SHE LOVES YOU - Zwariowana sesja The Beatles

Może ten tekst zaciekawi Ciebie moim blogiem o The Beatles. Więcej tutaj.

A o samej, szalonej jak się zorientujecie,  sesji nagraniowej "She Loves You" i rodzącej się Beatlemanii pięknie opisuje Geoff Emerick w często cytowanej przeze mnie na łamach blogu swojej książce, "Here, There And Everywhere. My Life Recording The Music Of The Beatles". 
GEOFF EMERICK: Wczesną wiosną 1963 r. The Beatlesi byli bez wątpienia najlepszym zespół w Anglii, mając singiel na szczycie listy przebojów („Please Please Me”) oraz z debiutanckim albumem, z którego muzyka dominowała na falach radiowych. Chociaż mieli stać się jeszcze więksi - więksi w rzeczywistości, niż ktokolwiek przypuszczał, że jest to możliwe, to prawdopodobnie żadna sesja nie podkreśliła bardziej ich popularności niż ta, w której rozpętało się piekło: dzień, w którym nagrali „She Loves You”.
Z powodu swojego napiętego koncertowego harmonogramu, Beatlesów nie było już w studiu od kilku miesięcy, stąd moje zaskoczenie kiedy znalazłem ich nazwiska na zamówieniu o studio na początek lipca... a jeszcze większe, kiedy zobaczyłem swoje nazwisko jako asystenta sesji, zamiast Richarda [Langhama]. Zamówienie było na podwójną sesję - popołudniową oraz wieczorną - byłem zachwycony. Nie tylko z powodu pracy z nimi, ale dodatkowego bonusa, jakie stanowiło wynagrodzenie za nadgodziny, tak wtedy mi bardzo potrzebne. Tak szybko jak tylko mogłem udałem się do Studia nr 2. Z jakiegoś powodu pachniało woskiem (nawoskowane co poniedziałek podłogi), co przypominało mi zawsze zapach kościoła, lekko stęchły. Co niezwykłe, kontrolka była zupełnie pusta. Nie było śladu po George'u Martinie czy Normanie Smith'u. Na dole Mal Evans zajęty był ustawianiem perkusji Ringo. Zszedłem i przywitałem się z nim ciepło, przedstawiając się drugiemu z roadie, którego widziałem już kilka razy, ale z którym nigdy nie rozmawiałem.

B.Epstein, G. Martin i G.Emerick
 Usłyszałem, "Neil Aspinall, poznaj Geoffa Emericka" zabuczał Mal. Pojawił się Neil i uścisnęliśmy sobie dłonie. Spytałem go, gdzie są Beatlesi, a on odparł, " Chłopcy są na zewnątrz i mają sesję zdjęciową... o ile fani ich nie rozerwali na strzępy". Zaczęli razem chichotać. "Przypuszczam, że twój generał i jego prawa ręka są także tam na zewnątrz", powiedział Mal, mając na myśli George'a i Normana. Kilka minut później drzwi studia się otworzyły i wpadło przez nie czterech Beatlesów, za nimi George i Norman, oraz świetnie ubrany dżentelmen, którego wcześniej nie spotkałem. Wszyscy byli bardzo podekscytowani a z zewnątrz dobiegały entuzjastyczne rozmowy fanów. John Lennon zażartował coś o "barbarzyńcach u bram miasta", a McCartney i Harrison porównywali swoje odczucia odnośnie jakiejś osoby tam z zewnątrz, przesadnie przymilającej się im, zanim nie zareagowała ochrona.
Wszyscy byli tak zajęci, że zostałem prawie zignorowany; nawet George Martin i Norman nie przywitali się ze mną jak zwykle. Jedynym wyjątkiem okazał się dobrze ubrany mężczyzna, który podszedł do mnie z wyciągniętą ręką i przedstawił siebie jako Brian Epstein. Wcześniej dużo czytałem o ich tajemniczym menadżerze, ale nigdy nie spotkałem go w studio. Chociaż bardzo przyjazny, to wydał mi się trochę dziwnym. Był cichym człowiekiem, oczywiście z wyższych klas. Nie pojawiał się na wielu sesjach, ale był do mnie zawsze grzeczny, jakkolwiek zawsze miałem wrażenie, że Beatlesi nie lubili mieć go koło siebie. Po kilku minutach luźnych pogawędek, George Martin, Norman, Brian i ja udaliśmy się na górę do kontrolki by rozpocząć prace zaplanowane na ten dzień. Podczas gdy my, Norman i ja, zaczęliśmy testować mikrofony oraz sprzęt nagrywający, Brian i George rozpoczęli zaimprowizowaną rozmowę na temat porannej sesji zdjęciowej oraz planu sesji nagraniowej na następny miesiąc. W tym czasie, Brian miał swoją stajnię artystów, w tym Gerry and the Pacemakers czy Billy J. Kramera, którzy mieli podpisane kontrakty z Parlophone oraz byli produkowani przez George'a. We wczesnych dniach Beatlemanii, pod studiem siedziało zawsze około setki dziewcząt, mających nadzieję zobaczyć jedną lub więcej grup wsiadających lub wysiadających ze swoich samochodów. W jaki sposób dowiadywały się o tym, że w danym dniu przybędą Beatlesi pozostanie dla mnie do końca tajemnicą - ich sesje były zawsze rezerwowane pod pseudonimem, "The Dakotas" (jak ten zespół, akompaniujący Billy'emu J. Kramerowi), ale widocznie miały one jakąś swoją siatkę, bo pojawiały się na godzinę przez przybyciem zespołu do studia. Pomimo wielkości tłumu okupującego wejście do studia, przydzielano nam zawsze tylko czterech lub pięciu policjantów, co było wielkością, jak dla mnie, absurdalnie nieodpowiednią.
Tego dnia The Beatles, co było niecodzienne, pojawili się kilka godzin wcześniej przed sesją, by pozować do sesji zdjęciowej przed studiem, dając dziewczynom mnóstwo czasu by przywołać swoich przyjaciół, co jeszcze bardziej powiększyło tłum niż miało miejsce zazwyczaj. Fanki wspinały się wokół studia by tylko ich zobaczyć, a oni uśmiechali się, machali do nich, pozdrawiali, dodając paliwa do ognia. To było zarzewie eksplozji, która miała niebawem wystąpić. Wszystko zaczęło się dość niewinnie. Gdy John, Paul i George dostrajali sie w studio, Norman Smith zauważył, że mikrofon wzmacniacza basu zniekształcał, więc poprosił mnie bym zszedł na dół i odsunął go o kilka cali. Kątem oka zauważyłem, że Mal z Neilem wyszli ze studia, bez wątpienia udając się do kantyny po niekończący się strumiem filiżanek herbaty dla muzyków. Jednak tego dnia nie oddalali się na dłużej. "FANI!" Bez wątpienia ten buczący okrzyk należał do Wielkiego Mala, za którym biegł zdyszany Neil. Beatlesi przerwali swoje czynności a zdenerwowany Lennon zawołał: "Co do diabła, o czym mówisz?" Nim Mal zdążył odpowiedzieć drzwi do studia się otworzyły i wpadła przez nie nastolatka, kierując się na oszołomionego, pochylonego nad perkusją Ringo. Neil, instynktownie, w stylu futbolisty amerykańskiego, rzucił się na nią i zdążył ją złapać chwilę wcześniej. Wszystko to rozgrywało się jak w zwolnionym tempie tuż przed moimi oczami. Kiedy Mal wypychał szlochającą dziewczynę za drzwi, Neil złapał oddech i przekazał nowinę: w jakiś sposób ogromny tłum przełamał policyjną barierę na zewnątrz przed wejściowymi drzwiami do studia. Stołówka była pełna wrzeszczących fanek, tuziny innych biegały po wszystkich pomieszczeniach studia EMI w poszukiwania Wspaniałej Czwórki. Neil krzyczał, że na zewnątrz panuje istne szaleństwo. "Musicie to zoabczyć, inaczej nie uwierzycie". Stałem skamieniały w miejscu, nie bardzo wiedząc co mam robić. Mogłem dostrzec kontrolkę, w której widziałem patrzących na dół zatroskanych Briana, George'a i Normana.
Brian zszedł na dół pierwszy. Powtarzał w kółko, "Ojej, ojej", wykręcając w zatroskaniu ręce. Norman był tuż za nim, krzyczał do mnie, "Geoff, wezwij przez interkom ochronę". Z dołu dobiegał do mnie odbijający się od ścian nerwowy śmiech Johna Lennona. Jak się okazało, nie było potrzeby wzywania ochrony, gdyż ta - on - już była na miejscu. On czyli John Skinner był już tam i stał z opadniętą szczęką, patrząc na pusty pokój kontrolki. Zdenerwowany spytał mnie czy wszystko w porządku. Odparłem, że wszyscy jesteśmy w jednym kawałku i czekam na wieści co dalej. Powiedział, by zabarykadować drzwi, dopóki się wszystkich nie usunie... i ruszył na front walki. Ciekaw byłem o co tyle zamieszania i wystawiłem głowę na zewnątrz. To, co zobaczyłem, zadziwiło mnie, zaskoczyło i przestraszyło… ale także zmusiło do wybuchnięcia śmiechem. To był niewiarygodny widok, prosto z Keystone Kops [slapstickowa komedia z początku kina]: dziesiątki histerycznych, krzyczących dziewcząt pędzących po korytarzach, ściganych przez garstkę zdyszanych, oblężonych policjantów. Za każdym razem, gdy ktoś doganiał jakąś fankę, pojawiały się kolejne dwie lub trzy biegnące obok, piszczące ile sił w płucach. Biedacy nie wiedzieli, czy puścić tą szaloną, z którym akurat walczył, i iść pomóc innym, czy też trzymać ją jak ptaka w ręku. Gdy wędrowałem korytarzem, mogłem zobaczyć takie sceny wszędzie. Drzwi się otwierały i zatrzaskiwały, przerażeni pracownicy, ciąganie się za włosy 9 a może to Beatlesi w przebraniu), każdy biegła w jakąś stronę z ogromną prędkością.
Fani wyrwali się całkowicie spod kontroli - Bóg jeden wie, co by się stało, gdy w ich ręce wpadł któryś z Beatlesów. Ponura determinacja na ich twarzach, przerywana zwierzęcymi wrzaskami, wszystko to sprawiało, że sytuacja stawała się co najmniej dziwaczna. Wróciłem do studia, które wydawało się całkiem spokojne, jak oko cyklonu, wszystko wydawało się tutaj pod kontrolą. Neil zdecydował udać się na zwiad, w drzwiach stanął z założonymi rękoma ponury Mal, który przypominał mi strażnika stojącego przed pałacem Buckingham. Ringo, wciąż wstrząśnięty, stał za stołkiem przy perkusji, za to John, Paul i George Harrison zaczęli wariować, chichotać i wygłupiać się, naśladując biednych fanów rzucających się na nich ze swoimi dziwnymi minami. George Martin, z początku także trochę zdenerwowany, odzyskał swoje spokojne usposobienie i z dużą dozą formalności, ogłosił, że żarty się skończyły i czas rozpocząć sesję.
Nieco spokojniejszy Brian pożegnał się ze wszystkim, w tym ze mną i nieśmiało opuścił pomieszczenie; byłem trochę zaskoczony, że nie poprosił Mala by go odprowadził. Neil zaś przez cały dzień wpadał do studia i zdawał nam relację o stanie oblężenia studia przez fanów. Nie ma wątpliwości, że wydarzenia tego popołudnia pomogły zespołowi wspiąć się na jeszcze wyższy poziom energii. "She Loves You" była fantastyczną piosenką, z mocnym rytmem i szałowym odjazdem - razem z Normanem natychmiast wiedzieliśmy, że to będzie murowany przebój - i na pewno wcześniej nigdy nie słyszałem takiej intensywności w ich śpiewie i grze.
Szerze mówiąc rzadko takie coś słyszałem. Nadal uważam, że ten singiel jest jednym z najbardziej ekscytujących nagrań w całej karierze The Beatles. Oczywistym jest, że Norman Smith miał także bardzo dużo wspólnego z jakością nagrania. Najwyraźniej dużo myślał wcześniej o tym, jak jeszcze poprawić jakość nagrań The Beatles i na tej sesji dokonał dwóch znaczących zmian. Po pierwsze, korzystając z urządzenia elektronicznego zwanego „kompresorem”, postanowił zmniejszyć zakres dynamiki, - różnicę między najgłośniejszymi oraz najcichszymi sygnałami - bas i bębny niezależnie od siebie; w przeszłości były one ściśnięte razem, ponieważ tworzyły sciężkę sekcji rytmicznej. Drugą zmianą było to, że zdecydował, że nad zestawem perkusyjnym będzie zawieszopn y dodatkowy mikrofon - tzw. "górny". Rezultat był taki, że rytm był bardziej wyraźny, napędzający; bas i perkusja wyraźniejsze i bardziej "widoczne" niż na poprzednich nagraniach Beatlesów. W połączeniu z nową pewnością siebie zespołu i jego bardziej intensywną grą (jestem pewien, że dzięki przypływowi w tym akurat dniu adrenaliny i zwiększonego testosteronu) stanowiło wisieńkę na torcie. Gdy grupa przesłuchiwała kilka pierwszych podejść, zapamiętałem, jak chwalili Norman za wspaniałe brzmienie perkusji. Norman odwrócił się do mnie, mrugnął okiem znacząco i powiedział: "ten stary pies ma jeszcze kilka sztuczek w zanadrzu". To było coś co można było powiedzieć równemu sobie a nie podwładnemu. Zapamiętałem to i zostało to ze mną długo potem. Po raz pierwszy poczułem się częścią teamu.
Nagranie podstawowej ścieżki rytmicznej nie zajęło Beatlesom zbyt wiele podejść, także swoje wokale John, Paul i George nałożyli dość szybko. Ogromne wrażenie robiła na mnie harmonia trójki i pokochałem niezwykłość finalnego akordu w stylu Glenna Millera, pomimo poważnych na jego temat wątpliwości George'a Martina. Podczas przesłuchiwania nagrania na górze w kontrolce, cała czwórka The Beatles była rozpromieniona, zaś Norman był jeszcze bardziej podekscytowany niż zazwyczaj. Nigdy go takiego nie widziałem wcześniej. Wprost tańczył naokoło konsoli.

George Martin patrzył na wszystko z tyłu i widać było, że jest dumny z nagrania. "Dobra robota panowie" powiedział nam wszystkim, ale widać było, że jemu także udziela się podniecenia. Każdy z nas, zgromadzonych wtedy w tym pomieszczeniu był pewien, że "She Loves You" będzie większym hitem niż "Please Please Me" i jak się okazało mieliśmy rację. Wystrzeliło wprost na szczyt list i okazało się najszybciej sprzedającym się singlem i oczywiście sprzedało się w milionach egzemplarzy, gdy wreszcie dotarło do Ameryki w 1964.
  Wreszcie przyszedł czas na wieczorną przerwę. Podczas poprzednich przerw Beatlesi udawali się do stołówki na filiżankę herbaty i kanapki, ale tym razem, ostrzeżeni przez Neila zrezygnowali z tego. W pewnym momencie głodny i spragniony John wyrwał się sam, ale szybko wrócił, mówiąc: "Nie warto, to po prostu szaleńcy". Zamiast tego wyprawiono Mala, by przyniósł coś do jedzenia na wynos z zewnątrz. Od tego czasu Beatlesi przestali już tam jeść, prosili by Mal przynosił im kanapki i picie. Z czasem Mal z Neilem w rogu studia zorganizowali coś na kształ małej prywatnej stołówki. Mieli tam elektryczny czajnik, mogli robić sobie herbatę, kanapki z dżemem. Na wiele sposobów sesja "She Loves You" [także "I'll Get You"] była punktem zwrotnym w karierze zespołu. Od tego czasu stali się więźniami studia, utracili wolność poruszania się po pomieszczeniach EMI. Zostali wirtualnymi więźniami Abbey Road.
Wieczorna sesja odbywała się na kilka sposobów. Do tego czasu większość fanów zdążyła się już rozejść i podniecenie minęło, i nagrywaliśmy piosenkę - I'll Get You" - nie tak dobrą jak "She Loves You". Rzeczywistym jej przeznaczeniem była druga strona singla. B. Niemniej sesja zajęła trochę czasu, było już kilka godzin po terminie i trochę się niepokoiłem jak dostanę się do domu, jednakże George mnie zapewnił, że dzięki uprzejmości EMI, bez względu na termin zakończenia sesji będzie dla mnie zamówiony samochód. Spodziewałem się zwykłego sedana, ale studio podpisało kontrakt z właścicielem floty luksusuowych samochodów, takich jak Humber i inne. To było pierwszy raz, kiedy jechałem takim samochodem. Dodatkowy bonus dla mnie. Gdy przyjechałem do domu, moi rodzice już dawno spali, ale pamiętam, że byłem ciekaw, jakie wrażenie zrobię na nich, gdy podjadę pod dom takim luksusowym samochodem. Co ciekawe, przezs te wszystkie lata, gdy z nimi pracowałem, bez względu na to jak późno kończyła się sesja, nigdy żaden z Beatlesów nie zaproponował mi podwiezienia. Nigdy nie zaproponowano mi podwiezienia przez Mala czy Neila - wydawało się, że nigdy coś takiego nie przyszło im do głowy. Gdy sesja się przedłużała, i nie miałem jak dostać się do domu, to podwiezienie mnie często oferował Norman.
Kilka dni po tej pamiętnej sesji, George, Norman i ja zebraliśmy się by zrobić finalną edycje oraz zmiksować "She Loves You" oraz "I'll Get You" - żaden z Beatlesów nie było obecny ponieważ w tamtych czasach artyści nie brali udziału w sesjach miksowania. Oznaczało to, że po raz pierwszy widziałem całą "drogę" piosenki The Beatles, od nagrywania podkładu do zakończenia nagrywania, i kilka miesięcy potem, kiedy słyszałem piosenkę graną w radiu, uśmiechałem się do siebie od ucha do ucha. 

1 komentarz: