The Cars
159. MTW. "My Best Friend's Girl" - The Cars
180. MTW. "Sliver" - Ric Ocasek
THE CARS - "Take Another Look"







Heartbeat City

Tonight She Comes

Magic

Strap Me In

"My Best Friend's Girl" w czasie ceremonii wprowadzenia do R'n'roll Hall of Fame '2018