64 powody by zachwycać się Paulem McCartney'em

 

   

Dzisiaj przeczytacie naprawdę przepiękny tekst. Bardzo powiązany z poprzednim. Obszerny, ale zdecydowałem się go nie dzielić. W segmencie „Podziękowania” książki „John & Paul. The Beatles i muzyczne Love story” (post o niej tutaj) Ian pisze: Ta książka zaczęła się rodzić podczas lockdownów w 2020 roku, kiedy w swoim newsletterze opublikowałem liczący 10 000 słów esej „64 powody, by zachwycać się Paulem McCartneyem” z podtytułem: Po tylu latach wciąż jest niedoceniany. Nie oczekiwałem, że przeczyta go dużo osób – po prostu odczuwałem potrzebę napisania tego tekstu i to uczyniłem. A jednak przeczytało go mnóstwo ludzi. Zaskoczony skalą i intensywnością reakcji, zacząłem się zastanawiać, czy mógłbym napisać całą książkę o zespole, który kocham od dzieciństwa...   

Dzisiaj wiemy, że książkę Ian napisał. Genialną, choć o tym jeszcze na końcu. W poście zachęcającym do jej przeczytania zasugerowałem, że niebawem pojawi się tutaj wspomniany artykuł pisarza o Paulu i dzisiaj spełniam tę obietnicę. Pełny oryginalny tekst tutaj: https://www.ian-leslie.com/p/64-reasons-to-celebrate-paul-mccartney.  Oryginalny tytuł zawiera słowo „celebrate”, które można dosłownie przetłumaczyć jako „celebrować”, ale wydaje mi się, że „zachwycać się” oddaje bardziej jego sens w tym kontekście. No i wrócę jeszcze do oceny książki Iana. Dla mnie naprawdę porywającej, ale muszę podzielić się tutaj – jeszcze przed Waszym przeczytaniem poniższego tekstu – jakie zdanie na temat Lesliego ma Mark Lewisohn. To najbardziej znany, renomowany badacz The Beatles, współpracujący niegdyś z Paulem i George'em, autor najwybitniejszych książek o zespole. Mark opisuje historię niezwykle dokładnie, dzień po dniu, każdą sesję nagraniową. Jako jeden z nielicznych ma w swoich pracach badawczych dostęp do archiwów sesji nagraniowych – żeby tylko tak zakończyć jego opis. Mark Lewisohn jest znany z tego, że potrafi być bezlitosny dla autorów, którzy przedkładają „dobrą opowieść” nad twarde fakty. W czasie spotkań i w podcastach (m.in. „Fans On The Run”) Mark ocenił to, co i jak pisze o Fab Four Ian Leslie. Lewisohn odnosił się do sposobu, w jaki Leslie konstruuje narrację. Głównym zarzutem był tzw. „cherry-picking”, czyli wybieranie wisienek z ciasta. Lewisohn wprost zarzucił Lesliemu, że bierze tylko te cytaty i wydarzenia, które potwierdzają jego tezę o geniuszu zespołu, ignorując momenty, które pokazują ich w mniej korzystnym świetle lub po prostu przeczą logicznej spójności tekstu. Lewisohn stwierdził, że Leslie jest świetnym pisarzem, ale „niedbałym historykiem”, ponieważ buduje mitologię, zamiast trzymać się faktów. Trzeba pamiętać, że Lewisohn to człowiek, który potrafi poświęcić miesiąc na ustalenie, czy danego dnia padał deszcz, zanim napisze o tym jedno zdanie w swojej biografii „Tune In”. Dla niego podejście Lesliego, które jest bardziej publicystyczne i emocjonalne, to „grzech kardynalny” historyka. 

  Mając to wszystko na uwadze zanurzcie się w esej Iana, doceniając warsztat i samą urodę tekstu. Nie wspominając o samym chwytliwym tytule i bohaterze tekstu. 

1. W 1956 roku, gdy Paul McCartney miał 14 lat, usiadł przy pianinie swojego taty i spróbował wymyślić własną piosenkę. Przez lata chłonął utwory z radia, telewizji, filmów i rodzinnego muzykowania. Pieśni ludowe, melodie z musicali, popowe hity, standardy jazzowe, numery z teatrzyków music-hall. Do tego dochodziły piosenki, których słuchał w bakelitowych słuchawkach: utwory docierające przez trzeszczące fale z pirackich radiostacji; piosenki Amerykanów, czarnych i białych; utwory z huczącym rytmem i dzikimi okrzykami, które sprawiały, że serce mu drżało, a krew śpiewała. Gdy zakochał się w rock n'rollu, nie wyrzekł się piosenek, na których się wychował – od samego początku chciał mieć to wszystko. Słyszał, jak jego tata gra własną melodię, taki popisowy numer na przyjęcia, i pomyślał, że sam też spróbuje. Dlaczego nie? Wkrótce stał się w tym całkiem dobry. Do jego wczesnych prób należał skoczny numer, napisany w wieku szesnastu lat, zatytułowany „When I’m Sixty-Four”.
 
 
 
2. Mamy koniec 2020 roku, ten dzieciak ma 78 lat i jest powszechnie uważany za człowieka, który stworzył więcej wspaniałych piosenek niż ktokolwiek inny z żyjących artystów. Właśnie wydaje nowy album, McCartney III, drugi w ciągu dwóch lat (poprzedni, Egypt Station z 2019 roku, dotarł do pierwszego miejsca listy Billboardu). McCartney III dopełnia trylogię obejmującą 50 lat – tak, McCartney jest byłym Beatlesem już od pół wieku – całkowicie samodzielnie wyprodukowanych i wykonanych albumów, z których każdy powstał w pierwszym roku danej dekady. Pierwszy, McCartney, powstał w 1970 roku, wstrząsany skutkami rozstania z The Beatles. McCartney II, przygoda z elektroniką, powstał w 1980 roku, gdy rozpadał się jego drugi zespół, Wings. McCartney III został nagrany w wymuszonej izolacji podczas lockdownu (niewielu jest muzyków, którzy w razie potrzeby potrafią tak łatwo obejść się bez współpracowników 


3. Być może to dobry moment, by zrobić krok w tył i lepiej przyjrzeć się czemuś zdumiewającemu: Paul McCartney pisze i wykonuje muzykę niemal nieprzerwanie od 1956 roku. To sześćdziesiąt cztery lata. Przez lwią część wieku tworzył piosenki, które ludzie śpiewają pod prysznicem i wykrzykują w samochodach; piosenki, przy których tańczą, biegają, gotują, całują się i biorą śluby; piosenki, które śpiewamy w tłumie; piosenki, przy których palimy zioło; piosenki, które śpiewamy z naszymi dziećmi; piosenki, które otulają nas, gdy mamy doła; piosenki, które wypełniają nas radością po brzegi. Jego najlepsze dokonania są bez wątpienia skumulowane na początku dzięki cudownemu przypadkowi, jakim był zespół The Beatles, ale perły są rozsiane w całej jego karierze, aż do dnia dzisiejszego. Pod względem czystej płodności twórczej nie przychodzi mi do głowy żaden inny autor piosenek, który mógłby mu dorównać, z wyjątkiem Boba Dylana. W historii jest bardzo niewielu artystów w jakiejkolwiek dziedzinie, którzy stworzyliby tak wiele dzieł na wysokim poziomie w tak długim przedziale czasu. 

4. Jego osiągnięcia są ogromne, historyczne i będą pamiętane przez wieki, jeśli w ogóle cokolwiek przetrwa próbę czasu. Mimo to istnieją ludzie, przynajmniej tutaj w Wielkiej Brytanii, którzy mówią o Paulu McCartneyu w taki sposób, w jaki mogliby mówić o celebrycie z branży rozrywkowej, który niegdyś prowadził teleturniej. Kiedy pojawia się jego nazwisko, zazwyczaj nie trzeba długo czekać, aż ktoś wspomni o „Frog Chorus” lub uraczy nas spostrzeżeniem, że jego solowa kariera nie dorównała The Beatles (tak jakby mogła, tak jakby ktokolwiek kiedykolwiek tego dokonał lub miał dokonać). Ta lekko lekceważąca postawa jest bardziej powszechna w Brytanii niż w Ameryce czy gdziekolwiek indziej, ale gdziekolwiek się z nią stykam, doprowadza mnie ona do lekkiego szału. W każdym razie na tyle dużego, by napisać ten tekst.

 

Więcej czyli 60 dalszych powodów:  tutaj

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz