Kiedyś byłem fanem glam rocka. Serio! I choć dziś te kolorowe lata 70. potrafią kojarzyć się głównie z wielkimi estradowymi gigantami, to w archiwach kryją się prawdziwe, zapomniane dzisiaj perełki. Zdjęcia z fotki przypomniały mi wyraźnie pewną małą płytkę.
Bilbo Baggins to szkocki zespół pop-rockowy i glamowy z Edynburga, stworzony na początku lat 70., który wpisuje się w ten sam nurt chwytliwego, młodzieżowego grania co Bay City Rollers czy inne gwiazdy tamtych lat, jak Hello (ci od "Tell Him" czy "New York Groove") czy Kenny ("Julie Anne", "Nice to Have You Home"). To były czasy, gdy muzyka miała po prostu nieść niesamowitą energię, radosne melodie i wpadać w ucho od pierwszego wybrzmiewania na winylu. Gdy wpadł mi w ręce kiedyś long, long time ago singiel "It's A Shame", nie wiedziałem, że nazwa zespołu została zaczerpnięta – na swoje nieszczęście, o czym później – wprost z powieści J.R.R. Tolkiena „Hobbit”. A stało się to w czasach, gdy nie była to jeszcze potężna, hollywoodzka marka chroniona sztabem agresywnych prawników. Chłopcy: Colin Chisholm (wokal), Gordon Liddle (gitarzysta), Dev McIntosh (gitarzysta), Gordon Rintoul (basista) i Tosh Bourke (perkusista) po prostu szukali czegoś chwytliwego, kolorowego i baśniowego.
Bilbo Baggins to szkocki zespół pop-rockowy i glamowy z Edynburga, stworzony na początku lat 70., który wpisuje się w ten sam nurt chwytliwego, młodzieżowego grania co Bay City Rollers czy inne gwiazdy tamtych lat, jak Hello (ci od "Tell Him" czy "New York Groove") czy Kenny ("Julie Anne", "Nice to Have You Home"). To były czasy, gdy muzyka miała po prostu nieść niesamowitą energię, radosne melodie i wpadać w ucho od pierwszego wybrzmiewania na winylu. Gdy wpadł mi w ręce kiedyś long, long time ago singiel "It's A Shame", nie wiedziałem, że nazwa zespołu została zaczerpnięta – na swoje nieszczęście, o czym później – wprost z powieści J.R.R. Tolkiena „Hobbit”. A stało się to w czasach, gdy nie była to jeszcze potężna, hollywoodzka marka chroniona sztabem agresywnych prawników. Chłopcy: Colin Chisholm (wokal), Gordon Liddle (gitarzysta), Dev McIntosh (gitarzysta), Gordon Rintoul (basista) i Tosh Bourke (perkusista) po prostu szukali czegoś chwytliwego, kolorowego i baśniowego.
Zostali dostrzeżeni przez Polydor Records i wydawali świetnie skrojone, radosne single pełne doskonałych harmonii wokalnych i mocnego, sekcyjnego rytmu. Byli lokalnymi rywalami Bay City Rollers – na scenie walczyli z nimi niemal pierś w pierś, ubiegając się o serca tej samej nastoletniej publiczności. Wykorzystywali nawet bardzo podobny wizerunek: charakterystyczne szkockie kraty, dopasowane garnitury i bujne, rozwichrzone czupryny.
W 1976 roku wydali utwór „It's A Shame” (wydany na singlu w Polydorze) – uroczy, melodyjny kawałek łączący estetykę pop-glam z radiowym, lekko nowofalowym brzmieniem drugiej połówki lat 70. Piosenka ma w sobie ten niesamowity, ciepły klimat starych płyt, do których wraca się po latach z ogromnym sentymentem. Niestety, ze względu na spore zamieszanie z dystrybucją i zmianami nazwy (później skrócono ją do po prostu Bilbo), spora część ich singli przemknęła bez odpowiedniej promocji radiowej. Stąd brak tego nagrania w popularnych bazach algorytmicznych, takich jak Shazam – co tylko czyni ten singiel jeszcze większym muzycznym rarytasem.
Największa i najbardziej niesamowita ironia historii zespołu miała jednak miejsce po latach. Gdy w XXI wieku kręcono kinową trylogię „Hobbit” i „Władca Pierścieni”, wytwórnia Warner Bros. / Saul Zaentz Company oficjalnie pozwała członków zespołu. Zabroniono im używania nazwy Bilbo Baggins przy jakichkolwiek koncertach powrotnych czy reedycjach płyt, grożąc potężnymi karami finansowymi za naruszenie praw do znaku towarowego Tolkiena. Dla chłopaków z Edynburga, którzy używali tej nazwy na ponad 20 lat przed kinowymi hitami Petera Jacksona, była to olbrzymia, gorzka i absurdalna pigułka do przełknięcia.
Mimo wszystko, w pamięci fanów tamtej epoki pozostali symbolem kapitalnej, brytyjskiej muzyki radiowej z lat 70., a mój hit „It's A Shame” wciąż podoba mi się dokładnie tak samo jak za pierwszym razem.
W 1976 roku wydali utwór „It's A Shame” (wydany na singlu w Polydorze) – uroczy, melodyjny kawałek łączący estetykę pop-glam z radiowym, lekko nowofalowym brzmieniem drugiej połówki lat 70. Piosenka ma w sobie ten niesamowity, ciepły klimat starych płyt, do których wraca się po latach z ogromnym sentymentem. Niestety, ze względu na spore zamieszanie z dystrybucją i zmianami nazwy (później skrócono ją do po prostu Bilbo), spora część ich singli przemknęła bez odpowiedniej promocji radiowej. Stąd brak tego nagrania w popularnych bazach algorytmicznych, takich jak Shazam – co tylko czyni ten singiel jeszcze większym muzycznym rarytasem.
Największa i najbardziej niesamowita ironia historii zespołu miała jednak miejsce po latach. Gdy w XXI wieku kręcono kinową trylogię „Hobbit” i „Władca Pierścieni”, wytwórnia Warner Bros. / Saul Zaentz Company oficjalnie pozwała członków zespołu. Zabroniono im używania nazwy Bilbo Baggins przy jakichkolwiek koncertach powrotnych czy reedycjach płyt, grożąc potężnymi karami finansowymi za naruszenie praw do znaku towarowego Tolkiena. Dla chłopaków z Edynburga, którzy używali tej nazwy na ponad 20 lat przed kinowymi hitami Petera Jacksona, była to olbrzymia, gorzka i absurdalna pigułka do przełknięcia.
Mimo wszystko, w pamięci fanów tamtej epoki pozostali symbolem kapitalnej, brytyjskiej muzyki radiowej z lat 70., a mój hit „It's A Shame” wciąż podoba mi się dokładnie tak samo jak za pierwszym razem.
I na koniec jeszcze jedna muzyczna ciekawostka, pokazująca, jak ciekawe potrafią być dalsze losy muzyków. Po rozpadzie Bilbo (później występujących już po prostu pod nazwą Bilbo) wokalista Colin Chisholm nagrał solowy, folkowo-celtycki utwór noszący tytuł „Hibernian” (pisany też czasem jako "Hibernian (Hibs)"). To hymn poświęcony szkockiemu klubowi piłkarskiemu Hibernian F.C. z Edynburga – czyli rodzimego miasta zespołu. Jako że cała ekipa Bilbo Baggins pochodziła z Edynburga, Colin był gorącym kibicem popularnych „Hibsów”. Nagrał dla nich tę piosenkę, która do dziś z dumą i dużą dozą lokalnego patriotyzmu jest bardzo ciepło wspominana przez kibiców na stadionie Easter Road. I tak oto historia glamrockowego Bilbo połączyła się z piłkarską tradycją Szkocji!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz