Wyszukiwanie : .Szukaj w blogu.

2. Szukaj w blogu - zbiórczo

Jeff vs. Kelly - konflikt w E.L.O.

 

 



Konflikt pomiędzy Jeffem Lynne’em a Kellym Groucuttem należy do najbardziej bolesnych i skomplikowanych rozdziałów w historii Electric Light Orchestra. Była to historia przyjaźni, ogromnego sukcesu, wzajemnych pretensji, sporów o pieniądze i prawa do nazwy zespołu, która ciągnęła się praktycznie aż do śmierci Kelly’ego. Konflikt ten nie był tylko sprawą finansów – wybuchł, ponieważ Kelly uważał, że jako ważny członek ELO ma prawo do większego udziału w zyskach, podczas gdy Jeff potraktował go jak zwykłego pracownika najemnego. Kiedy myślimy o Electric Light Orchestra, przed oczami staje nam zazwyczaj jeden obraz: charakterystyczne, wielkie okulary przeciwsłoneczne, burza loków i broda Jeffa Lynne’a. 
To on był genialnym kompozytorem, mózgiem operacji i człowiekiem, który zdefiniował brzmienie tej kosmicznej maszyny do robienia hitów. Ale Eectric Light Orchestra nie była projektem jednoosobowym. 
W latach ich największej świetności, przypadających na lata 1974–1983, za potężną energię na scenie i genialne, rockowe uderzenie odpowiadał ktoś jeszcze – basista Kelly Groucutt (w clipach obok Jeffa). Prasa opisywała rozpad zespołu pod oryginalną nazwą, powstawanie kolejnych klonów ELO Part II, rozprawy i ugody sądowe, spory między fanami. 
 O tym i więcej w dzisiejszym poście.
 

Kelly Groucutt dołączył do ELO w 1974 roku, zastępując Mike’a de Albuquerque, i bardzo szybko stał się ważną częścią klasycznego składu zespołu. Nie był jedynie basistą – jego charakterystyczny, wysoki i czysty głos odegrał ogromną rolę w brzmieniu grupy w drugiej połowie lat 70. Ta niezwykła harmonia wokalna Jeffa Lynne’a i Kelly’ego była jednym z kluczowych elementów nadających takim albumom jak Face The Music, A New World Record, Out Of The Blue czy Discovery ich wyjątkowy, aksamitny charakter. W hitach pokroju Sweet Talkin' Woman czy Diary of Horace Wimp to właśnie Groucutt wysuwał się na pierwszy plan. Kelly śpiewał współprowadzący wokal na wielu największych przebojach ELO, w tym w utworach Nightrider, Poker, Rockaria! czy Take Me on and Take Me Down. Grał na basie na najważniejszych krążkach, wliczając w to również album Time, i uważał, że taka rola powinna być wynagradzana zupełnie inaczej niż zwykłe, kontraktowe stawki muzyka sesyjnego. Jeff Lynne z kolei trzymał się sztywno kontraktu, w którym ELO było zespołem zdominowanym przez niego, a inni muzycy byli po prostu zatrudnieni. Niestety, ta wielka artystyczna chemia i wieloletnia przyjaźń skończyły się w najgorszy możliwy sposób – w salach sądowych, przy blasku fleszy, w atmosferze wzajemnych oskarżeń o zdradę i żerowanie na cudzym talencie.


 
Wszystko zaczęło pękać na początku lat 80. Jeff Lynne coraz bardziej domykał ELO jako swój autorski, studyjny projekt. Podczas nagrywania albumu Time rola pozostałych muzyków drastycznie spadła, a przy pracy nad Secret Messages z 1983 roku Kelly Groucutt poczuł, że stał się właściwie pracownikiem najemnym, a nie pełnoprawnym członkiem legendarnego zespołu. Kelly miał dość bycia w głębokim cieniu i otrzymywania zaledwie ułamka zysków z tras i płyt, podczas gdy projekt zarabiał miliony. Tuż przed premierą Secret Messages spakował swój bas i odszedł. Odejście Kelly'ego nie było cichym rozstaniem. Groucutt natychmiast pozwał Jeffa Lynne’a oraz management zespołu o niewypłacone tantiemy z całego okresu największej popularności grupy z lat 1974–1983. Batalia była wycieńczająca dla obu stron. Ostatecznie w 1985 roku prawnicy wywalczyli ugodę pozasądową. Kelly otrzymał jednorazową wypłatę, o której mówiło się, że wynosiła zawrotne jak na tamte czasy 300 000 funtów. Cena tego sukcesu była jednak potworna – Groucutt podpisał dokument, w którym zrzekł się jakichkolwiek przyszłych praw do marki ELO oraz do regularnych tantiem z tytułu czerpania zysków z muzyki zespołu.
Dla Jeffa Lynne’a był to temat niezwykle drażliwy, a sam pozew odebrał jako osobistą, niewybaczalną zdradę. Od tego momentu relacje obu muzyków praktycznie się załamały, a ich drogi rozeszły się definitywnie. Sam Groucutt po latach przyznawał, że żałował decyzji o procesie, choć jednocześnie uważał, że był niesprawiedliwie traktowany pod względem finansowym. W 1986 roku Jeff oficjalnie rozwiązał zespół, praktycznie zakończył działalność ELO i skupił się na produkcji muzycznej, współpracując z takimi legendami jak George Harrison, Tom Petty, Roy Orbison czy z zespołem The Beatles przy projekcie Anthology. Tymczasem perkusista ELO, Bev Bevan, chciał nadal koncertować i utrzymywać muzykę zespołu przy życiu. W 1988 roku Bev próbował namówić Jeffa do reaktywacji zespołu, ale bez powodzenia. W efekcie rozpoczęły się trudne negocjacje dotyczące używania nazwy grupy. Jeff nie chciał, by ktoś inny występował po prostu jako Electric Light Orchestra, ale ostatecznie osiągnięto kompromis, który dał życie projektowi ELO Part II. Choć Lynne formalnie zgodził się na takie rozwiązanie, nigdy nie ukrywał, że nie podoba mu się funkcjonowanie zespołu bez jego udziału, a dodatkowo umowa gwarantowała mu procent zysków z tego projektu.

Początkowo Kelly Groucutt nie był pełnoprawnym członkiem ELO Part II, występując razem z Mikem Kaminskim i Hugh McDowellem jako część projektu OrKestra. Szybko jednak stał się jednym z głównych filarów nowej grupy, a dla wielu fanów to właśnie jego głos najbardziej przypominał brzmienie starego ELO. Na koncertach śpiewał klasyczne utwory z ogromną energią i emocjami, co jeszcze bardziej pogłębiało konflikt z Jeffem Lynne’em. Jeff stał na stanowisku, że ELO bez niego nie jest prawdziwym ELO. Szczególnie irytowało go, że zespoły pokroju ELO Part II opierały się głównie na wykonywaniu dawnych hitów napisanych przez niego w domowym zaciszu. W wywiadach Lynne mówił wprost, że musi stale walczyć prawnie z grupami próbującymi używać nazwy ELO lub sugerować bezpośredni związek z oryginalnym zespołem. Sytuacja zaostrzyła się drastycznie pod koniec lat 90. W 1999 roku Bev Bevan odszedł z ELO Part II i sprzedał Jeffowi swoje pięćdziesięcioprocentowe prawa do nazwy ELO. Oznaczało to, że Lynne odzyskał absolutną, wyłączną kontrolę nad marką. Wtedy rozpoczęła się kolejna wojna – tym razem już nie tylko o pieniądze, ale o samą nazwę zespołu.

 

Jeff stał się jedynym panem i władcą marki i natychmiast kategorycznie zabronił dawnym kolegom używania członu "ELO". Muzycy ELO Part II, w tym Kelly Groucutt, chcieli nadal koncertować i próbowali używać nazw takich jak „ELO2” czy nawet „Electric Light Orchestra”, ale Jeff Lynne reagował zdecydowanie i za każdym razem prawnie blokował takie działania. Ostatecznie grupa została zmuszona do przyjęcia nazwy The Orchestra. Mogli grać te same piosenki, ale na plakatach wolno im było napisać jedynie drobnym drukiem, że w składzie znajdują się byli członkowie ELO i ELO Part II. Grali tak na całym świecie, ale dla Jeffa Lynne'a ten temat był już definitywnie martwy, a każda próba kontaktu ze strony Kelly'ego odbijała się od ściany prawników. Dla Kelly’ego było to szczególnie bolesne. Przez wiele lat uważał się za integralną część sukcesu ELO, a jednocześnie miał bolesną świadomość, że dla Jeffa pozostawał jedynie byłym, wynajętym muzykiem zespołu. Wielu fanów odbierało to jako głęboki konflikt pomiędzy wizją ELO jako autorskiego dzieła Jeffa Lynne’a a wizją ELO jako zespołu tworzonego przez wszystkich jego muzyków. Mimo tych wszystkich napięć Kelly do końca życia z dumą wykonywał repertuar ELO. Publiczność go uwielbiała, szczególnie za autentyczność i emocjonalne podejście do dawnych utworów. Dla wielu słuchaczy był symbolem ludzkiej twarzy starego ELO – serdeczny, bezpośredni i niezwykle związany ze swoimi fanami.

 
Ta historia nie doczekała się hollywoodzkiego happy endu. Dawni przyjaciele nigdy nie usiedli przy piwie, by podać sobie ręce i powspominać stare, dobre czasy. 19 lutego 2009 roku Kelly Groucutt doznał rozległego zawału serca w swoim domu w Worcestershire i zmarł następnego dnia w szpitalu w wieku zaledwie 63 lat. Fani na całym świecie zamarli w oczekiwaniu na reakcję Jeffa Lynne’a, licząc na jakiś osobisty, ciepły gest i zrzucenie starej urazy w obliczu śmierci. Jeff wydał jednak bardzo krótkie, oficjalne i chłodne oświadczenie przez swojego menedżera, w którym przekazał, że był bardzo smutny, słysząc o nagłej śmierci Kelly'ego, uznając go za wielką część brzmienia ELO, wspaniałego muzyka i składając najgłębsze kondolencje jego rodzinie. Dla wielu było to oświadczenie napisane przez specjalistów od PR-u, pozbawione prawdziwego serca. Pokazało ono jednak, jak głębokie i niemożliwe do zagojenia były rany z przeszłości. Gdy w późniejszych latach Jeff sam wrócił do koncertowania pod szyldem Jeff Lynne's ELO, na scenę zaprosił już zupełnie nową, młodą ekipę muzyków sesyjnych, całkowicie odcinając się od przeszłości. Historia konfliktu Jeffa Lynne’a i Kelly’ego Groucutta pozostaje jednym z najbardziej gorzkich przykładów tego, jak wielkie sukcesy muzyczne potrafią z czasem zamienić się w spory o uznanie, pieniądze i prawo do własnego dziedzictwa. Z jednej strony trudno podważyć fakt, że to Jeff Lynne był głównym twórcą potęgi ELO. Z drugiej strony – równie trudno zaprzeczyć, że bez takich muzyków jak Kelly Groucutt magia klasycznego ELO nie brzmiałaby dokładnie tak samo. 

I na zakończenie smutne epitafium postu, wypowiedź Chrisa Groucutta (syna Kelly'ego) z 2018 roku w czasie rozmów na forum fanów Electric Light Orchestra, która rzuca zupełnie nowe, niezwykle głębokie i bolesne światło na kulisy ELO. Ile jest w niej prawdy, żalu, emocji, nie wiem, na samym końcu się do niej ustosunkowałem. 

Zacznę od tego, że mój tata zawsze powtarzał, iż Jeff wcale nie potrzebował niczyjej pomocy przy pisaniu piosenek ELO. I to jest prawda. Nie oznacza to jednak, że tej pomocy nigdy nie otrzymywał. Jeff nie potrzebował wsparcia w samym komponowaniu, ale przez lata nieustannie współpracował w studiu z wieloma innymi muzykami – po prostu nigdy nikogo nie uwzględniał w napisach jako współtwórcy. Nie zrozumcie mnie źle, zdecydowana, ogromna większość melodii i tekstów była dziełem Jeffa. Jednak wkład innych był potężny. Trzon zespołu znajdował się w studiu przez większość czasu i wszystkie ręce były na pokładzie. Mój tata stale siedział w studiu w Niemczech, kiedy nagrywali, i uwierzcie, nie parzył tam herbaty. W rzeczywistości mam teraz w domu taśmy matki ELO, które tata zabierał ze sobą, aby ich słuchać i nad nimi pracować. Był zaangażowany jeśli nie w każdy pojedynczy krok, to w wiele etapów powstawania mnóstwa materiału i z pewnością miał znaczący wkład w tworzenie tych płyt. Reszta materiału wiązała się z olbrzymim wkładem w same nagrania, a to w wielu, wielu przypadkach oznaczało kreację muzyczną i realne współtworzenie piosenek. Sam byłem świadkiem tego procesu więcej niż raz w domu i studiu Jeffa. Doskonale pamiętam sesję, podczas której wszyscy grali u niego w domu i rzucali pomysłami, w tym mój tata grający na gitarze, po czym Jeff znikał w bocznym pokoju, by napisać do tego tekst i linię melodyczną. Taki proces z całą pewnością i z prawnego punktu widzenia kwalifikuje się jako pisanie utworów, ponieważ nie da się jednoznacznie ocenić, skąd właściwie narodziła się inspiracja do danych słów czy melodii. Istnieje też jedna konkretna piosenka, która zawsze mocno tkwiła w pamięci mojego starszego. Ojciec utrzymywał i przysięgał, że powstała ona z pomysłu, na który wpadł, brzdąkając sobie na gitarze. Jeff to podchwycił, zachwycił się i rozwinął z tego cały utwór, a partia gitary pozostała podobno w całości nienaruszona. To oznaczało wprost, że tata zainicjował i współtworzył całą tę piosenkę, niezależnie od faktu, że nie napisał ani jednego słowa tekstu czy linii wokalnej. Trudno jednak cytować to w sieci, ponieważ nie da się tego poprzeć żadnymi twardymi dowodami. Pamiętam wyraźnie, jak opowiadał mi o tym zdarzeniu, choć nie mam stuprocentowej pewności, o jaki utwór chodziło. Moje wspomnienia podpowiadają mi, że to mogło być Strange Magic i to gitarowe intro na samym początku, ale nie łapcie mnie za słowo. Kojarzę też, że tata włożył tę partię gitary do utworu, ale puścił ją od tyłu, żeby coś zamanifestować.

Często fani sugerują, że mój tata poszedł na ugodę pozasądową, bo nie miał żadnych mocnych argumentów. W rzeczywistości stało się dokładnie odwrotnie. Kelly spędził kilka lat, ścigając Jeffa sądownie, a kiedy sprawa jednoznacznie wykazała swoje uzasadnienie, Jeff zaproponował ugodę. Kwota była śmiesznie niska, a całe to doświadczenie doszczętnie zniszczyło mojego tatę. Wpadł w potężną depresję, był absolutnie, kompletnie spłukany i dosłownie musiał odpuścić z powodu braku pieniędzy. Wszystko zależy od tego, jak definiuje się stan, w jakim się znajdował. Pamiętam, jak spędzał całe tygodnie na kanapie w salonie, nie podnosząc się z niej ani razu, oprócz wyjść do toalety. To go złamało. Około dwa lata ciężkiej depresji sprawiają, że człowiek przyjmie już każde warunki. To była kumulacja nieszczęść, z brakiem grosza przy duszy na czele. Nie mógł wejść do sklepu, żeby nie zostać rozpoznanym, a jednocześnie w okolicach 1985 i 1986 roku nie miał w ogóle pieniędzy. Rozpadło się jego małżeństwo z moją matką, był o krok od utraty domu, a jego solowy album okazał się kompletną klapą, grzebiąc ostatnie oszczędności. Oto co potrafi zrobić z człowiekiem głęboka depresja. Oferta ugody opiewała na 300 tysięcy funtów oraz obietnicę dalszej promocji i wsparcia. To oznaczało, że mógł uratować dom, zyskać trochę gotówki na promocję swojej drugiej płyty, a poza tym jego menedżer był idiotą. Ostatecznie tata wziął te pieniądze, żeby mieć to już po prostu z głowy. W tamtym momencie myślał, że te 300 tysięcy wystarczy, by wyciągnąć go z dołka.

To pewnie rozsadzi Wam głowy, ale mój starszy nagrał ponad 40 milionów płyt. Jak myślicie, ile zarobił za 10 lat pracy i 40 milionów sprzedanych krążków? Załóżmy, że średnia cena albumu w Wielkiej Brytanii od połowy lat 70. wynosiła 3,50 funta. Około połowa z tego szła do twórców, czyli do podziału zostawało 1,75 funta. Nawet jeśli połowę z tego zgarniał Jeff jako główny lider, reszta zespołu powinna dostać może po jakieś 10 pensów od sztuki. Znam muzyków sesyjnych, którzy dostawali tyle z jednej płyty. Dla taty oznaczałoby to minimum 4 miliony funtów z samej sprzedaży fizycznej, nie wspominając oczywiście o trasach koncertowych. W rzeczywistości przy sprzedaży singli tych pieniędzy powinno być jeszcze więcej. Ale spójrzmy prawdzie w oczy – za 10 lat ciężkiej pracy wszystko zamknęło się w kwocie mniejszej niż 400 tysięcy funtów. Wychodzi jakieś 40 tysięcy rocznie za bycie członkiem jednego z najbardziej utytułowanych zespołów lat 70. Żeby być sprawiedliwym, w połowie lat 70., kiedy ELO było już gigantyczne, samochód Jeffa zepsuł się niedaleko stąd. Nie miał nawet dość pieniędzy, by go naprawić lub odholować, i musiał dzwonić do Dona Ardena po pomoc, żaląc się, jak to możliwe, że sprzedaje tyle płyt, a nie stać go na auto. Don odpowiedział, żeby się nie martwił, bo załatwi mu samochód – i tak zrobił. Zamiast wypłacić mu pieniądze, dał mu wóz. Więc do pewnego stopnia wszyscy jechali na tym samym wózku. Kiedy jednak Jeff w końcu odzyskał kontrolę nad swoimi prawami wydawniczymi i tantiemami z nagrań, obiecał, że zyski z rejestracji płyt zostaną uczciwie podzielone z zespołem. A potem tego nie zrobił. To wydarzenie w naszym domu nazywa się „Obiadem” i to był autentyczny początek końca. Jeff dostał zwrot w wysokości 11 milionów funtów i miał zapewnione stałe, ogromne tantiemy, ale nie postąpił właściwie. Nie zrobił ani tego, co należało, ani tego, co sam osobiście obiecał.

Moja matka, która była w to wszystko zaangażowana, do dziś przysięga, że to wpływ Sandy, ówczesnej dziewczyny Jeffa, wszystko popsuł. Gdy tylko zdała sobie sprawę, o jak wielkie pieniądze toczy się gra, to ona miała powstrzymać Jeffa przed dzieleniem się nimi z resztą. Ale to właściwie bez różnicy, bo to on powinien postąpić uczciwie i dokonać podziału. Mój tata zarobił znacznie większe pieniądze w ELO Part II. A jednak, mimo wiedzy o tym, co Jeff zrobił i jak fatalnie potraktował ludzi, którzy pomogli mu wdrapać się na szczyt, wciąż nie potrafię zaprzeczyć pięknu jego muzyki. Mój tata aż do dnia swojej śmierci powtarzał, że nigdy nie odmówi Jeffowi wielkiego talentu ani cudowności jego kompozycji. Pan Bóg jeden wie, jak ojciec zdołał przetrwać tak bolesną zdradę.

Muszę to jednak powiedzieć głośno: Jeff Lynne firmował swoim nazwiskiem jeden z największych skandali rock and rolla lat 70. i praktycznie uchodzi mu to na sucho. Don Arden jest w dużej mierze winien temu, jak potoczyły się sprawy i dlaczego Jeff stał się taki, jaki jest. Don oszukał Jeffa i zespół na niewyobrażalne miliony w latach 70., a kiedy Jeff w końcu zaczął otrzymywać to, co mu się należało, nie podzielił się z innymi tym, co było należne im. Doprowadziło to do wydarzenia, o którym wspomniałem i które w naszym domu określa się jako „Obiad”. Stało się to wtedy, gdy Jeff skutecznie pozwał Dona Ardena i otrzymał gigantyczną wypłatę za utracone tantiemy, z czego około 60% obiecano zespołowi – czyli muzykom poza Jeffem, Bevem i Richardem – co dawało co najmniej milion funtów dla każdego z nich. Skończyło się jednak na tym, że podczas wspólnego obiadu ogłoszono, iż każdy dostanie zaledwie po 5 tysięcy funtów. To był początek końca, a Jeff po tym wszystkim i tak nadal współpracował z Donem. Taki już jest ten biznes muzyczny. To działo się zapewne pod koniec lat 70., zaraz po wydaniu płyty Out of the Blue, a może nawet po Discovery. Mik Kaminski na pewno tam był, tak samo prawdopodobnie Hugh i Mel. W każdym razie nic z tego nie może być oficjalnie ogłoszone w internecie, bo wywołałoby to wojnę fanów ciągnącą się przez wieki bez żadnego rozwiązania. Prostym faktem jest to, że dzisiejsze ELO ma niewiele wspólnego z ELO z lat 70. Nie mówię, czy jest lepsze, czy gorsze – to po prostu zupełnie inny twór. Dla każdego, kto ma choć odrobinę rozumu, jest oczywiste, że Jeff nie dokonał tych wszystkich wielkich rzeczy w tamtych czasach zupełnie sam, ani w sferze kreacji, ani kompozycji. Intensywnie wykorzystywał innych ludzi w procesie twórczym i sugerowanie, że było inaczej, jest najzwyklejszą bzdurą.


Fani często chwytają się anegdotycznych opowieści o kilku piosenkach, o których krążą legendy, że Jeff zrobił je kompletnie sam. Jedną z nich jest Don't Bring Me Down, o której inżynier dźwięku Mack opowiadał, jak powstała w studiu w ciągu jednej nocy. Ta historia opiera się, o ile się nie mylę, na jednym wywiadzie z Mackiem i faktycznie, Jeffowi zdarzały się takie sytuacje i to prawda. Innym przykładem jest The Lights Go Down, będące w dużej mierze efektem wersji demonstracyjnej Jeffa, która przetrwała na płycie niemal w nienaruszonym stanie. Prawdopodobnie było jeszcze kilka takich utworów i to jest w porządku. Jednak fani niesłusznie rozciągnęli te pojedyncze przypadki na całą ogromną dyskografię ELO, twierdząc, że z resztą utworów było tak samo, co jest oczywistą nieprawdą. Te opowieści przetrwały właśnie dlatego, że były wyjątkami od reguły, czymś nietypowym i wartym uwagi. Fani sprawiają wrażenie, jakby robił tak przez cały czas, co jest niedorzeczne. Jeff grał trochę na klawiszach i pianinie, owszem, ale szczerze mówiąc, nie jest w tym wybitny. Richard Tandy to wyjątkowy klawiszowiec, podczas gdy Jeff potrafi co najwyżej tłuc proste akordy, co zresztą doskonale widać w jego późniejszych pracach. Powszechnie wiadomo też, że to Mel Gale zagrał partię pianina w Wild West Hero, ponieważ był z nich wszystkich najlepszy, był genialnym pianistą. To charakterystyczne pianino honky-tonk na początku utworu to właśnie Mel. Jeśli przyjrzycie się nagraniom koncertowym z Wild West Hero czy Roll Over Beethoven, zobaczycie, jak Mel w niektórych ujęciach przesiada się do fortepianu. Richard Tandy był wybitny i nie ma najmniejszych szans, by Jeff sam rozwinął takie linie melodyczne. Udało mu się je odtworzyć po latach tylko dzięki technologii, bo dzisiaj można wklepać wszystko krok po kroku do sekwencera, ale w tamtych czasach nie było o tym mowy. Siła i indywidualne umiejętności poszczególnych muzyków są absolutnie ewidentne w utworach, w których brali udział. Widać to doskonale, gdy zaangażowany był Louis Clark, za którego aranżacje Jeff próbował już wcześniej przypisywać sobie zasługi. Nie ma opcji, by to on skomponował tamte partie. Kiedy słyszy się inne rzeczy, które Louis osobiście skomponował, a nie tylko zaaranżował, staje się jasne, czyja to była robota. To wszystko zasługa Louisa. Jeff tymczasem twierdził oficjalnie, że to on wraz z Richardem zaaranżowali całość, co jest bzdurą. Zachowuje się tak, ponieważ ELO Part II potwornie zaszło mu za skórę i od tamtego czasu konsekwentnie wymazuje dawnych członków oraz ich wkład z historii grupy. Gdyby ten zespół istniał w dzisiejszych czasach, wszystko potoczyłoby się zupełnie inaczej.


 

   Słynnym przykładem z branży jest piosenka Young at Heart zespołu The Bluebells. Na samym początku tego utworu pojawia się charakterystyczny motyw skrzypiec. Muzyk sesyjny, który w ogóle nie był członkiem zespołu – w przeciwieństwie do Kaminskiego w ELO – został poproszony o wymyślenie czegoś na wstęp i po prostu to zaimprowizował. Po latach uznano, że partia skrzypiec jest tak kluczowa i rozpoznawalna dla całego utworu, że przyznano mu oficjalne współautorstwo piosenki. Nie ma mowy, by ktokolwiek dyktował Mikowi Kaminskiemu, co ma grać na skrzypcach w takich utworach jak Livin' Thing. Sam to wymyślał, dokładnie tak, jak widziałem, gdy robił to dziesiątki razy przy solowych rzeczach mojego taty czy w ELO Part II. Dzisiaj dostałby za to oficjalne uznanie autorskie. Ale wtedy nikt nie miał o tym pojęcia, a pieniądze trafiały do tego, kto pierwszy zgłosił roszczenia. To jest właśnie prawdziwe współtworzenie utworu, co oznacza, że powinno się z tego tytułu otrzymywać tantiemy wydawnicze, które są gigantyczne. Każdy, kto przyczynił się do fizycznego nagrania płyty i zagrał na instrumencie, powinien mieć swój udział w zyskach ze sprzedaży. Żaden członek ELO tego nie miał. Wszystkie współczesne im zespoły miały sprawiedliwe podziały zysków, ale oni nie – nawet sam Jeff nie dostawał ich przez całe lata, dopóki nie dobrali się do Dona Ardena, który schował do kieszeni dziesiątki milionów. Dzisiaj taka sytuacja by się nie powtórzyła, a i wtedy należała do rzadkości. Podsumowując: muzycy nie dostawali tantiem z nagrań, które bezdyskusyjnie im się należały, ani tantiem wydawniczych, co jest osobną dyskusją o to, co faktycznie definiuje pisanie utworu. Moje zdanie jest takie, że skoro tak wielu ludzi miało kluczowy i znaczący wkład w realne powstawanie tych piosenek, to również powinno być to jasno uwzględnione.   Nigdy, ani jeden raz, nikt nie dyktował Kelly’emu, co ma grać na basie, sugerowanie czegoś takiego jest niedorzeczne. Jeff brzdąkał akordy, a Kelly tworzył od tego momentu całą resztę. Jeff mówił, co mu się podoba, ale nigdy nie mówił mu, jakie konkretnie nuty ma wybierać. To powszechnie znany fakt i twierdzenie inaczej jest absurdalne, bo w innym wypadku po co w ogóle trzymałby w studiu muzyków? Jeff bardzo długo płynie na fali sukcesu tych albumów, których kategorycznie nie stworzył zupełnie sam. Zabawna rzecz wiąże się z płytą Zoom. Kiedy wyszła, niespecjalnie mi się podobała. Słuchaliśmy jej razem z tatą i obaj byliśmy nieco rozczarowani – ot, krótkie popowe piosenki bez żadnej większej, szerokiej wizji. Jednak z biegiem lat bardzo się do niej przekonałem i dzisiaj oceniam ją niezwykle wysoko. Musiałem po prostu podejść do niej z zupełnie innymi oczekiwaniami.    Nigdy też nie miałem problemu z tym, że Jeff używa nazwy zespołu. Uważam wręcz, że szyld „Jeff Lynne's ELO” to wyraz szacunku dla oryginalnych składów. Jasno odróżnia, że to coś nowego, a przecież rzeczy się zmieniają i dzisiejsze ELO to zupełnie inny projekt. I to jest w porządku. Zgadzam się, że nazywanie albumu marką ELO w jakiejkolwiek formie bywa niedorzeczne, gdy niewiele zostało z pierwotnej idei tego, czym ELO miało być, ale cóż, nie zawracam sobie tym głowy. Myślę, że głównym impulsem był ten wielki koncert w Hyde Parku. Dzięki temu narodziła się nowa marka i rozsądnie było zacząć z niej korzystać. Nie sądzę, by Jeff miał wcześniejszy zamiar nagrywania płyty pod tym szyldem, wszystko wskazywało na to, że wyda album solowy, ale zmienił plany po niesamowitej reakcji publiczności na tamten koncert. Więc to ma jakiś sens. O ile lepsze byłoby jednak, gdyby napisał te piosenki, a potem zaangażował do pracy Mike'a Stevensa, Donovana i Richarda Tandy’ego, tworząc z tego prawdziwe, nowe ELO. Po roku lub dwóch stałby się z tego pełnoprawny zespół. Mógł przecież nagrać to z nimi, bo z tego co wiadomo, tak właśnie robił dawniej. Biorąc pod uwagę, że facet grający z nim na basie obecnie wciąż kaleczy te partie, jestem absolutnie pewien, że to wszystko były oryginalne patenty Kelly’ego. Tak samo nie da się pomylić gry Mika Kaminskiego na skrzypcach – w czasach swojej świetności potrafił prześcignąć każdego muzyka orkiestrowego, jakiego można było wynająć. Ale u Jeffa to norma, jego modus operandi zawsze opierał się na zasadzie, że jemu nie wystarcza samo zwycięstwo – wszyscy inni muszą przy tym przegrać. Wielka szkoda, bo w wywiadach sprawia wrażenie skromnego gościa bez przerostu ego, ale ci, którzy go znają, wiedzą, że to czysta gra aktorska. Nie jest złym człowiekiem, jeśli stoisz po jego stronie, ale potrafi być przy tym bezwzględny. I postawiłem sprawę jasno przed wszystkimi: mogę przyjaźnić się z każdym, bez względu na jego opinie, z jednym jedynym wyjątkiem. Jeśli ktoś twierdzi, że „Jeff to ELO”, zgadza się z takim stwierdzeniem lub lajkuje podobne wpisy – natychmiast znika z grona moich znajomych.

 

 

Słowa Chrisa Groucutta to bez wątpienia potężny ładunek emocjonalny, który potrafi zszokować i z miejsca postawić Jeffa Lynne’a w roli bezwzględnego, wyrachowanego czarnego charakteru. Łatwo poddać się temu oburzeniu, ale w świecie rock and rolla rzadko kiedy cokolwiek jest czarno-białe. Kiedy opadną pierwsze emocje i spojrzymy na tę historię chłodnym, analitycznym okiem, zaczynamy dostrzegać drugą stronę tego medalu. Musimy uczciwie zadać sobie pytanie: czym tak naprawdę jest komponowanie i gdzie leży granica między genialnym wykonawstwem a autorstwem utworu? Kompozycje muzyczne niemal nigdy nie rodzą się w próżni jako akt czystego, boskiego natchnienia i rzadko są procesem stuprocentowo samotnym. Wiemy przecież, że nawet największe arcydzieła w historii muzyki, jak choćby kultowe „Yesterday” Paula McCartneya, nie powstały w całkowitej izolacji. Sam McCartney desperacko szukał źródła tej melodii, obawiając się, że podświadomie od kogoś ją skopiował. Ale to jest jego utwór. Kogo mielibyśmy tam dopisać w dowód uznania? Jego ojca, bo być może kiedyś zagrał podobny układ akordów? Czy kogoś, od kogo tamten go usłyszał? Każdy, kto spędził długie godziny na słuchaniu Electric Light Orchestra, nie potrzebuje żadnego specjalistycznego oprogramowania, by bezbłędnie rozpoznać kompozytorskie patenty Jeffa Lynne’a. Oczywiście, to oczywiste, że Jeff siadał w studiu z Richardem, Melu czy Kellym, aby wspólnie uradzić, które przejście akordowe brzmi lepiej, albo by po prostu wymienić się pomysłami. Kiedy piszesz ponad piętnaście genialnych piosenek na album „Out of the Blue” – a w ciągu niespełna dekady tworzysz dziesiątki potężnych hitów – pomocna dłoń jest Ci po prostu niezbędna. Wiara w to, że jeden człowiek jest w stanie stworzyć siedemnaście złotych przebojów w niecały rok bez jakiejkolwiek interakcji z otoczeniem, byłaby naiwnością. Jednak twierdzenie, że komuś należy się połowa praw autorskich do piosenki tylko dlatego, że zasugerował zmianę mostka, to jeszcze większa przesada. Popatrzmy na historię muzyki – tacy ludzie jak Mike Love próbowali wyszarpać prawa autorskie od samego Briana Wilsona z The Beach Boys, uznając swój drobny wkład za fundament sukcesu. Nikt przytomny nie twierdzi, że Jeff Lynne osobiście rozpisywał Kelly’emu Groucuttowi każdą nutę na gitarze basowej. Kelly tworzył swoje linie sam i nikt mu niczego nie dyktował. Ale spójrzmy prawdzie w oczy: partie basu w ELO, choć solidne, nigdy nie były czymś wybitnym czy rewolucyjnym. Co ciekawe, w solowych utworach Jeffa, takich jak „One Step at a Time”, gdzie grał zupełnie sam, ten bas potrafi brzmieć nawet ciekawiej. Wiemy też doskonale, że Lynne jest dość przeciętnym, rzemieślniczym pianistą, a jego gra bywa momentami mało natchniona. I co z tego? Weźmy inny klasyk – utwór „Taxman” to w stu procentach kompozycja George'a Harrisona. I nikomu nigdy nie przyszłoby do głowy uważać, że McCartney powinien dostać tam dodatkowe prawa autorskie tylko dlatego, że wymyślił i zagrał do tej piosenki kultowy, ikoniczny riff gitarowy. To byłoby niedorzeczne, bo nie na tym polega definicja komponowania. „Taxman” został skomponowany przez Harrisona i kropka. Sam George nigdy nie podkreślał swego wkładu do "Adn I Love Her" a jego riffy gitarowe idealnie uzupełniają kompozycję McCartney'a. Jedynym punktem, w którym zarzuty o brak należytego uznania mogą mieć realne podstawy, jest postać Louisa Clarka. Sam Louis nigdy publicznie nie zgłaszał pretensji, ale to prawdopodobnie on był geniuszem stojącym za wieloma najsmaczniejszymi, drobnymi smaczkami orkiestrowymi w piosenkach ELO. Te genialne wstawki smyczkowe pomiędzy wersami w „Sweet Talkin' Woman”, „Turn to Stone”, czy te bluesowe, symfoniczne nuty otwierające „Last Train to London” – to mogła być jego robota. A może Jeffa, a może dziewczyny, która akurat przyniosła do studia kawę? Nawet jeśli Louis przyniósł te genialne „perełki”, w klasycznym rozumieniu prawa autorskiego nie czyni go to pełnoprawnym kompozytorem utworu. A co z mitycznymi, wielkimi pieniędzmi i oskarżeniami o chciwość? Byłoby głupotą na ślepo wybielać Jeffa Lynne’a i twierdzić, że w kwestiach finansowych zachowywał się jak święty. Nikt z nas nie jest naiwny i nikt nie idealizuje gwiazd pop-rocka z lat 70. Wiemy doskonale, że nikt tam nie był aniołem. Spójrzmy jednak na to z perspektywy logiki biznesowej i artystycznej: gdybym to ja był w połowie właścicielem nazwy zespołu, jedynym głównym kompozytorem, producentem muzycznym, kreatywnym mózgiem całego przedsięwzięcia, reżyserem wszystkiego i na dodatek frontmanem, to bez mrugnięcia okiem brałbym dla siebie lwią część finansowego tortu. Choć, mówiąc całkowicie uczciwie, facetowi, który wymyślił to genialne intro do „Livin' Thing”, akurat nienaganne uznanie na okładce i finansowy bonus po prostu się należały. Tutaj Jeff faktycznie mógł zachować się z większą klasą.

  Ostatecznie jednak uważam, że Kelly Groucutt nie miał twardych podstaw do żądania praw kompozytorskich, o ile nie byłby w stanie przedstawić twardych dowodów na to, że napisał od zera melodię zwrotki lub stworzył tekst, który przekroczyłby jakiś realny próg – powiedzmy, przynajmniej osiem linijek tekstu. Bardzo trudno dziś, po latach, jednoznacznie zdefiniować tamte studyjne realia, ale muzyczne dziedzictwo Jeffa Lynne’a pozostaje absolutnie nienaruszalne. Ludzie, którzy realnie wspierali go swoim produkcyjnym czy menedżerskim talentem, zarobili dzięki niemu ogromne pieniądze. O Kellym, niestety, nie da się powiedzieć tego samego, ale to nie oznacza, że został okradziony z własnych piosenek. Jeff Lynne był kompozytorem 95% wszystkich emocji, jakie niesie ze sobą muzyka Electric Light Orchestra. A w świecie sztuki to w zupełności wystarczy, by tę liczbę zaokrąglić do stu.





 

64 powody by zachwycać się Paulem McCartney'em

 

   

Dzisiaj przeczytacie naprawdę przepiękny tekst. Bardzo powiązany z poprzednim. Obszerny, ale zdecydowałem się go nie dzielić. W segmencie „Podziękowania” książki „John & Paul. The Beatles i muzyczne Love story” (post o niej tutaj) Ian pisze: Ta książka zaczęła się rodzić podczas lockdownów w 2020 roku, kiedy w swoim newsletterze opublikowałem liczący 10 000 słów esej „64 powody, by zachwycać się Paulem McCartneyem” z podtytułem: Po tylu latach wciąż jest niedoceniany. Nie oczekiwałem, że przeczyta go dużo osób – po prostu odczuwałem potrzebę napisania tego tekstu i to uczyniłem. A jednak przeczytało go mnóstwo ludzi. Zaskoczony skalą i intensywnością reakcji, zacząłem się zastanawiać, czy mógłbym napisać całą książkę o zespole, który kocham od dzieciństwa...   

Dzisiaj wiemy, że książkę Ian napisał. Genialną, choć o tym jeszcze na końcu. W poście zachęcającym do jej przeczytania zasugerowałem, że niebawem pojawi się tutaj wspomniany artykuł pisarza o Paulu i dzisiaj spełniam tę obietnicę. Pełny oryginalny tekst tutaj: https://www.ian-leslie.com/p/64-reasons-to-celebrate-paul-mccartney.  Oryginalny tytuł zawiera słowo „celebrate”, które można dosłownie przetłumaczyć jako „celebrować”, ale wydaje mi się, że „zachwycać się” oddaje bardziej jego sens w tym kontekście. No i wrócę jeszcze do oceny książki Iana. Dla mnie naprawdę porywającej, ale muszę podzielić się tutaj – jeszcze przed Waszym przeczytaniem poniższego tekstu – jakie zdanie na temat Lesliego ma Mark Lewisohn. To najbardziej znany, renomowany badacz The Beatles, współpracujący niegdyś z Paulem i George'em, autor najwybitniejszych książek o zespole. Mark opisuje historię niezwykle dokładnie, dzień po dniu, każdą sesję nagraniową. Jako jeden z nielicznych ma w swoich pracach badawczych dostęp do archiwów sesji nagraniowych – żeby tylko tak zakończyć jego opis. Mark Lewisohn jest znany z tego, że potrafi być bezlitosny dla autorów, którzy przedkładają „dobrą opowieść” nad twarde fakty. W czasie spotkań i w podcastach (m.in. „Fans On The Run”) Mark ocenił to, co i jak pisze o Fab Four Ian Leslie. Lewisohn odnosił się do sposobu, w jaki Leslie konstruuje narrację. Głównym zarzutem był tzw. „cherry-picking”, czyli wybieranie wisienek z ciasta. Lewisohn wprost zarzucił Lesliemu, że bierze tylko te cytaty i wydarzenia, które potwierdzają jego tezę o geniuszu zespołu, ignorując momenty, które pokazują ich w mniej korzystnym świetle lub po prostu przeczą logicznej spójności tekstu. Lewisohn stwierdził, że Leslie jest świetnym pisarzem, ale „niedbałym historykiem”, ponieważ buduje mitologię, zamiast trzymać się faktów. Trzeba pamiętać, że Lewisohn to człowiek, który potrafi poświęcić miesiąc na ustalenie, czy danego dnia padał deszcz, zanim napisze o tym jedno zdanie w swojej biografii „Tune In”. Dla niego podejście Lesliego, które jest bardziej publicystyczne i emocjonalne, to „grzech kardynalny” historyka. 

  Mając to wszystko na uwadze zanurzcie się w esej Iana, doceniając warsztat i samą urodę tekstu. Nie wspominając o samym chwytliwym tytule i bohaterze tekstu. 

1. W 1956 roku, gdy Paul McCartney miał 14 lat, usiadł przy pianinie swojego taty i spróbował wymyślić własną piosenkę. Przez lata chłonął utwory z radia, telewizji, filmów i rodzinnego muzykowania. Pieśni ludowe, melodie z musicali, popowe hity, standardy jazzowe, numery z teatrzyków music-hall. Do tego dochodziły piosenki, których słuchał w bakelitowych słuchawkach: utwory docierające przez trzeszczące fale z pirackich radiostacji; piosenki Amerykanów, czarnych i białych; utwory z huczącym rytmem i dzikimi okrzykami, które sprawiały, że serce mu drżało, a krew śpiewała. Gdy zakochał się w rock n'rollu, nie wyrzekł się piosenek, na których się wychował – od samego początku chciał mieć to wszystko. Słyszał, jak jego tata gra własną melodię, taki popisowy numer na przyjęcia, i pomyślał, że sam też spróbuje. Dlaczego nie? Wkrótce stał się w tym całkiem dobry. Do jego wczesnych prób należał skoczny numer, napisany w wieku szesnastu lat, zatytułowany „When I’m Sixty-Four”.
 
 
 
2. Mamy koniec 2020 roku, ten dzieciak ma 78 lat i jest powszechnie uważany za człowieka, który stworzył więcej wspaniałych piosenek niż ktokolwiek inny z żyjących artystów. Właśnie wydaje nowy album, McCartney III, drugi w ciągu dwóch lat (poprzedni, Egypt Station z 2019 roku, dotarł do pierwszego miejsca listy Billboardu). McCartney III dopełnia trylogię obejmującą 50 lat – tak, McCartney jest byłym Beatlesem już od pół wieku – całkowicie samodzielnie wyprodukowanych i wykonanych albumów, z których każdy powstał w pierwszym roku danej dekady. Pierwszy, McCartney, powstał w 1970 roku, wstrząsany skutkami rozstania z The Beatles. McCartney II, przygoda z elektroniką, powstał w 1980 roku, gdy rozpadał się jego drugi zespół, Wings. McCartney III został nagrany w wymuszonej izolacji podczas lockdownu (niewielu jest muzyków, którzy w razie potrzeby potrafią tak łatwo obejść się bez współpracowników 


3. Być może to dobry moment, by zrobić krok w tył i lepiej przyjrzeć się czemuś zdumiewającemu: Paul McCartney pisze i wykonuje muzykę niemal nieprzerwanie od 1956 roku. To sześćdziesiąt cztery lata. Przez lwią część wieku tworzył piosenki, które ludzie śpiewają pod prysznicem i wykrzykują w samochodach; piosenki, przy których tańczą, biegają, gotują, całują się i biorą śluby; piosenki, które śpiewamy w tłumie; piosenki, przy których palimy zioło; piosenki, które śpiewamy z naszymi dziećmi; piosenki, które otulają nas, gdy mamy doła; piosenki, które wypełniają nas radością po brzegi. Jego najlepsze dokonania są bez wątpienia skumulowane na początku dzięki cudownemu przypadkowi, jakim był zespół The Beatles, ale perły są rozsiane w całej jego karierze, aż do dnia dzisiejszego. Pod względem czystej płodności twórczej nie przychodzi mi do głowy żaden inny autor piosenek, który mógłby mu dorównać, z wyjątkiem Boba Dylana. W historii jest bardzo niewielu artystów w jakiejkolwiek dziedzinie, którzy stworzyliby tak wiele dzieł na wysokim poziomie w tak długim przedziale czasu. 

4. Jego osiągnięcia są ogromne, historyczne i będą pamiętane przez wieki, jeśli w ogóle cokolwiek przetrwa próbę czasu. Mimo to istnieją ludzie, przynajmniej tutaj w Wielkiej Brytanii, którzy mówią o Paulu McCartneyu w taki sposób, w jaki mogliby mówić o celebrycie z branży rozrywkowej, który niegdyś prowadził teleturniej. Kiedy pojawia się jego nazwisko, zazwyczaj nie trzeba długo czekać, aż ktoś wspomni o „Frog Chorus” lub uraczy nas spostrzeżeniem, że jego solowa kariera nie dorównała The Beatles (tak jakby mogła, tak jakby ktokolwiek kiedykolwiek tego dokonał lub miał dokonać). Ta lekko lekceważąca postawa jest bardziej powszechna w Brytanii niż w Ameryce czy gdziekolwiek indziej, ale gdziekolwiek się z nią stykam, doprowadza mnie ona do lekkiego szału. W każdym razie na tyle dużego, by napisać ten tekst.

 

Więcej czyli 60 dalszych powodów:  tutaj

 

Najlepsza książka o The Beatles. Czy John kochał Paula ?

 

 

W grudniowym poście (tutaj) napisałem o dwóch książkach, które idealnie nadawały się na gwiazdkowy prezent dla czytelników mojego bloga i fanów The Beatles. Pierwszą z nich opisuję w dzisiejszym wpisie. Drugą – tę o Yoko Ono – zacząłem czytać wczoraj wieczorem i już po kilkunastu stronach wiem, że jest znakomita. Jej autorem jest David Sheff, którego bliżej poznacie w nadchodzącym poście „WRZESIEŃ 1980”. To właśnie wtedy ten młody wówczas dziennikarz rozpoczął słynny wywiad z Johnem dla „Playboya”. David rozmawiał z Johnem i Yoko przez trzy miesiące, a ich znajomość przerodziła się w przyjaźń, która przetrwała do dziś. Owocem ich licznych wspólnych przedsięwzięć jest właśnie ta książka. Ale dzisiaj skupiamy się na tej pierwszej pozycji, którą polecałem Wam w grudniu 2025 roku.W grudniowym poście (tutaj) napisałem o dwóch książkach, idealnie pasujących na Gwiazdkowy Prezent dla Czytelników mego bloga czy ogólnie fanów The Beatles. 
  Pierwszą zamierzam opisać w dzisiejszym poście, drugą, tę o Yoko Ono zacząłem wczoraj czytać i wiem już, po kilkunastu stronach, że to jest książka znakomita. Autorstwa Davida Sheffa, którego poznacie w poście WRZESIEŃ 1980, kiedy to ten młody wtedy dziennikarz rozpocznie wywiad z Johnem dla czasopisma 'Playboy'.  David będzie rozmawiał z Johnem i Yoko przez trzy miesiące, ostatecznie jego wtedy rozpoczęta przyjaźń z Yoko przetrwała do dzisiaj, czego owocem, między innymi, bo wspólnych przedsięwzięć David i Yoko mieli mnóstwo, jest właśnie książka o Yoko Ono.  Ale dzisiaj  publikuję post o tej  pierwszej z dwóch polecanych przeze mnie w grudniu 2025.
 


Czy John kochał Paula? Zostawiam taki tytuł, choć chciałem początkowo by brzmiał: Czy John był zakochany w Paulu?  To pytanie nie jest próbą szukania taniej sensacji ani chwytliwym nagłówkiem mającym nabijać „kliki”. To fundamentalne pytanie o naturę najbardziej wpływowego duetu w historii muzyki, które Ian Leslie stawia w swojej rewelacyjnej  - dal mnie - książce "John & Paul: A Love Story in Songs".  
Jako ktoś, kto przy tworzeniu bloga o Fab Four przestudiował niemal wszystko – od fundamentalnych biografii P. Normana, I. MacDonalda, K. Badhama, M. Lewisohna, P. Doggertta czy Huntera  Davisa (pierwszego autora oficjalnej biografii zespołu)), przez gigantyczne archiwum Lewisohna i Beatles Bible, aż po oficjalne portale Apple Records, The Beatles, poszczególnych członków zespołu i setki (w tym członków rodzin i przyjaciół Beatlesów) innych  i wnikliwe analizy krytyków rozbijających każdą strukturę muzyczną na czynniki pierwsze – myślałem, że źródło wiedzy o nich już dawno wyschło. Leslie udowodnił mi, jak bardzo się myliłem. Ja się przekonacie do takiego wniosku doszedłem nie tylko ja... 
 

Istnieje kilka powodów, dla których tak bardzo mylimy się co do Lennona i McCartneya. Jednym z nich jest to, że wciąż trudno nam myśleć o intymnych męskich przyjaźniach. Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że mężczyźni mogą być dobrymi przyjaciółmi albo zaciętymi rywalami – a czasem jednym i drugim. Jesteśmy też dziś oswojeni z ideą miłości homoseksualnej. Gubi nas jednak relacja, która nie jest seksualna, lecz romantyczna: przyjaźń, mająca komponent erotyczny lub fizyczny, ale nieobejmująca seksu. Nasi przodkowie rozumieli to lepiej. W Uczcie Platona Arystofanes opisuje, jak para przyjaciół może być sobie »miła, bliska i kochana«. Mimo to »nie umieliby nawet powiedzieć, czego jedno chce od drugiego. Bo chyba nikt nie przypuści, żeby to tylko rozkosze wspólne sprawiały, że im tak dziwnie dobrze być. [...] Ich obojga dusze, widocznie, czegoś innego pragną, czego nie umieją w słowa ubrać«.

W szesnastym wieku Michel de Montaigne pisał o swojej przyjaźni z Étienne’em de La Boétie: »W przyjaźni, o której mówię, dusze mieszają się i stapiają jedna w drugiej tak zwartym spoiwem, że śladu nie zostaje po szwie, który by je łączył«. Zapytany, dlaczego go kochał, Montaigne odpowiedział słynnym: »Bo to był on; bo to byłem ja«. W przypadku Beatlesów moglibyśmy powiedzieć: »Bo to był John; bo to był Paul«.

Przez krótki czas, dzięki swojej muzyce, ci dwaj mężczyźni dzielili się tą miłością z całym światem. Sam McCartney w 1981 roku wyznał jednak z pewnym żalem: »Teraz sobie uświadamiam, że nigdy nie dotarliśmy do dna naszych dusz«.”

 
Więcej TUTAJ 

 

Wracamy do taśm DECCA: Przesłuchanie The Beatles w Decca: Bezcenna lekcja porażki

 

 


 


Dzisiaj chyba ostatni już, pełny, kompletny post o słynnych taśmach Decca, pierwszym studyjnym przesłuchaniu przyszłych Fab Four, choć w tym przypadku Fab Three, bo jeszcze z Wielką Trójką grał Peter Best. Post ten miałem opublikować na początku bieżącego roku,równo ponad 64 lat od tego wydarzenia, ale co jakiś czas tekst był edytowany. Dlaczego znowu wracam do tego ?  Otóż, pamiętam jak wiele lat temu w kuluarach wielkiego biznesu, także wśród znajomych jako ciekawy fakt poruszany w rozmowach przy piwie, mówiło się o trzech największych pomyłkach, które zmieniły bieg historii. Dziś pewnie listę tę można by wydłużyć w nieskończoność, ale przygotowując dla Was kolejny, jeszcze bardziej dopracowany materiał o słynnym przesłuchaniu przyszłych Beatlesów dla Decca Records, przypomniałem sobie właśnie o tych trzech „wielkich pudłach”.

Zanim przejdziemy do meritum (tutaj znajdziecie dwa linki do moich poprzednich wpisów o tym wydarzeniu: [1 , 2), przypomnijmy sobie te momenty, w których potężni gracze powiedzieli „nie” fortunie:

  1. Błąd giganta IBM: Oddanie pola (oraz kontraktu) zewnętrznej firmie na napisanie systemu operacyjnego dla ich nowych komputerów. Tak narodził się potwór o nazwie Microsoft. Bill Gates, prowadzący wtedy małą, niemal garażową firemkę, napisał na zamówienie BASIC-a, dostał potężny zastrzyk tlenu i otwarte zaproszenie do świata Wielkiego Biznesu, z którego już nigdy nie wyszedł.

  2. Polityka Apple vs. IBM: Apple popełniło błąd zamykając swoją architekturę i zabraniając klonowania swoich maszyn. IBM zrobił odwrotnie – udostępnił standard, co wywołało w latach 70. i 80. gigantyczny boom na komputery „kompatybilne z IBM”. To na tym masowym rynku zarabiało się miliony, podczas gdy Apple, mimo posiadania lepszego sprzętu, zostało w swojej niszowej złotej klatce.

  3. Historyczne „NIE” dla Liverpoolu: Odrzucenie przez Decca Records nieznanego nikomu zespołu z Liverpoolu. Przez tę jedną decyzję koło nosa przeszły im miliardy dolarów i nieśmiertelna sława. Co ciekawe, firma wyciągnęła lekcję z tej bolesnej porażki – drugi raz nie popełnili już tego błędu, podpisując kontrakt z The Rolling Stones.

A jak wyglądały kulisy tej trzeciej, muzycznej pomyłki? Zapraszam do lektury, znowu tekst pióra Colina Fleminga, cytowanego już na moim blogu. Colin to amerykański pisarz i dziennikarz  muzyczny, specjalizujący się w klasyce rocka, w tym The Beatles. Cały tekst nie jest dokładnie kopią tekstu Fleminga, ale został przez mnie prze edytowany oraz uzupełniony dodatkowymi wstawkami. Tekst ilustruję clipami wszystkich piosenek z tej sesji. Miłej lektury.

Poniżej filmik AI w jakiś sposób obrazujący tamte wydarzenie. 

 



 
W życiu naszym jako odbiorcy muzyki bywają chwile, gdy życzyłby sobie, aby konkretne nagranie okazało się „Graalem na widoku”. To znaczy: albumem, sesją lub koncertem, który jest łatwo dostępny i może okazać się skarbem kunsztu artystycznego, który większość ludzi jakimś cudem przeoczyła lub nie doceniła.

The Beatles mają kilka nagrań typu „Graal na widoku”, ale jest jedno szczególne, do którego nawet wieloletni fan Beatlesów skłonny jest wracać raz po raz, mając nadzieję, że uderzy go ono w sposób, w jaki prawdopodobnie nie uderzyło wcześniej. Tym nagraniem jest słynna – lub niesławna – taśma z przesłuchania, którą zespół zarejestrował dla Decca Records w pierwszy dzień 1962 roku, ostatniego roku Beatlesów przed zdobyciem sławy. Czytając ich historię, można odnieść wrażenie, że ci czterej mężczyźni wiele wycierpieli i włożyli ogromny wysiłek, zanim nastąpił przełom, ale mówimy tu tylko o kilku latach – trudno nazwać to odyseją w poszukiwaniu sukcesu, jakiej doświadczył choćby Van Gogh, którego przełom nastąpił dopiero po tym, jak przeniósł płótno i pędzel na inny poziom astralny. 

                                                                            Hello, Little Girl

Jednak w społeczeństwie, w którym ludzie często poddają się bardzo szybko – jeśli w ogóle kiedykolwiek naprawdę zaczęli – chyba że dostaną to, co ich zdaniem im się należy, próba zdobycia kontraktu płytowego przez Beatlesów może rezonować jako gigantyczna walka. Nie możemy dać się zwieść przez obniżające się standardy dotyczące wytrwałości. Beatlesi mieli po swojej stronie wiele czynników w początkowych fazach, ale w kwestii profesjonalnego startu nic nie było ważniejsze niż wyczucie czasu.

Money, That's What I Want
 
Czy Beatlesi byliby kiedykolwiek kimś, gdyby byli jedynym zespołem gitarowym w Wielkiej Brytanii, nawet gdyby mieli gotowy swój najlepszy materiał? Beatlesom pomogła fala zespołów gotowych do boju wraz z nimi. Były tam grupy o wszelkich upodobaniach i umiejętnościach. Prawdziwa „beatowa armia” była na miejscu, a bycie zespołem w tych znacznych szeregach oznaczało, że istniała wielka szansa na otrzymanie swojej szansy. To, co z nią zrobiłeś, zależało od wielu czynników – talentu, pisania piosenek, wizji, szczęścia, wsparcia. Beatlesi mieli wszystkie pięć, choć przypuszczalnie pierwsze trzy by wystarczyły.
 
Till There Was You

Taśma Decca jest zazwyczaj jednym z pierwszych niewydanych nagrań Beatlesów, które fani prawdopodobnie usłyszą lub nabędą. Są one kamieniem węgielnym kompletnej kolekcji Beatlesów i niezbędne do zrozumienia, w jakim miejscu znajdował się zespół w kluczowym okresie swojego wzrostu. Gdyby Beatlesi nie zrobili dużej części tego, co zrobili w 1962 roku – zaczynając od przesłuchania w Decca – i nie podjęli pewnych decyzji oraz korekt po drodze, to reszta tego, co uważamy za nieuchronnie „beatlesowskie”, nie wydarzyłaby się. A przynajmniej nie tak, jak się wydarzyła. 

The Sheik of Araby
 
1 stycznia 1962 roku Paul McCartney był basistą Beatlesów od pół roku, przejmując tę funkcję po tym, jak Stuart Sutcliffe został w Niemczech po ostatniej rezydencji zespołu na Reeperbahn. Pete Best jest perkusistą. Brian Epstein jest menedżerem. W połowie grudnia poprzedniego roku człowiek od A&R w Decca, Mike Smith, uczestniczył w koncercie Beatlesów w Cavern. Ich nadzieją było, że zaoferuje im kontrakt płytowy na podstawie ich występu, ale Smith nie był do końca przekonany. To nie wróżyło dobrze Beatlesom – dawanie ognia w Cavern było ich domeną, miejscem, gdzie czuli się swobodnie, mieli wsparcie i którego akustyka pomagała ukryć to, co lepiej było zostawić ukryte. Beatlesi byli aktem energetycznym. Przeniesienie energii, którą zespół ma na scenie, na porównywalną energię w studiu zajmuje trochę czasu, a Beatlesi jeszcze jej nie mieli.

 

To Know Her Is to Love Her 

Kwartet został zaproszony do studiów Decca w Londynie w Nowy Rok, gdzie mieli zostać sprawdzeni, a władze miały zobaczyć, jak sprawy stoją. Tłocząc się w furgonetce Neila Aspinalla w ten ważny, śnieżny zimowy poranek – podczas gdy Epstein podróżował pociągiem, bo nie zamierzał gnieść się z ciałami i instrumentami – grupa ledwo dotarła z Liverpoolu na czas na spotkanie o 11:00 rano. Mimo to, można o nich powiedzieć więcej niż o Smithie, który spóźnił się po nocy robienia tego, co większość ludzi robi w Sylwestra. Gorzej było, gdy Smith powiedział grupie, że ich sprzęt nie spełnia standardów i polecił im użyć sprzętu Decca.  
Zanim Decca powiadomiła Epsteina o terminie przesłuchania jego zespołu to w międzyczasie Decca przeprowadziła przesłuchanie Briana Poole'a i Tremeloes z Londynu.
Smith skonsultował się z Dickiem Rowe, przedstawicielem Decca ds. A&R, i ostatecznie zdecydowano, że podpisanie kontraktu z lokalnym zespołem zapewni niższe koszty podróży. Jak wiemy Beatlesi odpadli, a Brian Poole i Tremeloes zostali.
 
Dick Rowe (na zdjęciu): Powiedziałem Mike'owi, że będzie musiał wybrać między nimi. To od niego zależało – The Beatles czy Brian Poole i Tremeloes. Powiedział: »Oba są dobre, ale jeden to lokalny zespół, a drugi pochodzi z Liverpoolu«. Zdecydowaliśmy, że lepiej będzie wybrać lokalny zespół. Łatwiej będzie nam z nimi współpracować i utrzymywać bliższy kontakt, ponieważ przyjechali z Dagenham.
 
 

Take Good Care of My Baby
  •  więcej: czytaj post z bloga o The Beatles (tutaj)

Historia The Beatles
History of  THE BEATLES

 





 

Rewelacyjny serial - Biuro Szpiegów (Le Bureau des Légendes)

 

 

Francuskie seriale zawsze gwarantowały wysoką jakość, ten który polecam Wam w tym poście jest po prostu znakomity, choć jestem dopiero pod koniec drugiego sezonu a pozostałe z pięciu mogą już nie trzymać tak wysokiego poziomu. Niemniej tych kilkanaście odcinków dwóch pierwszych sezonów całkowicie mnie w ciągu ostatnich dwóch tygodni pochłonęły. Dwóch tygodni, bo niestety nie oglądam serialu codziennie, choć każdy odcinek kończy się tak, że trudno nie włączyć następnego. Tytułowe Biuro Szpiegów to Generalna Dyrekcja Bezpieczeństwa Zewnętrznego (Direction générale de la Sécurite)czyli francuski wywiad, odpowiednik amerykańskiej CIA. Szpiedzy różnych państw, skomplikowane romanse, akcja przeskakuje z terenu Francji do Iranu, Syrii, dokładnie pokazane techniki wywiadowcze, terenowe, cyfrowe - mógłbym wymieniać i wymieniać. Znakomita obsada, naprawdę, szczególnie gra Mathiesu Kassovitza. Oszczędna, minimalna, hm... szpiegowska? :) Do serialu podchodziłem ostrożnie, choć opinie o nim były więcej niż zachęcające. Obsada francuskich aktorów, bez znanych mi  twarzy (niestety, kino francuskie znałem dobrze za czasów Delona i Belmondo) nastrajała mnie pod dwóch pierwszych odcinkach średnio, bez euforii, ale jak akcja nabrała tempa (choć tak naprawdę rwała do przodu od pierwszych ujęć) to już całkowicie w serial "wsiąkłem".
 
 Początkowo uważałem jego dość wolne tempo, wnikliwą charakterystykę postaci, mnogość wątków za wadę, ale myliłem się. W tym serialu jest wszystko na swoim miejscu. Z klasycznego, najczęściej rozgrywającego się w pomieszczeniach kryminału serial tam gdzie trzeba zmienia się w prawdziwe kino akcji, choć w takim porządnym stylu, całkowicie innego od tych hitów amerykańskich gdzie bohater zmiata wszystkich wrogów po drodze samemu będąc nietykalnym. Wrażenie na widzu musi robić staranność ukazywania szczegółów technik komputerowych, a w okresie naszej sfery z Pegasusem szczególnie na nas w Polsce. Serial także bardzo obiektywnie pokazuje bezwzględność tej pracy, brak skrupułów, oszukiwanie, prowadzenie podwójnych gier, wewnętrzne rozgrywki, nieufność graniczącą czasem z paranoją, cóż, wszystko w słusznej niby sprawie. Polecam! Serial sprzed kilku lat, swego czasu emitowany na Canal +, ja miałem to szczęście, że przyjaciel zachował go w swoich archiwach, choć dopiero teraz mi go zaoferował.  Możliwe, że jest u nas do kupienia komplet na DVD, jeśli nie to zapewne przez różne zagraniczne księgarnie wysyłkowe.
 


 
 Trailery: Angielski i francuski
 
 


Mathieu Kassovitz

*****