Wyszukiwanie : .Szukaj w blogu.

2. Szukaj w blogu - zbiórczo

EPiC: Elvis Presley in Concert – Magia, której nie poczujesz w telewizorze







Ostatnio w niedzielę wybrałem się do kina na coś wyjątkowego. Jako wielki fan The Beatles (to wiecie!) zawsze pamiętam o słowach Johna Lennona: „Przed Elvisem nie było nic”. I choć nie jestem elvisomaniakiem”, to seans „Elvis: That’s The Way It Is” (lub jego nowej, zremasterowanej wersji koncertowej) uświadomił mi jedno: ikona to mało powiedziane.

Tytuł: EPiC: Elvis Presley in Concert 
Gatunek: Film dokumentalny / Koncertowy
Reżyseria: Baz Luhrmann (współpraca z EPE)  
Produkcja: Elvis Presley Enterprises (EPE)
Wytwórnia: Sony Music Vision, Authentic Studios; dystrybucja Neon (USA) i Universal
Czas trwania: 95 min
Premiera: 27 lutego 2026 (pierwsze pokazy w USA: 8 stycznia 2026 w Graceland (urodziny Elvisa)

To, co uderza od pierwszej minuty, to oszałamiająca jakość obrazu. Widzieć Elvisa na ogromnym kinowym ekranie, w odrestaurowanej cyfrowo jakości, to zupełnie inne doświadczenie niż oglądanie go na małym ekranie TV. Każdy cekin na jego słynnych kombinezonach, każda kropla potu i każde spojrzenie są niemal namacalne. Obraz jest tak ostry, że ma się wrażenie uczestniczenia w tamtych wydarzeniach z 1970 roku w Las Vegas.

I tu dochodzimy do najciekawszego wniosku. Będę z Wami szczery – same piosenki, które Elvis wtedy wykonywał, bywają... przeciętne. To często typowy, estradowy repertuar tamtych lat. Gdyby puścić to w radiu, można by wzruszyć ramionami. Ale w kinie? W kinie te utwory stają się tylko tłem dla Jego charyzmy. Elvis na scenie to czysty magnetyzm. Mimo tego całego blichtru, całowania fanek w pierwszym rzędzie i niemal religijnego uwielbienia tłumu, z wywiadów i fragmentów zza kulis wyłania się obraz człowieka... skromnego. To fascynujące, jak potrafił połączyć bycie „Bogiem estrady” z ogromną dawką zwyczajnego, ludzkiego ciepła.

Dla mnie, jako fana Fab Four, największą frajdą były momenty „między wierszami”. Z ogromną satysfakcją odnotowałem, że Elvis w czasie prób i rozgrzewek chętnie sięgał po klasykę z Liverpoolu!  Usłyszycie jego wersje „Yesterday” oraz „Something” (George Harrison byłby dumny - Elvis śpiewając ten song mówi z namysłem: "wymowne słowa"!).
W jednym z utworów Elvis genialnie wplótł w końcówkę refren z „Get Back” wraz z tą charakterystyczną solówką. To dowód na to, że mimo własnej wielkości, Król doskonale wiedział, co dzieje się na muzycznym Olimpie i doceniał młodszych kolegów z Anglii. Fab Four nie istnieli, nie miał więc kompleksów i obaw przed tym, by wziąć się za ich repertuar. Tak przy okazji, to szkoda, że nie zabrzmiały w filmie "My Way".
W telewizji ten film mógłby nużyć. W kinie – hipnotyzuje. Jeśli chcecie zrozumieć, na czym polegał fenomen człowieka, który zmienił muzykę na zawsze, idźcie na to dla samej charyzmy Elvisa. To nie jest koncert życzeń z największymi hitami (których paradoksalnie jest tu mało), to studium wielkiego artysty, który wypełnia sobą każdą sekundę seansu. Werdykt: Nawet jeśli nie macie w domu ołtarzyka Presleya, idźcie to zobaczyć. Dla jakości obrazu, dla tych beatlesowskich akcentów i dla tej niezwykłej lekcji pokory, która płynie od człowieka, przed którym klękał cały świat.

Refleksja po filmie i po ostatnio opublikowanym na blogu o The Beatles poście o powrocie Johna do studia nagraniowego. Elvis,  Gość, który zmienił świat, sam świata nie widział. Siedział w tym swoim „Złotym Więzieniu” (Graceland), otoczony ludźmi, którzy żyli z jego portfela, a nie z serca. Ta jego skromność, o której wspomniałeś w kontekście filmu, była chyba jego przekleństwem – był zbyt dobrym człowiekiem, by postawić się diabolicznemu Parkerowi. Te cekiny i spocone czoło w Vegas to była maska, pod którą krył się facet marzący o tym, by po prostu wyjechać, zobaczyć Europę, być wolnym. A skończyło się na tabletkach i samotności. John.  Z nim historia jest inna, ale równie gorzka. Nie zdążył nacieszyć się tym, jak bardzo świat go kochał „po Beatlesach”. Kiedy świat wariował na punkcie bootlegów, antologii i odkrywania ich historii na nowo, John siedział w Dakocie. Izolowany - może i z własnego wyboru, ale przede wszystkim przez Yoko. Dowodzą o tym choćby wspomnienia Micka Jaggera. Mick wielokrotnie mówił, że John był wtedy nieosiągalny. Ta „izolacja”, bez względu na to, czy była wyborem Johna, czy murem postawionym przez Yoko, odebrała mu te lata, w których mógłby z boku, z filiżanką herbaty, spojrzeć na to, co zrobił z Paulem, Georgem i Ringo. Zginął w momencie, gdy dopiero co wystawił głowę z tego zamknięcia, gdy chciał znów „zacząć od nowa”. Co łączyło Elvisa i Johna, choć ten ostatni, wspominał, że nie chciałby skończyć jak King.  Obaj byli w samym środku cyklonu. I obaj, paradoksalnie, przez tę wielkość byli najbardziej samotnymi ludźmi na świecie, choć może się wydawać, że wychowywanie Seana przez 5 lat w "zaciszu domowym" było dla Johna rajem. Oczywiście  po Beatlemanii John bardziej korzystał z życia niż Elvis ( nie myślę tutaj o Straconym Weekendzie ex-Beatlesa czy setkach panienek spod bramy pod Graceland zaliczanych przez Elvisa), jeździł po świecie, Japonia, Afryka, jachty, wycieczki, niemniej mógł korzystać z życia choćby tak jakk pozostała trójka Beatlesów, ale to już temat na inny post i nie na tym blogu. 
  Idźcie do kina.  




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz