GEORGE HARRISON - "Living In A Material World" DVD

reż. MARTIN SCORSESE

Mam już ta płytę. Od magicznego faceta, w prezencie. Kiedyś Piotr Metz w Trójce codziennie przez 5 dni w tygodniu prezentował swoistą antologię wszystkich piosenek Beatlesów, alfabetycznie, ilustrując każdy odcinek fragmentami wspomnień, opinii Beatlesów lub ludzi z najbliższego otoczenia zespołu (miał do dyspozycji archiwum BBC, stąd i późniejsze jego serie o Queen czy Led Zeppelin). Pewien ktoś o imieniu Łukasz codziennie to nagrywał i wrzucał do sieci by można było ściągnąć, odsłuchać np. przeoczone audycje. W ten sposób poznałem Łukasza (tylko wirtualnie, telefonicznie, mailowo) wielkiego fana zespołu i współautora moim zdaniem najlepszej strony o The Beatles w Polsce (jest ona w linkach do moich polecanych blogów). Nie korzystam nigdy co prawda z tej strony (czytam strony angielskie jak np. Biblię o zespole) ale strona Łukasza (pseudo : macho) i Joryka budzi podziw i robi wrażenie. Poznając Łukasza poprzez "bitelsowanie" otrzymałem od niego mnóstwo prezentów w postaci filmów na dvd o Fab 4, jak tylko mogłem próbowałem mu się zrewanżować, liczyliśmy obaj, że się poznamy na koncercie Ringa w Warszawie ale nie udało się. Kilka dni temu dostałem od niego film Martina Scorsese o George'u. Z powodu Euro 2012 udało mi się obejrzeć tylko płytę 1-szą i z opinią o tym filmie chciałem poczekać do końca, gdy zaliczę dwie pozostałe ale dzisiaj na Filmwebie spotkałem sie z dwiema opiniami na temat tego filmu - polemizującymi, ciekawie i mądrze napisanymi więc pozwolę je sobie tutaj zacytować. Osoba używającą pseudonimu "malgorzata" napisała:

Fragmenty z filmu - 1
Niestety - zamiast porządnego dokumentu Scorsese zaoferował nam mdłe wspominki przyjaciół i żon. Całe, obszerne (a czasem i kluczowe!) fragmenty z życia Harrisona zostały pominięte, muzyki też nie było tak dużo, jak powinno... Sacharyna sączy się z ekranu całymi strumieniami, zapewne dlatego, że nie zapytano o zdanie osób, które z Georgem miały związane nieco mniej przyjemne wspomnienia (tylko Yoko Ono rzuca mimochodem, że potrafił być "niemiły"). Narracja... jaka narracja? Wydarzenia w filmie przestawione są bez zachowania porządku chronologicznego, nie padają praktycznie żadne daty. Fani George'a i Beatlesów niczego nowego się nie dowiedzą (ani nie zobaczą zbyt wiele nowych materiałów!!!), ludzie, którzy za dużo na temat George'a nie wiedzą - dowiedzą się tyle, że rozpoczynał każdy dzień od medytacji. Plusem filmu jest niewątpliwie muzyka (głównie słyszymy utwory z "All Things Must Past", podczas gdy np. "Cloud Nine" nie jest nawet wspomniane). Mamy też okazję zobaczyć kilka ciekawych wywiadów, dowiadujemy się trochę więcej o ostatnich latach życia ex-Beatlesa (obszerny fragment dotyczący incydentu z nożownikiem). Jednak jak na trzygodzinny film to naprawdę bardzo, bardzo mało. Szkoda zmarnowanych możliwości. Wszyscy wiedzą, że George święty nie był, więc należy zadać sobie pytanie czy faktycznie ta postać potrzebuje aż takiego wybielenia? O zmarłych nie powinno mówić się źle, ale można próbować zachować obiektywizm, inaczej nie warto nazywać filmu "dokumentalnym". Obraz sprawia bardziej wrażenie hołdu czy memoriału, niż filmu biograficznego z krwi i kości. Jeśli ktoś oczekuje laurki o swoim idolu, gdzie próżno szukać informacji o konfliktach i niesnaskach - będzie zadowolony. Dla nieco bardziej wymagającego (i zorientowanego) widza - będzie miejscami ciężko. "Living in the material world" obejrzałam w kinie. Czy kupię DVD? Zapewne tak, ale tylko z pasji kolekcjonowania wszystkich około-bitelsowskich wydawnictw. W końcu większość materiałów archiwalnych zawartych w filmie każdy większy fan czwórki z Liverpoolu ma już zgromadzone na swojej półce (ewentualnie widział je gdzieś na youtube).
W ripoście "pessoaa" odpisał: A ja mam wrażenie, że oglądaliśmy dwa, różne dokumenty. Dlaczego? Spróbuję to zwięźle, choć to trudne, uzasadnić. Po pierwsze film nie jest biografią Harrisona, nie ma ambicji ukazania pełnego /czy to możliwe?/ życia exBeatlesa. Film jest zupełnie o czymś innym. Jakby podpowiedzią jest tytuł: "Living in the material world" lub plakat do filmu. Dokument Scorsese próbuje odpowiedzieć na pytanie czy udało się G.Harrisonowi tak ułożyć swoje życie, że w świecie materialnym, w którym żył i gdzie było tyle różnych pokus, wprowadzić i zakorzenić te elementy życia duchowego, które w pewnym momencie tak go zauroczyły i wciągnęły? Był wyznawcą, ale nie ściął włosów, Hare Krishna. Przyjeżdżał do Indii czerpiąc stamtąd siłę duchową, ale zaraz wracał w "material world" i był fragmentem tego świata. Zderzenie tych dwóch światów było motorem, który zainteresował Scorsese, do zrobienia filmu. Nieprawdą jest, że tylko Y.Ono mówi źle o Harrisonie. Kilka osób wspomina, że był jakby rozdwojony, z jednej strony wspaniały, a z drugiej "niemiły". To tam słyszymy, że w pewnym momencie cofnął się w duchowym rozwoju i zaczął ponownie ćpać. Czyli był przede wszystkim człowiekiem. Miał swoje słabości i chwile piękne. Inicjował i włączał się w akcje charytatywne, różnego lotu. Nie da się ukryć, że w zespole The Beatles był tym, który przez wiele lat rozładowywał złe emocje. W końcu wybaczył Claptonowi odbicie żony. Dobrze pokazuje to plakat. Głowa w jednym świecie, a ciało w drugim. Scorsese nie starał się zrobić czegoś na wzór "Super Expresu" i pokazać wiele nieznanych, może plotkarskich materiałów, ale to nie znaczy, że zrobił laurkę. Może obydwoje oczekiwaliście jakiegoś kompendium, ale wtedy musiałby powstać wielogodzinny serial jak chociażby "The Beatles Anthology", a to nie było zamiarem reżysera. Zderzenie ducha z materią jest tematem tego filmu. Jakby nie było to G.Harrison jest autorem utworu "My Sweet Lord". Czy we współczesnym rockowym świecie od tamtej pory pojawił się podobny siłą i treścią przebój? Nie. I to też świadczy o odwadze Harrisona." I jeszcze raz ta sama osoba: "Oglądałem chyba wszystkie tzw "muzyczne" filmy Scorsese i reżyser nigdy nie miał zamiaru pokazywania całego przekroju życia czy twórczości wybranego zespołu czy artysty. W "Ostatnim walcu" sfilmował ostatni, pożegnalny koncert zespołu the Band i przyjaciół, sumując na jego bazie opowieść o Ameryce, w filmie o Dylanie przedstawił jego folkowe początki, społeczne zaangażowanie artysty poprzez jego protest songi i moment kiedy bard jako wolny artysta, wybiera granie "elektryczne" i konsekwencje tego kroku. W filmie o zespole the Rolling Stones po prostu filmuje ich koncert, bo to ich żywioł i to najlepiej oddaje fenomen tej grupy. Tak samo o Harrisonie wybiera interesujący go, a charakterystyczny dla Harrisona, wątek i snuje swoją opowieść. W związku z tym nie rozumiem zarzutu, że reżyser " Całe, obszerne (a czasem i kluczowe!) fragmenty z życia Harrisona zostały pominięte." Siłą rzeczy musiały być pominięte bo nie oto jemu chodziło. Często więcej można powiedzieć o danym człowieku, umiejętne filtrując jego życie i dokonania niż pokazując za dużo. Lubiłem Harrisona, ale nie byłem jego fanem. Lennon i McCartney wnieśli do muzyki rockowej dużo więcej.
Tak widział wzloty i upadki exBeatlesa Scorsese i oddał to chyba uczciwie. A czy to laurka? nie wiem bo ja takiego wrażenia nie odniosłem."

Po obejrzeniu pierwszej płyty jestem w stanie zgodzić się z drugą opinią i myślę, że taka sama ocena zostanie mi po obejrzeniu dwóch następnych. Film nie uciekając od wątku biograficznego – bo zresztą jak można nakręcić taki film bez ukazania całej otoczki życia George' z The Beatles – skupia się na życiu duchowym Beatlesa ale zapewne nie jest też kompendium wiedzy o nim. Gdyby nie kariera w grupie pewnie nigdy nie usłyszałby o Indiach, Buddzie etc więc Scorsese przelatując zdawkowo nad jego biografią, nawet i ocenami osób występującymi w filmie tak zmontował film, że jest on o pewnej przemianie duchowej GH ale i także niejako o samej możliwości podchodzenia każdego z nas do duchowego wymiaru naszego życia na tej planecie. Podkreślam, że nie widziałem filmu i jak przeczytałem w filmie jest mocno zaznaczony wątek ataku na George'a. Jestem przekonany, że reżyser poświecił mu więcej czasu w filmie nie bez powodu. Przekonam się o tym niebawem.
Jak już napisała jedna z zacytowanych osób – dla fana Beatlesów ten film i taki film to zawsze ogromna gratka – ja nim jestem.


*** Music blog *** Muzyczny blog *** Mój Top Wszechczasów *** TOP Best Songs - ever ***
BEST ALBUMS - EVER,  BEST SONG - EVER
____________________________________________________

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz