Wyszukiwanie : .Szukaj w blogu.

2. Szukaj w blogu - zbiórczo

Nowy Billy Joel - "Turn the Lights Back On" '2024



Singiel, 2024
Kompozycja: Billy Joel, Freddy Wexler, Arthur Bacon, Wayne Hector
Wydany: 1 lutego 2024
Wytwórnia: Columbia
Długość: 3:58

 

 

 

 

Nowy singiel Billy Joela,74-latka, pierwszy od 17 lat. Przepiękna ballada, aktualnie opisywana, że  "jest jej pełno w eterze na całym świecie". Słusznie. Swoistego uroku zyskuje jeszcze, gdy słuchamy jej oglądając clip, robi jeszcze większe wrażenie. AI... Rozpoczyna ją obecny Billy, później mamy go w trzech wersjach stworzonych przez sztuczną inteligencję: z 1973 roku, 1989 oraz  z 1993 roku. Artysta w hołdzie swojej przeszłości. Jest wielu przeciwników wykorzystywania takich technik w dzisiejszym przemyśle muzycznym. Cóż, zgadzam się, że bez sensu jest tworzyć wersje nowych przebojów śpiewanych przez nieżyjące gwiazdy i tym podobne, ale tutaj wizualizacja artysty z różnych okresów jego kariery mnie zadowala.
 

  
W clipie niżej wykonanie piosenki na żywo na tegorocznej uroczystości rozdania nagród Grammy. W obu czuję magię, bo to naprawdę muzyka odnajdująca drogę do naszych głębszych pokładów. I dobrze, że wciąż taką się nagrywa. Czy Billy wróci do muzyki. Wydaje się, że tak, bo są już znane daty zaplanowanych koncertów, nawet trasy (tutaj). Trasy niestety po UK. Na nasz kraj czy nawet Europę małe szanse, gdyż muzyk nie lubi podróżować za ocean, a jak sam opowiada, lubi siedzieć teraz i żyć w swojej jaskini. Ale never say never. Sam powiedział niedawno tak: Cały sens robienia tego, co robię, polegał na tym, że na początku sprawiało mi to mnóstwo frajdy. Po pewnym czasie straciłem to. Freddy sprawił, że znów odnalazłem w tym radość. [na zdjęciu]
 

 
Wspomniany Freddy to 37 amerykański producent, twórca piosenek, Freddy Wexler, znany ze współpracy (i tworzenia dla nich piosenek) takich artystów jak Jonas Brothers, Pink, Justin Bieber, Ariana Grande, Selena Gomes a nawet Kanye West. To on napisał wstępną wersję opisywanej piosenki, którą za namową swojej żony przedstawił Joelowi i namówił do pracy nad nią (swój wkład w końcowy kształt piosenki włożyli jeszcze dwaj wskazani w stopce posta  twórcy piosenek Arthur Bacon i Wayne Hektor).

Poniżej tekst. Daje do myślenia, szczególnie gdy się jest w takim wieku jak piszący te słowa Autor bloga  


Please open the doorNothing is different, we've been here beforePacing these hallsTrying to talk over the silenceAnd pride sticks out its tongueLaughs at the portrait that we've becomeStuck in a frame, unable to changeI was wrong
 
I'm late, but I'm here right nowThough I used to be romanticI forgot somehowTime can make you blindBut I see you nowAs we're laying in the darknessDid I wait too longTo turn the lights back on?
 
Here, stuck on a hillOutsiders inside the home that we builtThe cold settles inIt's been a long winter of indifferenceAnd maybe you love me, maybe you don'tMaybe you'll learn to, and maybe you won'tYou've had enough, but I won't give upOn you
 
I'm late, but I'm here right nowAnd I'm tryin' to find the magicThat we lost somehowMaybe I was blindBut I see you nowAs we're laying in the darknessDid I wait too longTo turn the lights back on?
 
I'm late, but I'm here right nowIs there still time for forgiveness?Won't you tell me how?I can't read your mindBut I see you nowAs we're layin' in the darknessDid I wait too longTo turn the lights back on?
 
I'm here right nowYes, I'm here right nowLooking for forgivenessI can see as we're laying in the darknessYeah, as we're laying in the darknessDid I wait too longTo turn the lights back on?
 

POLECAM:

We didn't start the fire - Billy Joel  i wersja Fall Out Boy (tutaj)

W clipie niżej Billy że swoim idolem Paulem McCartney'em na stadionie Shea w Nowym Jorku w 2008 - klasyk The Beatles "I saw her standing there"



ROBERT REDFORD - wybrane wspomnienia



 

W czasach mojej młodości Robert Redford uważany był za  najprzystojniejszego faceta na ziemi. Nie było chyba wtedy tych plebiscytów, które gdzieś od 90's publikował Forbes, Life czy inne magazyny. Był tym kimś kim obecnie czy od około 20 lat jest Brad Pitt, czyli najbardziej pożądany mężczyzna świata przy jednoczesnym posiadaniu blasku jako wybitny aktor jak i osobowość.  Kiedyś opublikowałem na blogu post o Redfordzie i Paulu Newmanie (tutaj) - o najwspanialszej przyjaźni w Hollywood. Potem znalazłem w sieci bardzo ciekawy wywiad z Robertem, w którym porusza tą kwestię, więc pomyślałem, że skoro wspomniany post jest jednym z najchętniej oglądanym (niewiele w tamtym tekstu) to może jeszcze jeden post o moim dawnym ulubionym aktorze nie zaszkodzi (ba, takim samym podziwem, szacunkiem darzyłem i darzę Newmana).  W artykule, z którego czerpię teraz garściami w tym poście interesujący jest jego początek. Autor artykułu Michael Haney tak opisuje Redforda:  Kuszące jest postrzegać Roberta jako Złotego Chłopca. Facet, który nigdy nie musiał się starać o te miano. Dostał to od losu z powodu swego wyglądu, specjalnie się przy tym nie pocąc. Facet,który (wg. pisarza Jamesa Saltera o Redfordzie w wieku 40 lat), który odniósł niesamowity sukces, mający aurę zaczarowanego życia, które wybrał sobie jakby zerkając na podane mu menu.   
 
 

Rzeczywistość jest bardziej złożona. Syn mleczarza, dorastał w Santa Monica w Kalifornii. Uwielbiał grać w baseball i otrzymał stypendium sportowe na Uniwersytecie w Colorado, ale pod koniec pierwszego roku, tuż po śmierci matki, został wyrzucony z drużyny i poproszony o opuszczenie szkoły. "Straciłem stypendium dość szybko po tym, jak odkryłem picie” – powiedział kiedyś. Zdesperowany by zostać malarzem, wyjechał na studia do Europy, ale jego zapał tam zgasł. Wrócił do Nowego Jorku, gdzie trafił do teatru. Tam, występując w inscenizacji "The Seagull" zwrócił na siebie uwagę agenta z Broadwayu. Zanim pojawił się w "Barefoot in the Park: Neila Simona zagrał w kilku nieważnych rzeczach. W "Boso w parku" zagrał ponownie w 1967 roku u boku 30-letniej Jane Fondy. 

 


Zanim dwa lata później Redford pokonał między innymi Steve'a McQueena w walce z Paulem Newmanem w "Butch Cassidy i Sundance Kid" w 1966 roku zagrał niewielką rolę w "The Chase" (Obława) znowu z Jane Fondą ale razem z wielkim Marlonem Brando. Western z Newmanem (Redford miał już wtedy 33 lata) otworzył przed nim drogę do niebios kina.W ciągu następnych 10 lat zagrał w najbardziej kultowych filmach lat siedemdziesiątych: The Candidate - Kandydat, Jeremiah Johnson, The Way We Were (z Barbrą Streisand) - Tacy byliśmy, The Sting (Żądło - ponownie z Paulem Newmanem), The Great Gatsby (z Mią Farrow), Three Days of the Condor (Trzy dni kondora z Fay Dunaway, All the President's Men (z Dustinem Hoffmanem), The Electric Horseman (kolejny raz z Fondą)  i zaczął definiować wizję męskości z tamtej dekady. W 1980 Redford był na u szczytu swojej kariery. Czas na wypoczynek, prawda? Błąd. Zamiast tego, w wieku 44 lat, postanowił ewoluować jako artysta, odkryć siebie na nowo jako reżysera. Na swój pierwszy film wybrał osobliwą właściwość: powieść o wrażliwym nastoletnim chłopcu, który wraca do zdrowia po próbie samobójczej i walczy o akceptację i przebaczenie rodziców podczas zakochiwania się. Film  "Ordinary People" (Zwykli ludzie) był  nominowany do sześciu Oscarów i zdobył cztery, w tym dla najlepszego filmu i najlepszego reżysera.
W następnym roku Redford ponownie zmienił bieg. Umieścił swoją nowo odkrytą siłę za kamerą, aby mentorować nowe pokolenie talentów. „Chciałem zwrócić dług” – mówi. W swojej posiadłości w Utach (2 akry, które kupił w 1961 roku za 500 dolarów) stworzył znane do dzisiaj na cały świat Festiwal oraz Instytut Filmowy Sundance. Dalsza część tekstu to fragmenty wywiadu z 81-letnim aktorem (z 2017 roku).
 - Miałeś naprawdę mistrzowską wersję życia, prawda?
Redford: Tak, miałem. Wszystko się zaczęło od wyrwania się z LA. W pewnym momencie trochę to rozłaziło się, ale odzyskałem kierunek. Dorastałem w miejscu, w którym albo miałeś się w nim utopić, albo z niego wypłynąć. To było środowisko bardzo niższej klasy robotniczej. Nie byliśmy bardzo biedni, ale byliśmy na dole drabinki. Postanowiłem: „Wyrwę się z tego i pójdę tak daleko, jak mogę”. Kiedy byłem dzieckiem, lubiłem rysować. Ale w mojej rodzinie sztuka była uważana za trywialną dziedzinę. Na zajęciach pod stołem rysowałam, bo się nudziłam. W trzeciej klasie wezwał mnie moja nauczycielka, który powiedział: „Panie Redford, może pan pochwali się tym co robi?". Zamiast mnie zganić, powiedziała: „Zróbmy tak. Umieścimy tutaj sztalugi. W każdą środę damy ci 15 minut na rysowanie, ale potem musisz obiecać, że będziesz uważał na lekcjach." To mnie uratowało. Gdyby mnie rozwaliła, nie wiem, czy bym mógł sobie z tym poradzić, byłem taki młody. Nie powiedziano mi, że to beznadziejna sprawa. I zdałem sobie sprawę, że pójdę w tym kierunku, który zaprowadził mnie do Europy. To wszystko, czego kiedykolwiek chciałem. Powiedziałem: „Chcę po prostu wydostać się z tego kraju. Chcę dostać się do nowego środowiska, nowej kultury i spróbować być artystą na nowym terytorium”. Wtedy naprawdę zaczęło się moje życie. Musiałem żyć z dnia na dzień. Wszędzie jeździłem autostopem.
- Cóż, walczyłeś. Zawiodłeś siebie w swojej sztuce. Z tego, co przeczytałem, byłeś wtedy bliski załamania.

 Taa, tam to się wydarzyło. Za bardzo zaufałem jednej opinii, nauczycielowi. To był wielki błąd, dopóki mi o tym nie przypomniał. Miałem te wszystkie swoje płótna, które chciałem mu pokazać, a jego rozczarowanie było druzgocące. Powiedział: „W zasadzie kopiujesz mnie”. Nie byłem tego świadomy. To było takie wstrząsające, bo miałam tylko 19 lat. Pomyślałam sobie, dosyć! A potem przyjechałem do Nowego Jorku. Ale zanim to zrobiłem,byłem wciąż w Europie.Wciąż pamiętam: byłem w Cannes, jeździłem autostopem i nie było mnie stać na pokój. Spałem pod molem, w śpiworze, w dzień łaziłem po ulicach. I spotkałem tę starszą kobietę; musiała być o 20 lat starsza ode mnie. Prowadziła mały sklepik. W każdym razie zaprzyjaźniliśmy się, a potem bardzo się zbliżyliśmy, więc przez jakiś czas tam mieszkałem. Kiedy spacerowaliśmy mówiła do mnie: „Dlaczego jesteś nieszczęśliwy? Masz zawsze opuszczoną głowę. Unieś podbródek. Spójrz na słońce”. Nie byłem tego świadomy. Kiedy mi to powiedziała, podniosłem głowę i nagle wszystko zaczęło się zmieniać. To tylko chwila, postać, która pojawiła się i odeszła w moim życiu. Ale kim była i czego mnie nauczyła, miało ogromny wpływ. "Dlaczego jesteś przygnębiony?" Zawsze o to pytam. Chodzi o te przypadkowe spotkania w życiu i nie możesz oprzeć się myśli, że z jakiegoś powodu ktoś po prostu szturchnął cię na ścieżce i gdyby nigdy cię nie szturchnął... Musisz chcieć być szturchniętym. Musisz być otwarty, a kiedy zostaniesz szturchnięty, bądź gotów tam iść. Jeśli zamkniesz, jaki to ma sens?
-  Wiem, że twój ojciec rzucał na ciebie cień, nie zachęcał do uprawiania sztuki...
To nie była jego wina. Musiałem się wydostać z domu. Musiałem dostać się do czystej, pustej przestrzeni, ponieważ jego dom był zajęty myślami, z którymi się nie dzieliłem. Mój ojciec dorastał w biedzie w Nowej Anglii. Jako nastolatek został wysłany do Kalifornii, ponieważ nie było ich stać na wychowanie dwóch synów. Był śmiertelnie przerażony ubóstwem. Podejmował prace, które były bezpieczne. Kiedy odszedłem z domu musiałem wyglądać dla niego strasznie.Myślał, że nie dam sobie rady.  Chciał, żebym była bezpieczny, żebym pojechała do Stanford. Miałem szczęście, że dotarłem do Boulder w Kolorado. Robił tylko to, co uważał za słuszne. Zajęło mi trochę czasu, aby to w pełni zrozumieć. Pomyślałem, że najlepiej będzie pojechać do Europy, gdzie nikt mnie nie zna. Uwielbiam to uczucie. Kiedy byłem we Francji, potem we Włoszech i Hiszpanii, miałem pociechę — to też było trochę przerażające — że wiedziałem, że nikt nie wie, gdzie jestem, nikt mnie tu nie zna...  
- Czy nadal słyszysz w głowie negatywny głos ojca?
Nadal słyszę jego głos. Nie wyprzedzasz tych głosów. W mojej rodzinie nastąpił podział, który trochę mnie zabolał. Moja mama pochodziła z Teksasu — totalnie towarzyska, pełna życia, pełna radości, cały czas podejmująca ryzyko, zachęcająca mnie do tego. Mój ojciec był bardziej zaniepokojony tym, by nie podejmować ryzyka, bo to mogłoby postawić cię w strasznym miejscu. Mój dziadek i Eugene O'Neill byli bardzo bliskimi przyjaciółmi. Było więc dużo poezji, ale przede wszystkim ten podły dowcip, który miał mój tata i mój dziadek. Mimo że mój tata był konserwatystą, był bardzo dowcipny, z takim mrocznym poczuciem humoru. Odziedziczyłam to, ale odziedziczyłam też ducha mojej mamy „Chodź, zróbmy to!” Moja mama czuła, że ​​mogę zrobić wszystko. Była jedyną osobą, która mi to powiedziała, jedyną, która naprawdę wierzyła, że ​​zamierzam coś osiągnąć. Zachęcała mnie do ciągłego bycia otwartym. I  jako nastolatek przyjąłem to wszystko za pewnik. Kiedy umarła — umarła, gdy była bardzo młoda, a ja miałem 18 lat — żałowałem, że nie mogłem jej za to podziękować. Kiedy dorosłem i zdałem sobie sprawę, co się stało, co próbowała zrobić, zdałem sobie sprawę: „O mój Boże, ona naprawdę zachęciła mnie do wyjścia tam i zaryzykowania”. Idąc w życiu, myślisz o żalu przed pójściem spać w nocy. Zbyt późno zdałem sobie sprawę, że odegrała bardzo pozytywną rolę w moim życiu i nie mogłem jej podziękować...
- Twoja kariera... 
Miałem dużo szczęścia, bo miałem wspaniałe relacje z ludźmi, z którymi pracowałem. Ale nic nie przetrwało tak jak moja przyjaźń z Paulem Newmanem. Nic nie przetrwało tak, jak nasze połączenie. Przeszło w przyjaźń filmową, w przyjaźń osobistą. Weszło w nas bardzo głęboko. Zmienił moje życie: zgodził się, żebym to ja zagrał z nim w filmie [Butch Cassidy i Sundance Kid], w którym nie powinienem był być. Był taki hojny. Studio chciało Steve'a McQueena, chcieli Marlona Brando, chcieli ludzi o wielkich nazwiskach. A ja przecież takiego nie miałem. Zrobiłem tylko "Boso w parku". Byłem o 11 lat młodszy od Paula i [reżysera] George'a Roya Hilla. Spotkaliśmy się i zajarzyło. Chciał mnie. A potem [scenarzysta] William Goldman chciał mnie, ale studio nie: „Nie możemy umieścić nazwiska Paula obok kogoś nieznanego”. George powiedział: „Chodźmy spotkać się z Paulem”. Paul i ja spędziliśmy razem wieczór, pijąc i rozmawiając.
Potem zakomunikował tym ze  studia: „Chcę zagrać z Redfordem”. Wstawił się za mną. Nic mi nie zapłacili.
[Śmieje się] Prawie musiałem zapłacić za grę w tym filmie. Ale ta jego wspaniałomyślność, hojność naprawdę mocno mnie uderzyła, że ​​mógł być tak szczodry i mieć taki rodzaj uczciwości. A potem, już po filmie, oboje odsunęliśmy na bok nasze filmowe persony i po prostu zostaliśmy przyjaciółmi. Stworzyliśmy tę relację, która była pełna żartów i sztuczek, po prostu świetnej zabawy. Zamieniło się to w długoletnią przyjaźń, która wciąż istnieje, mimo że nie ma go już z nami. Myślę o nim. I zawsze będę mu wdzięczny za to co zrobił dla mnie.
- Czy udzielał ci jakichś mądrych porad?
Cóż, wszystko z nim było wielką sprawą, choć  zawsze był pokorny. To robiło na mnie spore wrażenie. Nigdy nie czułem, że jest zarozumiały, że sława uderzyła mu do głowy.  
Opracował swój sposób zachowywania się w miejscach publicznych oraz sposób na bycie osobą prywatną. Przyjaźń była dla niego bardzo ważna, a umiejętność bycia uczciwą, prywatną osobą była dla niego bardzo ważna, Byy być autentyczną osobą, a nie zachowywać się jak gwiazda. W życiu prywatnym był po prostu sobą. Bardzo, bardzo skromny. Myślę, że pod tym względem skorzystałem z tej przyjaźni. Był po prostu normalnym facetem z tradycyjnego amerykańskiego Południa.
 
 - Czy pomysł wspólnego zagrania w "The Sting" (Żądło) wyszedł od waszej dwójki ?

Scenariusz najpierw pojawił się u mnie. To, co było naprawdę fascynujące, to fakt, że kiedy robiliśmy "Butch Cassidy", studio mnie nie chciało. Po jego sukcesie moje imię wzrosło. Paul nie radził sobie tak dobrze w swoich ostatnich kilku filmach, więc kiedy przystąpiliśmy do "The Sting", studio chciało mnie, ale nie byli skłonni zapłacić Paulowi kwoty, której żądał. Byłem w stanie przekazać mu część z mojej gaży, aby mógł wystąpić w filmie. Ponieważ liczyła się tylko przyjaźń.
 

Polecam obejrzeć na portalu Youtube uroczystości uhonorowania nagrodą wniesienia rozwoju do amerykańskiej kultury (contributions to American culture) w Kennedy Center Paula Newmana (razem z żoną Joanne Woodward) oraz Roberta Redforda. W obu uroczystościach obaj aktorzy przemawiali w hołdzie zasług tego drugiego i to jak:

 

 

 
Jak chcesz być zapamiętany?
 Ze swojej pracy. To, co naprawdę się liczy, to twoja praca. A dla mnie liczy się praca. Nie patrzę na koniec: „Co ja z tego wyniosę? Jaka będzie nagroda?” Po prostu patrzę na moją pracę, na przyjemność z wykonywania pracy. I na tym polega zabawa: wspinanie się na górę to zabawa, a nie stanie na szczycie. Nie ma dokąd pójść. Ale wspinanie się, ta walka, to dla mnie zabawa. To dla mnie dreszczyk emocji. Ale kiedy to się skończy, to już koniec. Nie lubię zaglądać poza ten obszar.
- Czy mogę spytać się o twoją opinię na temat innych aktorów. Meryl Streep? 
Najwyższa półka.  Meryl jest tak kompletna, jak to tylko możliwe, ponieważ sprawiła, że jej gra we wszystkim jest całkowicie idealna.  Przede wszystkim talent. I to, co podziwiam w Meryl, to to, że skupiła się na tym i rozwinęła to do perfekcji. Postawiła sobie za cel być naprawdę dobra w swoim rzemiośle. I ona jest.
- Ryan Gosling. 
Wielowymiarowy, jest tak wszechstronnie utalentowany. Kiedy zobaczyłem "La La Land", nie wiedziałem, że potrafi grać na pianinie. Wiedziałem, że może robić te wszystkie inne rzeczy. Jest wspaniałym aktorem. Lubię go oglądać. Jest naprawdę świetny. 
- Brad Pitt.
To osobista przyjaźń, która zaczęła się dawno temu, kiedy wprowadziłem go do "A River Runs Through It". Nie był wtedy znany. Pracując z nim wtedy,  następnie obserwowanie jego kariery, obserwowanie także, jak przechodzi przez te wszystkie zwroty akcji w jego prywatnym życiu, które następują po sukcesach - to fascynujące. Straciłem kontakt z Bradem. 
Ale co jakiś czas go widuję i zawsze jest świetnie. I jest ten wzajemny szacunek, który jest pomiędzy nami od samego początku. Ale ilekroć widzę Brada, to, co wydarzyło się pomiędzy, nie istnieje. Jest jakby wszystko zaczynało być na samym początku . 
 
- Co w nim dostrzegłeś, kiedy go angażowałeś?
Postać, którą zagrałbym, gdybym był młodszy. Postrzegany jako złoty chłopiec, ale mający ciemną stronę. Czułem, że potrzebujemy kogoś, kto wydaje się być złotą postacią, a potem dowiemy się, że jest w nim wada, która doprowadzi do jego śmierci. Brad miał to. Kiedy po raz pierwszy wszedł, rozejrzał się wokół siebie. Powiedziałem sobie: Tak, to on. Odniesie sukces”.  




Rewelacyjny serial - Biuro Szpiegów (Le Bureau des Légendes)

 

 

Francuskie seriale zawsze gwarantowały wysoką jakość, ten który polecam Wam w tym poście jest po prostu znakomity, choć jestem dopiero pod koniec drugiego sezonu a pozostałe z pięciu mogą już nie trzymać tak wysokiego poziomu. Niemniej tych kilkanaście odcinków dwóch pierwszych sezonów całkowicie mnie w ciągu ostatnich dwóch tygodni pochłonęły. Dwóch tygodni, bo niestety nie oglądam serialu codziennie, choć każdy odcinek kończy się tak, że trudno nie włączyć następnego. Tytułowe Biuro Szpiegów to Generalna Dyrekcja Bezpieczeństwa Zewnętrznego (Direction générale de la Sécurite)czyli francuski wywiad, odpowiednik amerykańskiej CIA. Szpiedzy różnych państw, skomplikowane romanse, akcja przeskakuje z terenu Francji do Iranu, Syrii, dokładnie pokazane techniki wywiadowcze, terenowe, cyfrowe - mógłbym wymieniać i wymieniać. Znakomita obsada, naprawdę, szczególnie gra Mathiesu Kassovitza. Oszczędna, minimalna, hm... szpiegowska? :) Do serialu podchodziłem ostrożnie, choć opinie o nim były więcej niż zachęcające. Obsada francuskich aktorów, bez znanych mi  twarzy (niestety, kino francuskie znałem dobrze za czasów Delona i Belmondo) nastrajała mnie pod dwóch pierwszych odcinkach średnio, bez euforii, ale jak akcja nabrała tempa (choć tak naprawdę rwała do przodu od pierwszych ujęć) to już całkowicie w serial "wsiąkłem".
 
 Początkowo uważałem jego dość wolne tempo, wnikliwą charakterystykę postaci, mnogość wątków za wadę, ale myliłem się. W tym serialu jest wszystko na swoim miejscu. Z klasycznego, najczęściej rozgrywającego się w pomieszczeniach kryminału serial tam gdzie trzeba zmienia się w prawdziwe kino akcji, choć w takim porządnym stylu, całkowicie innego od tych hitów amerykańskich gdzie bohater zmiata wszystkich wrogów po drodze samemu będąc nietykalnym. Wrażenie na widzu musi robić staranność ukazywania szczegółów technik komputerowych, a w okresie naszej sfery z Pegasusem szczególnie na nas w Polsce. Serial także bardzo obiektywnie pokazuje bezwzględność tej pracy, brak skrupułów, oszukiwanie, prowadzenie podwójnych gier, wewnętrzne rozgrywki, nieufność graniczącą czasem z paranoją, cóż, wszystko w słusznej niby sprawie. Polecam! Serial sprzed kilku lat, swego czasu emitowany na Canal +, ja miałem to szczęście, że przyjaciel zachował go w swoich archiwach, choć dopiero teraz mi go zaoferował.  Możliwe, że jest u nas do kupienia komplet na DVD, jeśli nie to zapewne przez różne zagraniczne księgarnie wysyłkowe.
 


 
 Trailery: Angielski i francuski
 
 


Mathieu Kassovitz

*****


28 stycznia 2024 - WOŚP znowu zagra!

 ____________________________

32-gi raz Największe Polskie Święto Zgody Narodowej  - tak chyba można nazwać zbliżające się wydarzenie. Po 8-miu latach wreszcie bez blokad rządowych, odgórnych, dla wszystkich. 

Znowu w TVP i jak zawsze w TVN24 Thank God for Jurek Owsiak.




wszystko o aukcjach - i nie tylko -  tutaj:

https://www.wosp.org.pl/

 

 ____________________________

 

TALK TALK - cudowna kapela lat 80-tych

 

 

25 lutego 2019 roku odszedł Mark Hollis, właściciel jednego z najbardziej charakterystycznych "inaczej" głosów w muzyce. Przyrównałbym jego głos do tego, jakim dysponował Robin Gibb, a który Elton John nazwał "płaczliwym falsetto". O śmierci muzyka, wokalisty, lidera zespołu Talk Talk nie wiedziałem, stąd dopiero dzisiaj pomysł, by może zasugerować Wam, jeśli nie znacie ich, kilka fantastycznych songów.  Zespół zniknął z mojej muzycznej anteny, a solowe poczynania Martka, jak i ostatnie albumy Talk Talk nie zachwycały mnie. Poniżej kilka moich ulubionych piosenek zespołu, w tym oczywiście "I Don't Believe In You" - mój numer 57 na moim prywatnym topie wszech-czasów (także clip z wersją live). Otwiera przegląd piosenka "It's A Shame", wspaniały song, który miałem na singlu, stąd moje wczesne zainteresowanie zespołem. Potem kolejno podpisane już klasyki lat 80-tych, nie tylko nurtu New Romantic (czy Nowej Fali) z których się kapela Marka Hollisa  wywodziła. W muzyce zespołu  zgodnie z nurtem New Romantic dominowały przede wszystkim instrumenty klawiszowe, ale w prawie każdym numerze były obowiązkowe gitary, nawet z solami jak np te w "I don't believe in you" lub jako piękne ozdobniki w ich chyba najbardziej znanym utworze pt "Life's what you make it". I przesłuchując ich muzykę, choćby te ich przeboje z clipow w poście, przekonacie się, że nic się nie postarzały i brzmią dzisiaj doskonale. Lepiej niż ich nowe covery jak choćby te w wykonaniu No Doubt. Pewnie wiecie o jaki mi chodzi.

Każdy song tutaj przedstawiony z pewnością jest znany wszystkim starszym fanom muzyki, choć z żalem stwierdzam, że nie ma ich zbyt dużo w mediach. A muzyka Talk Talk to mistrzowskie aranżacje, znakomite melodie, ciekawe teksty no i ten niesamowity wokal Marka, który jeśli słuchamy go za pierwszym razem może irytować. I to wszystko, spełniam główne założenie bloga, czyli proponowanie fajnej muzyki. Całą dyskografię? Hm... Jak wspomniałem ostatnie albumy grupy jak i solowe dokonania Hollisa nie zachwycają.  O samym zespole, Marku dowiecie się więcej z sieci.


It's a shame

Living in a another world

I don't believe in you

Life's what you make it

It's My Life
 
Dum Dum Girl
 
Have you  heard the news
 
 
Today 
 
Give it up

I don't believe in you  - live







OSTATNI WYWIAD (I WYSTĘP) GEORGE'A HARRISONA

 

 

 

14 maja 1997 roku George Harrison udzielił swojego, jak się później okazało ostatniego swojego wywiadu. Rozmowa miała dotyczyć jego nowego projektu muzycznego. Rozmawiał z nim John Fugelsang ze stacji VH1 (na zdjęciu z Harrisonem). W czasie wywiadu George zaśpiewał i zagrał na gitarze - to także był ostatni występ publiczny sławnego "cichego" Beatlesa. Przypomnę, że zmarł on 29 listopada w 2001. W czasie wywiadu obecny był Ravi Shankar ze swoją małżonką. Program nazywał się "George Harrison & Ravi Shankar: Yin & Yang". Data emisji programu: 24 lipca 1997
W 2013 John Fugelsang wspominał tamto wydarzenie: To było dla mnie naprawdę bardzo ważne. Miałem jechać do Londynu, aby przeprowadzić wywiad z McCartneyem w ramach specjalnego programu na żywo, i poprosili mnie, abym został w Nowym Jorku dodatkowy dzień. Powiedzieli: „Przyjeżdżają George Harrison i Ravi Shankar ". George właśnie wyprodukował "Chants of India". Byłem największym fanem George'a Harrisona na świecie. Urodził się jako katolik, moi rodzice byli katolikami  więc także wychowałem się jako katolik. Podziwiałem sposób, w jaki wykorzystywał swoją wiarę. Wielu katolików, których znałem, porzuciło wiarę i zostało ateistami. George wykorzystał to jako trampolinę do głębszego i szerszego zbadania swojej wiary. Więc chciałem porozmawiać o Bogu i medytacji, i o tym, co się dzieje, kiedy umierasz, i o duszy. I przez cały czas producent mówi mi do ucha: „Namów go, żeby mówił o Johnie Lennonie!” Wiesz, George, wcześniej tak naprawdę nie lubił rozmawiać o Beatlesach, a skończyło się na tym, że był to jego ostatni publiczny występ. Więc rozmawialiśmy o tych wszystkich rzeczach, które frustrowały moich producentów, ale w końcu wziął gitarę do ręki i zagrał cztery piosenki, których nigdy wcześniej nie grał na żywo, i ostatecznie był to ostatni raz, kiedy grał publicznie.  Później, kiedy zachorował, byłem w Montrealu na Festiwalu Komedii. VH1 poprosiło mnie, abym przyleciał, aby pomóc ponownie przeprowadzić wywiad jako specjalny. A kiedy umarł, wyemitowali go ponownie i przywrócili wszystkie religijne treści, które zostały wycięte. Teraz wiem, byłem okropnym dziennikarzem. Byłem bardzo młody, spotykałem się z moim idolem, robiłem nieodpowiednie żarty, przerywałem mu, jąkałem się, nie mogłem się zamknąć. On  dobrze znosił mnie. Myślę, że to mój brak polerowania sprawiał, że podobało mu się to doświadczenie. I fakt, że interesowałem się rzeczami, o których on lubił mówić. Wstydziłem się za to, że w końcu spotkałem mojego idola i byłem durniem, i dopiero wiele lat później, kiedy program został wyemitowany, wrzucili z powrotem cały materiał. Więc w dniu śmierci George'a, VH1 nadawało przez cały dzień wywiad  jakiegoś 25 latka z George'em, który opowiada o Bogu i duszy oraz o tym, co się dzieje po śmierci.
Kiedy zaczęliśmy to nagrywać, w studiu nie było nikogo. Skończyło się na tym, że George został na cztery godziny, co wszystkich zszokowało. Nikt nie wiedział, dlaczego tak długo tu został, a kiedy skończyliśmy, Rick Rubin był tam, także Timothy White z Billboard Magazine, byli tam niektórzy dyrektorzy wytwórni płytowych. byli w studiu. Kiedy wywiad się zaczynał, byłem tylko ja, George, Ravi i żona Raviego. Czy wszystko zostało umieszczone w wywiadzie ? Hm...  W pewnym momencie powiedziałem: „Wiesz, George, przeczytałem w Beatle Fan Magazine, że jak byłeś w klubie w Monte Carlo, podszedłeś do pianina i oznajmiłeś: "To jest mój nowy singiel” i zagrałeś piosenkę. Czy zamierzasz wkrótce wydać album?" Bo minęło dziesięć lat od jego ostatniego solowego albumu. A on po prostu powiedział: "Och, prawdopodobnie byłem wtedy pijany". Wywiad ... czekałem, bo wiesz, sprawy między nim a Paulem były napięte, więc zadałem kilka ostatnich pytań. Jedno z ostatnich pytań, które rzuciłem, brzmiało: "Co myślisz o Jeffie Lynne?", który wyprodukował Wilburys i który wyprodukował płyty George'a. Powiedziałem: „Co myślisz o Jeffie Lynne, który wyprodukował kilka utworów dla Paula McCartneya?”, a George zaczął się śmiać i po prostu powiedział: „Kto? Co? Kto? Kto?" Wszyscy w pomieszczeniu eksplodowali śmiechem. 
Dwa dni później rozmawiałem o tym z menadżerem McCartney'a i opowiedziałem mu o tym. Powiedział: "No tak, z tobą spędził ponad cztery godziny, ale z nami nie będzie pracował". To był wtedy takie trochę dziwne. Uważam jednak, że się kochali, ale George miał swoje urazy, jeśli widziałeś na DVD kopie "Let It Be", ale myślę, że można zrozumieć, dlaczego Paul starał się bardzo mocno kontrolować zespół a także dlaczego George był oburzony przejęciem tej kontroli przez Paula... Nie rozmawiałem z George'm o piosenkach Johna z "Anthology" nagranych ponownie. George chciał wydać własną antologię, a Olvia zaczyna to robić teraz z nowym albumem  zatytułowanym "Early Takes: Volume 1". Yoko dała Paulowi trzy piosenki, które były demo Johna. Ukazały się dwa z nich: „Real Love” i „Free as a Bird". Oba są moim zdaniem wspaniałymi nagraniami. Uważam, że „Free as a Bird" jest po prostu piękne i zasługuje na miano prawdziwej Piosenki The Beatles i pod wieloma względami jest. Myślę, że poradziła sobie mimo upływu czasu. Trzecia piosenka się nie ukazała, ponieważ George ją zablokował...
    Różnice między Paulem i George'm, które zauważyłem podczas moich z spotkań z nimi? Och, Paul jest po prostu zupełnie innym typem osobowości. Miałem przyjemność pracować z nim kilka razy. Nie sądzę, żeby kamery telewizyjne uchwyciły jedną dziesiątą tego, jak bardzo jest interesujący w Nigdy nie widziałem wywiadu, który choć trochę pokazywałby, jak bardzo jest wyrafinowany, bystry, czytelny i kompetentny.

  Moje tłumaczenie, więc jak zawsze, proszę o wyrozumiałość.





GEORGE: To może zabrzmieć jak zbyt wzniosła rzecz do powiedzenia tego akurat na antenie VH1, ale tak w zasadzie,  to wiesz, co robimy na tej planecie? Uważam, że dzięki doświadczeniu jakie zdobyliśmy będąc The Beatles, rozwinęliśmy sie o wiele lat naprzód w bardzo krótkim czasie. Doświadczyłem tak wielu rzeczy i spotkałem tak wielu ludzi, aż zdałem sobie sprawę, że nie ma już nic, co by robiło już na mnie wrażenie, podniecało mnie. Chciałem czegoś lepszego. Pamiętam, jak pomyślałem: „Chciałbym poznać kogoś, kto naprawdę zrobi na mnie wrażenie”. Nie mam na myśli kogoś takiego jak ty czy Burta Lancastera, ponieważ był ze świata kina. To znaczy, poznałem Burta Lancastera i zaimponował mi na pewnym poziomie, ale myślałem wtedy o kimś, kto naprawdę mógłby mi zaimponować. I wtedy poznałem Raviego, co było zabawne, bo to taki mały człowieczek z niejasnym z naszego punktu widzenia instrumentem, a jednak to on zaprowadził mnie w takie głębiny. I to jest najważniejsze, wciąż jest dla mnie. Wiesz, jestem zdezorientowany, kiedy rozglądam się po świecie i widzę, że wszyscy żyją w takim pośpiechu. Wiesz, to powiedział Bob Dylan: „Ten, kto nie jest zajęty narodzinami, jest zajęty umieraniem”, a jednak nikt nie próbuje dowiedzieć się, jaka jest przyczyna śmierci i co się dzieje, gdy umierasz. To znaczy, dla mnie to jedyna rzecz, która naprawdę ma jakiekolwiek znaczenie, reszta jest drugorzędna.
JF: Czy uważasz, że muzycy popowi boją się zajmować tak poważnymi tematami, czy po prostu nie przychodzi im to do głowy, czy też myślą sobie: „Och, to nie jest wystarczająco komercyjne, kto chce rozmawiać o życiu jako takim?
GEORGE: Nie wiem, co myślą inni i wiesz, w miarę upływu lat zdałem sobie sprawę, że coraz bardziej odpuszczam rozmowy na ten temat. To znaczy, nawet moi bliscy przyjaciele, wiesz, może nie chcą o tym rozmawiać, bo tego nie rozumieją. Ale wierzyłem w to, co czytałem lata temu, co, jak sądzę, było w Biblii: „Pukajcie, a drzwi zostaną otwarte”. I to prawda, jeśli chcesz się czegoś dowiedzieć w tym życiu, po prostu musisz zapukać drzwi, czy to fizycznie do drzwi kogoś innego i zadać im pytanie, czy też, co miałem szczęście znaleźć, poprzez medytację, no wiesz, to wszystko jest w środku. Bo jeśli się nad tym zastanowić, nie ma nic, to znaczy w stworzeniu, w całym stworzeniu, co byłoby doskonałe, wiesz, nie ma nic złego w naturze, tylko to, co robi człowiek, wtedy idzie sprawy idą źle. Ale my jesteśmy zbudowani z tej rzeczy, z tej doskonałej wiedzy, z tej doskonałej świadomości, z tej doskonałej wiedzy, z tej doskonałej świadomości, zbudowana jest sama esencja naszego istnienia, każdego atomu w naszym ciele. Ale nakładają się na to, przenikają, jeśli mogę użyć tego słowa, fala bzdur, która przetacza się przez świat.
JF:
Można to nazwać kablówką...

GEORGE: Taaa, to jak ... no wiesz, jesteśmy zasypywani śmieciami, bzdurami. Ale nie tylko to, sposób, w jaki zbudowany jest świat lub sposób, w jaki zorganizowane wykreowany,  mamy tutaj dwoistość, która mówi: „Tak, nie, dobre, złe, stracone, zdobyte, narodziny, śmierć.” I to jest ten krąg, w którym zostajesz uwięziony, to jest jak „Memphis Blues Again” i to jest najtrudniejsza rzecz do zrozumienia, co powoduje obie te rzeczy, dobre i złe, to wszystko jest przyczyną i taki mamy efekt. Więc uważam, że, stajemy się tutaj naprawdę transcendentalni, ale powiedzieć, że nasza fizyczna istota jest naprawdę na bardzo, bardzo subtelnym poziomie, to tak, jakby sok w drzewie był sokiem i biegnie przez wszystkie części drzewa. Teraz jest tak, że nasze ciała manifestują się w ciałach fizycznych, ale przyczyną, sokiem, jest czysta świadomość, czysta świadomość, i to jest prawdziwie doskonała wiedza. Ale musimy badać to, aby to zrozumieć, i właśnie dlatego ta płyta jest dla mnie ważna, ponieważ jest kolejnym małym kluczem do otwarcia wnętrza dla każdej osoby, aby mogła to zobaczyć i wyłączyć swój umysł, zrelaksować się i popłynąć w dół rzeki.
JF: Ravi, kiedyś, kilka lat temu podczas wywiadu powiedziałeś  piękną rzecz.  Zapytali cię, jak to jest zostać wielką gwiazdą rocka, cytuję z pamięci, wielką gwiazdą popu i pamiętam, jak powiedziałeś, że to było dla ciebie łatwiejsze, ponieważ byłeś wtedy starszy, w przeciwieństwie do kogoś takiego jak George, który miał dwadzieścia kilka lat, kiedy mu się to przytrafiło.  Myślisz, że to skłoniło cię do poszukiwania w życiu czegoś głębszego, i jak myślisz, dlaczego skłoniło cię to do tego, poszukiwania czegoś głębszego w życiu? Mam na myśli przyjęcie przez ciebie filozofii Wschodu, myślę o tym jak Dylan narodził się na nowo i o poszukiwaniu przez ciebie czegoś głębszego a byłeś wielbiony przez miliony w przeciwieństwie do kogoś takiego jak Elvis, któremu trudno było sobie z tym poradzić.
GEORGE:  Ah, Elvis,  myślę, że też szukał czegoś głębszego, ponieważ wiem, że w różnych okresach życia angażował się w różne organizacje. I uważam, że to smutne w jego przypadku, porównuję go do The Beatles, że on tego wszystkiego doświadczał w pojedynkę. Zawsze wiedziałem, że to był jego problem. Trzeba więcej ludzi, aby dzielić się takimi doświadczeniami. Jak u hippisów. My we czwórkę doświadczaliśmy tego samego, nabieralismy razem siły i zawsze się wspieraliśmy w tym całym zamieszaniu. Bo wiesz, myślę, że sława jest dobrą rzeczą, jeśli chodzi o zapewnienie ci zwiększonego doświadczenia lub przynajmniej większego doświadczenia. Ale z drugiej strony chodzi o to, co z tym zrobisz lub co ona dla ciebie odkryje. W moim przypadku wiem, zdaję sobie z tego sprawę, po prostu chcę więcej. To nie to, to nie to, wiesz. Sława nie jest celem, pieniądze, chociaż miło jest mieć pieniądze, mogą kupić ci trochę wolności, wiesz, możesz lecieć na Bahamy, kiedy chcesz, ale nie w tym rzecz, to nie jest odpowiedź, a odpowiedzią jest, jak osiągnąć spokój umysłu i jak być szczęśliwym, bo po to tutaj jesteśmy. Wszyscy przechodzimy przez nasze życie i przez nasze dni i nie doświadczamy błogości, a doświadczanie tego jest bardzo subtelną rzeczą i wiedza, jak to zrobić, to coś, o co się nie potkniesz po drugiej stronie, musisz go poszukać.

JF: Odczuwałeś na scenie lub w studiu jakiś rodzaj rozkoszy ?
GEORGE:  Cóż, czasami mieliśmy takie szczęście, ale wiesz, nie ten rodzaj błogości czy rozkoszy,  który mam na myśli, kiedy po prostu wiesz, każdy atom twojego ciała po prostu wibruje. Ponieważ to dzieje się poza umysłem, kiedy w to nie jest zaangażowany twój umysł, twoje myśli. Mam na myśli, że to dość trudne do osiągnięcia,  dostać się do tego etapu, ponieważ oznacza to kontrolowanie umysłu i bycie zdolnym do przekroczenia względnych stanów świadomości: odczuwania, rozbudzania się, spania, śnienia, czyli wszystkiego, co naprawdę znamy. To kolejny stan, który wykracza poza to wszystko i w tym stanie, wiesz, dostępna jest także  błogość i wiedza.
JF:  Kiedy myślisz o wszystkich talentach, które zgromadziłeś i wszystkich pieniądzach, które zarobiłeś z płyt, to ten koncert na rzecz Bangla Desh był bardzo kontrowersyjnym projektem.  rzecz w Bangla Desh, John Lennon cały czas miał kłopoty z powodu swojego aktywizmu. Czy czy ktoś ci powiedział, wiesz , słuchaj, jest trochę gorąco, nie Nie wchodź w to. Czy ludzie cię do tego zniechęcali w jakiś sposób? 
GEORGE: Nie, naprawdę nie. Sądzę, że jedną z rzeczy, którą rozwinąłem będąc w The Beatles była odwaga. I myślę, że John miał wiele z tym wspólnego, bo wiesz, John Lennon jeśli był mocno do czegoś przekonany, po prostu to robił.  I wiesz, wiele z tego przejąłem od niego, będąc przyjacielem Johna, po prostu jego postawę "cóż, po prostu wchodź w to, po prostu to zrób".  Jak wtedy, gdy Ravi poprosił mnie,  chciał, żebym ja i Peter Sellers przyszli i zapowiadali jego show, dzięki czemu mógłby zarobić 25 000 $. Pomyślałem sobie wtedy o  Johnie i wziąłem od niego jego pomysły, który polegał na sfilmowaniu  tego show,  nagraniu go i wiesz, na zasadzie "zaróbmy przy okazji na tym milion dolarów". Ta śmiałość polegała na tym, że nauczyłem się tego w The Beatles, wiesz, że masz trochę większy wpływ, jeśli jesteś dobrze znany.
JF: Porozmawiajmy o koncercie, ponieważ jest po prostu wspaniały, i jest uznawany za taki pierwszy charytatywny koncert z udziałem gwiazd, prekursor Live-Aid i innych tego typu koncertów w latach 80-tych. Jak udało ci się namówić do udziału w nim tyle gwiazd?  Eric Clapton, Ringo, Bob, Billy Preston.
GEORGE: Właśnie byłem w Los Angeles i rozmawiałem przez telefon., Był tam jeden facet, hinduski astrolog, którego poznałem w L.A., i powiedziałem do niego: "Hey, jest jakiś dobry dzień na zorganizowanie tego koncertu?" A on odparł, sierpień, w sierpniu, 1-go lub 2-go sierpnia. No więc pomyślałem sobie, że Nowy Jork jest do tego najlepszym miejscem, ponieważ wszystkie te media, leży pomiędzy Europą i L.A.  I sprawdziłem czy Madison Square Garden jest wolne w tych dniach.  1-go czy też 2-go.
JF: 1-go
GEORGE: Zacząłem wydzwaniać, zacząłem od ludzi pewnych, takich, na których mogę liczyć, naprawdę mogłem na nich polegać  i to byli Ringo i Kletner, którzy byli perkusistami.
JF: Badfinger.
GEORGE: Mieliśmy Badfinger aby mieć gitarzystów akustycznych. Dużo kontaktowałem się z Leonem Russelem, który powiedział, że przywiezie Billy'ego Prestona. Zresztą Leon dużo pomógł przy piosence "Bangla Desh." W zasadzie to ja napisałem piosenkę, ale on zasugerował mi 
dołożenie tego intro, które w sumie ustawia cały tekst.
JF:
"My friend came to me"...
GEORGE: Taaa, więc Leon zagrał na singlu, staraliśmy się go szybko wydać, jeszcze przed koncertem.
JF: Jak szybko to zrobiliście?
GEORGE: Sądzę, że zrobiliśmy go w ciągu jednej nocy.
JF:  Napisanie i nagranie razem? 
 
George, Klaus Voormann, Jesse Ed Davis i Eric Clapton

GEORGE: Ja napisałem piosenkę, w ciągu jednego dnia, i kilka dnin później zebrałem ludzi, żeby w niej zagrali. Byłem w tym czasie cały czas w kontakcie z Ericem. On miał wtedy zły czas, jakieś problemy z alkoholem czy coś w tym stylu, ale udało mu się pozbierać Dlatego kończyliśmy numer z Jesse Ed, ponieważ był w pobliżu i na wypadek, gdyby z Erikiem nie wypaliło. Dlatego mamy dwie wersje, z Erickiem i z Jesse'm, ponieważ nie mogliśmy  wyrzucić wersji z Jesse'm.
JF: Takich trzech gitarzystów na scenie razem, wspaniałe! 
GEORGE: Taaa. świetny jak zawsze Billy Preson. Głównym gitarzystą był w zasadzie Leon,. No i Bob...   
JF: Opowiedz proszę teraz dokładniej, jak udało ci się pozyskać do tego koncertu Boba Dylana, wyrwać go z jego odosobnienia w Nowym Jorku ?
GEORGE:
Zwyczajnie go o to poprosiłem, i nie wiem, moja relacje z Bobem, no nie wiem, zawsze starałem się być wobec niego i szczery ponieważ został otoczała go zawsze taka sterta bzdur. Tak więc starałem się wobec niego być szczery i on na to odpowiedział.  Noc przed koncertem była jednak trochę skomplikowana, ponieważ poszliśmy na Madison Square, gdzie to wszystko było przygotowywane, stanęliśmy na scenie i nagle zaczął realizować się przerażający scenariusz. Bob zwrócił się do mnie i powiedział: "Hej, stary, nie sądzę, żebym mógł to zrobić. Mam wiele rzeczy do zrobienia w New Jersey" czy coś w tym rodzaju. A byłem wtedy ogromnie zestresowany, ponieważ właściwie cały czas rozmawiałem przez telefon, myślę, że to były trzy tygodnie, około trzech tygodni ustawiania całej sprawy. Rozmawiałem przez telefon około dwunastu godzin dziennie. I w tym momencie powiedziałem: "Słuchaj, nawet nie mów mi o tym. Zawsze bywałeś sam na scenie, to wszystko zawsze zrobiłeś. a ja zawsze byłem w zespole, nigdy nie wyróżniałem się zespołu,  i nie robiłem tego..."  
 
 
JF: Nigdy wcześniej nie robiłeś trasy.
GEORGE: "... i nie chcę nic na ten temat słyszeć".  I dopóki nie pojawił się na scenie nie byłem pewien czy będzie.
JF: Kiedy show się rozpoczął nie wiedziałeś nic o tym?  
GEORGE: Taaa, miałem do gitary przypiętą kartkę i przy Bobie miałem napisany znak zapytania. Jeśli popatrzysz na film to zobaczysz, jak obracam się gdy on nadchodzi, widać jak bardzo jest zdenerwowany, wszedł na scenę zanim zdążyłem go zapowiedzieć. 
JF: Miał wtedy długą przerwę. 
GEORGE: No tak, i tak naprawdę wiesz, on nadał rangę temu koncertowi, wiesz, ja, Ravi to jedno, ale Bob dodał temu koncertowi coś ekstra.


JF:
To był wspaniały rok dla fanów muzyki. 
W ubiegłym roku ukazał się cztero-płytowy zestaw Raviego Shankara „In Celebration”, a ten rok przyniósł nam wydanie nowego albumu „Chants Of India”, wyprodukowanego przez George'a Harrisona. To dla mnie wielkie przeżycie być tutaj dzisiaj z dwoma największymi żyjącymi artystami muzycznymi, ze wschodu i zachodu, Ravim Shankarem i George'em Harrisonem. Dziękujemy wam obojgu za dołączenie do nas.
GEORGE i Ravi: Dzięki
JF: George, w jaki sposób poznałeś Raviego i odkryłeś tą muzykę? 

GEORGE: W czasie tych dni kiedy trwało to szaleństwo, Beatlemania, zacząłem kupować dużo płyt i kupiłem tak kilka płyt Raviego, słuchałem ich, ale tak naprawdę wtedy mój intelekt nie wiedział co się w tej muzyce dzieje. Nie wiedziałem zbyt wiele o tej muzyce, ale brzmiała znakomicie i po prostu bardzo mi się spodobała. Uderzyła mnie jednak głęboko, zacząłem się w niej rozpoznawać.   Miałem wtedy przeczucie, że się z nim poznam.  To była jedna z tych rzeczy a wtedy grałem na sitarze dla The Beatles, zresztą bardzo źle, a Ravi wtedy przybył do Londynu. Wielu dziennikarzy chciało zorganizować takie spotkanie, ale chciałem tego uniknąć. Nie chciałem, żeby to znalazło się na pierwszych stronach gazet jako ważny news, bo to znaczyło dla mnie coś więcej. Pomyślałem więc sobie, cóż, poczekam i spotkam się z nim w swoim czasie. I tak się stało, przy okazji, wizyty w  stowarzyszeniu o nazwie Asian Music Circle, a facet, który to nim kierował, a którego poznałem, powiedział, że Ravi przyjdzie, był w Londynie, miał przyjść do nich na lunch, i tak się poznaliśmy. Potem Ravi odwiedził mnie w domu i nauczył mnie trzymać sitar i dał kilka podstawowych lekcji gry na sitarze.
JF:  Ravi, zawsze chciałem cię o to zapytać, co czułeś, kiedy usłyszałeś po raz pierwszy "Norwegian Wood”? Tak szczerze, co naprawdę pomyślałeś o grze George'a na sitar? 
Ravi: Kiedy moja siostrzenica i siostrzeńcy kazali mi tego wysłuchać, a było to po tym, jak spotkałem  już George'a, wcześniej tego nie znałem, to nie zrobiło to na mnie większego wrażenia. Ale widziałem wpływ [piosenki] na młodych ludzi, nie mogłem w to uwierzyć, nawet w Indiach. Bo to się działo  nie tylko na zachodzie, wydawało się, że po prostu to wchłaniali jak to się mówi. Tak bardzo to kochali. 
JF:  Jaka była reakcja pozostałych trzech Beatlesów, kiedy zacząłeś ... kiedy pojawiłeś się z tym instrumentem w studio ?

GEORGE:  Cóż, w tamtych dniach, wiesz, rozwijaliśmy się bardzo szybko, bardzo wiele rzeczy inspirowało nas, wpływało. Myślę, że to była najlepsza rzecz w naszym zespole. Mieliśmy bardzo otwarte umysły na wszystko i słuchaliśmy wszystkich rodzajów muzyki, które znasz. Jak muzyki awangardowej, która później stała się wyznacznikiem i bardzo wielu różnych jeszcze rzeczy.  Więc wiesz, oni po prostu dobrze zareagowali, uznali że to dobrze, podobało im się to brzmienie, a "Norwegian Wood” to była po prostu jedna z tych piosenek, które potrzebowały tylko tego małego dodatku, a sitar, który kupiłem bardzo tanie w sklepie o nazwie India Craft w Londynie... i chociaż brzmiało to kiepsko, nadal pasowało do piosenki i dodało jej trochę więcej, więc byli z tego całkiem zadowoleni. Pojechałem do Indii, żeby być z Ravim, zobaczyć Indie, nauczyć się trochę muzyki i po prostu doświadczyć Indii, ale chciałem też wiedzieć coś o Himalajach.  To jest to, co zawsze mnie fascynowało, mam na myśli... wiem, ze to zabrzmi trochę wzniośle jak na VH1 , co my robimy na tej planecie. Myślę, że przez te całe doświadczenie z The Beatles rozwinęliśmy się bardzo, i to w bardzo krótkim okresie czasu.    Doświadczyłem tak wielu rzeczy i spotkałem tak wielu ludzi, ale zdałem sobie sprawę, że nie ma już nic, co by mnie podniecało, co robiłoby na mnie wrażenie. Chciałem czegoś lepszego, pamiętam, że pomyślałem, że chciałbym poznać kogoś, kto naprawdę zrobi na mnie wrażenie, i wtedy poznałem Raviego. Co jest zabawne, bo to taki mały koleś, z tym mało znanym z naszego punktu widzenia instrumentem, a jednak doprowadził mnie do takich głębin. I myślę, że to jest najważniejsze, nadal dla mnie jest.   Wiesz, że jestem zdezorientowany, kiedy rozglądam się po świecie i widzę, że wszyscy biegają w kółko i wiesz, jak napisał Bob Dylan, "on nie jest zajęty narodzinami, jest zajęty umieraniem", a jednak nikt nie próbuje dowiedzieć się, co jest przyczyną śmierci i co się stanie, gdy umrzesz. Mam na myśli to, że dla mnie jest to jedyna rzecz, która ma jakiekolwiek znaczenie. Cała reszta jest drugorzędna. Wierzę w to, co przeczytałem wiele lat temu, co chyba było w Biblii: „Zapukaj, a drzwi się otworzą” i to jest prawda. Jeśli chcesz się czegoś dowiedzieć o tym życiu, wystarczy, że zapukasz do drzwi. Niezależnie od tego, czy zrobisz to fizycznie do czyichś drzwi  i zadasz tam  pytania, czy też, co miałem szczęście znaleźć, jest medytacją, że wiesz, że to wszystko jest w środku, w tobie.  I właśnie dlatego ta płyta jest dla mnie ważna, ponieważ jest kolejnym małym kluczem do otwarcia wnętrza. Aby każdy mógł usiąść i odwrócić się, um……wyłącz swój umysł, zrelaksuj się i popłyń w dół ["turn off your mind relax and float downstream" - cytat z "Tomorrow Never Knows" The Beatles] i posłuchaj czegoś, co ma swoje korzenie w transcendencji, ponieważ tak naprawdę nawet wszystkie słowa tych piosenek niosą ze sobą bardzo subtelną duchową wibrację. I to naprawdę wykracza poza intelekt. Więc jeśli pozwolisz sobie na to, by miało to na ciebie wpływ, może to mieć wpływ, pozytywny wpływ.   
 
 
JF: Ravi, jak to było z tobą, kiedy spotkałeś po raz pierwszy George'a? Jaki był twój stosunek do Beatlemanii?
Ravi: 
Wstyd mi przyznać to, ale nic co tym nie wiedziałem, kiedy ich pierwszy raz spotkałem, oprócz tego, że są bardzo popularni.
Spotykając ich na przyjęciach, byłem pod wielkim wrażeniem George'a, który wyglądał o wiele młodziej i był taki dociekliwy. Pytał o tak wiele różnych rzeczy. Przede wszystkim o muzykę, sitar i oczywiście o wszystko z tą pewną duchowością… i jest jedna rzecz...   Czułem, że jego entuzjazm był tak prawdziwy, widzisz, i chciałem oczywiście dać z siebie jak najwięcej przez mój sitar, bo to jedyna rzecz, na której się znam. Reszty nie jestem w stanie wyrazić. On [George] mówi tak pięknie. Jest przyzwyczajony do słów.  Pisze wiersze. Pisze piosenki. Czasami robię to głupio, ale nie aż tak bardzo… Wyrażam się poprzez nuty, nuty, więc jest to inny sposób... w każdym razie tak uważam. Tak jak powiedziałeś, kiedy go poznałem i po kilku dniach od razu zaczęliśmy, tak jak powiedział wcześniej, jak prawidłowo siedzieć, jak trzymać sitar i wiesz, jak radzić sobie z pozycją palców i tak dalej, podstawowe rzeczy. Był bardzo zainteresowany i tak szybko się uczył, a potem natychmiast ustaliliśmy, że przyjedzie do Indii i przyjechał. Poprawialiśmy wszystko  przez sześć tygodni, ale niestety do końca się nie udało, bo ludzie rozpoznali go po jakimś tygodniu, w Bombaju było takie zamieszanie, że musieliśmy uciekać do Cashmere i mieszkać w barce i tak dalej. Ale niestety musiał wyjechać... 
GEORGE: Wtedy zdaje się zaczynał Sergeant Pepper lub coś w tym stylu...
Ravi: Wtedy pomyślałem sobie, dobry Boże, nie mogę uwierzyć, że czterech ludzi potrafi wywołać taką burzę na całym świecie.
GEORGE: The Spice Boys.

Ravi: I nie chodziło o to, że byłem dla ludzi nieznany, anonimowy, no wiesz. Grywałem przecież koncerty w Carnegie Hall i innych miejscach, ale jako klasyczny indyjski muzyk, ale moment, w którym dowiedziałem się, że został moim uczniem, był jak pożar. Stałem się nagle tak popularny wśród młodych ludzi i zostałem odkryty na nowo, jak to mówią, a potem dzięki niemu przez wiele lat czułem się statusem supergwiazdy. 
  Ale wiesz, że to wszystko szło trochę nie po mojej myśli z powodu włączenia się w to wszystko narkotyków i tym podobnych rzeczy. Więc naprawdę miałem także bardzo trudny czas przez kilka następnych lat, umieszczając moją muzykę we właściwym kierunku lub we właściwym miejscu, ale ponieważ udało mi się to jestem tutaj dzisiaj. Siedząc z tobą. Inaczej by mnie tu nie było. Ludzie naprawdę zrozumieli głębię i powagę naszej muzyki wraz z całą, no wiesz, zabawną jej częścią, częścią rozrywkową, która jest tam, ale także jej prawdziwe korzenie, których projekcje są na tej konkretnej płycie. 
JF: Chciałbym porozmawiać teraz o wczesnych latach 70-tych, Koncercie dla Bangladesh, jak do niego doszło. Czy to ty Ravi byłeś jego  pomysłodawcą ?
Ravi: Tak. To był okres kiedy Wschodni Pakistan chciał się odłączyć od kraju i chciano by się nazywał Banglades.  Chodziło głównie o kwestie językowe. Taki był początek, od tego się zaczęło, a potem to stało się wielką sprawą polityczną. Ale martwiliśmy się… martwiłem się, bo było tam wielu moich krewnych. Przyjeżdżali jako uchodźcy, dużo dzieci. Wszystko to było dla mnie bardzo bolesne i planowałem wtedy dać program charytatywny i może zebrać 20 000… 25 000… 30 000 dolarów i wysłać je, wiesz jako… a George był w tym czasie w Los Angeles i on zobaczył, jaki jestem nieszczęśliwy gdy mu o wszystkim opowiedziałem. Zareagował: "To nic, zróbmy  lepiej coś wielkiego" i natychmiast, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zadzwonił, zarezerwował Madison Square Garden i wszystkich jego przyjaciół, Erica Claptona, Boba Dylana, i to była naprawdę magia. I napisał tę piosenkę także „Bangladesh”. Więc z dnia na dzień ta nazwa stała się znana na całym świecie.   
  
 

GEORGE: Ameryka faktycznie wysyłała broń do Pakistanu, która, wiesz, po prostu masakrowała wszystkich, a im więcej o tym czytałem i rozumiałem, co się dzieje, myślałem, że musimy coś zrobić i to musi być szybkie. A tak naprawdę to tylko zwróciliśmy na to wydarzenie uwagę. To właśnie to czułem. 
Ravi: To było coś unikalnego. Cały piękny duch tego wydarzenia, koncertu Bangladesh.
GEORGE: To była czysta adrenalina i szczęśliwie wszystko się udało, ponieważ nie wszyscy muzycy byli na próbach. Ćwiczyliśmy trochę różne kawałki ale nigdy w tym samym czasie nie było wszystkich aż do samego występu. Mieliśmy szczęście, że wszystko razem ostatecznie zagrało.
[George brzdąka delikatnie na gitarze akustycznej]
JF: Chcę spróbować  jedną z piosenek The Beatles? Może spróbujesz "Something"? Piosenkę Boba? Carla Perkinsa? Wezmę George piosenkę Ricka Astley'a s, składankę Spice Girls.
GEORGE: Zagram jedną swoją jeśli jakaś mi przyjdzie na myśl.
Ktoś spoza kamery krzyczy: All Things Must Pass
GEORGE: Naprawdę? [śpiewa dwa pierwsze wersy z  “All Things Must Pass” zamieniając słowo "gray" na "way"]
JF: Chciałbym prozmawiać teraz o albumie „Chants of India”, ponieważ  to jest naprawdę piękna płyta, płyta, jakkolwiek to nazwiemy w dzisiejszych czasach. Myślisz, że amerykańska publiczność będzie w stanie utożsamić się z muzyką na tej płycie?

GEORGE: Myślę, że tak. Po pierwsze to nie jest naprawdę muzyka sitarowa, wiem, Ravi tiutaj siedzi z sitarem, każdy zna go z jego gry na sitarze i takiej muzyki, ale tam nie jest sitarowa muzyka. Tam jest zasadniczo duchowa muzyka, duchowe pieśni, starzytne mantry, cytaty z ksiąg Vedy, które są najstarszymi księgami na ziemi. I tak oto te starożytne pieśni, które w całości są muzyką duchową, ale próbują umieścić ją w kontekście, w którym nie zmienia jej to, czym jest zasadniczo, ale jednocześnie jest instrumentacja, która sprawia, że jest ona przyjemna nie tylko dla mieszkańców Zachodu, ale także dla wszystkich.
 

 

Ravi: Cóż, zawsze miałem to na uwadze, żeby zbytnio nie utrudniać muzyki dla ludzi nie przyzywczajonych do naszej muzyki. Ale oczywiście oprócz słów, które są bardzo stare i wszystkie znaczą prawie to samo, wiecie, pokój, miłość, równość, drzewa, natura, ludzie, ciało, dusza, wszystko. Około 30, 40 lat temu nie było ich absolutnie słychać.   Nie wolno było nawet… mogłeś tylko swoim uczniom i to także prywatnie do ucha, nie głośno. Ale teraz wszystkie te książki są drukowane. Wszystko jest dostępne, nawet w sieci. Więc jeśli chodzi o słowa, to są teraz otwarte, ale melodia, którą musiałem dodać, lub lekką orkiestrację w tle, była właśnie z tą myślą, aby pasowała do tego starego sentymentu całego duchowego kontekstu, któryon zawiera w sobie. Jednocześnie nie może być zbyt wiele ani nie brzmieć zbyt rytualnie, fundamentalistycznie lub cokolwiek w tym stylu. To główna rzecz, którą próbowałem zrealizować.
[powraca brzdąkanie na gitarze]
JF:  No cóż, jako dzieciak z Long Island nigdy nie pomyślałem, że mogę  wypowiedzieć te słowa w telewizji. Zapraszam do obejrzenia "Prabhujee" z "Chants of India",  z udziałem żony Ravi'ego Shnakara oraz jego samego i George'a Harrisona.


 

Pamiątkowe zdjęcie po programie: George Harrison, John Fugelsang i jego żona Charmaine

 

 

George Harrison -  metamorfoza muzyka : 1957 - 2001

 


 
Zaglądnij tam po więcej o The Beatles:

Historia The Beatles
History of  THE BEATLES