Mateusz Damięcki - KICHNIĘCIE

 

 

 Wczoraj opublikowałem ponownie (jako aktualny) wiersz DZIĘKUJĘ aktora.  Pod wpływem marszów w całym kraju z hasłem ANI JEDNEJ WIECEJ i z dość chaotycznym moim tekstem, ale pisałem na smartfonie i chciałem jak najszybciej opublikować ten post. I jak się okazuje proroczo napisałem,  że Pan Mateusz z pewnością miałby sporo nowych tematów na kolejne zwrotki swego słynnego wiersza. Zrobił coś innego, napisał kolejny piękny przejmujący wiersz (umieścił go na swoich kontach   w social mediach), który publikuję, by nikomu nie umknął, choć widzę, że jest o nim już dzisiaj dość "głośno" w sieci. Pan Damięcki zadedykował go, zresztą na dole cały tekst wiersza i dedykacji. Ilustruję go rysunkiem jego siostry, Matyldy Damięckiej, która już od dłuższego czasu komentuje naszą polską rzeczywistość wymownymi grafikami. Przekaz płynący od rodzeństwa musi każdego ruszać, mnie tak. I wierzę, że i czytających ten blog, gdyż post z wierszem "Dziękuję" ma na moim blogu ponad kilkaset tysięcy odsłon. Wierzę, że będzie podobnie z tym, przypominając, że na żadnym z moich blogów nie zarabiam. Zdjęcie aktora WP.PL


Dedykuję te słowa tym, od których w Polsce wszystko zależy: Panu Prezydentowi R.P. Andrzejowi Dudzie, jego żonie, pierwszej damie Pani Agacie Kornhauser-Dudzie, ich córce, Pani Kindze Dudzie, Panu Prezesowi Rady Ministrów R.P. Mateuszowi Morawieckiemu i jego żonie, Pani Iwonie Morawieckiej. Ministrowi Mariuszowi Błaszczakowi i jego żonie, Pani Grażynie Błaszczak. Prymasowi Polski abp. Wojciechowi Polakowi. Ponadto wszystkim posłankom i posłom, senatorkom i senatorom. Ministrom i ministrom. Ich współmałżonkom, partnerkom, partnerom, ich pełnoletnim dzieciom.
Miłego czytania.
Mateusz Damięcki.
6 listopada 2021 r.
„Kichnięcie”

Stał w górce mokrych
liści po kolana
w tych ulubionych
niebieskich spodenkach
z liskiem na pupie.
Ramiona mu drżały
- od płaczu? - nie wiem
oczu nie pamiętam.

Lecz wiem na pewno -
to był on. blond włoski
sylwetka, sto pięć
centymetrów wzrostu
i lis na pupie, w ręku trzymał gałąź
nie klocki, które
zwykło trzymać dziecko

Nie mogłem podejść,
nie mogłem go objąć.

Niewidoczna bariera,
jakby na siłę zbliżać do siebie magnesy o tym samym biegunie.

Spytałem chłopca:
co tu robisz chłopcze?
On odpowiedział:
umieram ze strachu.

Nie mogłem pojąć,
jak dziecko w tym wieku
może być zdolne
do takiej refleksji.

Abstrakcyjnego
postrzegania życia.
Zwróciłem głowę
w przeciwnym kierunku.

Z gęstwiny lasu, pomimo ciemności, buczenia wiatru i bębniących kropel, 
ruch się wyłuskał,
coś jakby skradanie.
I coś błysnęło.
W lesie błyskać może
kieł wilka, piorun, szkło noktowizora.

Okazało się jednak, że to złoty koc. 
Szeleścił porwany na gałęzi ponurego drzewa.
Drzewo było martwe.
Podszedłem do drzewa. Zdjąłem z niego koc.
Odwróciłem się.
Ale chłopca już nie było.

Jakby nigdy tam nie stał.
Otworzyłem oczy.
Blond główka wtulona
pod moim ramieniem
miarowo opada
tuż na mojej piersi

I wznosi się w rytmie
bicia mego serca.
I nagłe lśnienie:
gdyby Pan Bóg jest
kichnął, kto inny śniłby
mój sen w moim łóżku.

Jakiś Afgańczyk,
Czeczen, lub Kubańczyk.
A w tamtym lesie
to ja bym przykrywał
termicznym kocem
małą, mokrą górkę
z pomarańczowych,
świeżo spadłych liści.
  

_____________________________________________

 A może zajrzysz tutaj: pomagam.pl/michalowopomaga
 

2 komentarze:

  1. Dziękuję za ten wpis. Popłakałam się przy czytaniu. Ania

    OdpowiedzUsuń
  2. Mocny i wzruszający. Fajny blog.

    OdpowiedzUsuń